5 lutego 2012

Zaaaaaaaakopane :) last part.

Ahoj,
ostatni dzień w Zakopanem zaczął się podobnie jak dwa poprzednie.
Obudziłam się dość wcześnie, zeszłam na śniadanie i wróciłam do pokoju aby zabrać rzeczy. Wymieniłam kilka smsów z Borkiem i umówiliśmy się na kawę na 11:30.  Oboje zastanawialiśmy się gdzie dokładnie się wybrać. Ostatecznie stanęło na restauracji w moim pensjonacie. Argumentami przemawiającymi za tym miejscem były przede wszystkim bliskie położenie i pewność, że nikt nam nie będzie przeszkadzał. Była godzina 9:40 postanowiłam więc, że jeszcze zdążę dotrzymać swojej obietnicy złożonej dzień wcześniej. Udałam się na średnią krokiew by kibicować Lucce. Po pierwszej serii, przeprosiłam Ją, że muszę uciekać, porozmawiałyśmy jeszcze chwilę i pożegnałyśmy się.  Następnie szybko wróciłam do pensjonatu, gdzie poprosiłam właścicieli by nas obsłużyli. Restauracja była czynna dopiero od 12:00 także zdecydowanie poszli mi na rękę.
Z Borkiem miałam się spotkać pod hotelem Hyrny. Dobrze, że zdecydowałam się po Niego wyjść. Jemu samemu nie byłoby łatwo przedostać się przez tłum stojący przed wejściem. Wszyscy chcieli autograf, bądź zdjęcie. Szczególnie nachalna była grupa kierowana przez wspominaną przeze mnie już kilkukrotnie dziewczynę zwaną potocznie „Heja geja”….
W pewnym momencie przesunęłam się bliżej tłumu tak by Borek mógł mnie zobaczyć. Udało się, gdy tylko mnie spostrzegł przecisnął się przez grupkę kilku dziewczyn i podszedł do mnie. Przywitaliśmy się i spokojnie odeszliśmy. Idąc słyszałam komentarze typu „niech idą”, „znowu ona” itp… No cóż gratuluję niektórym pamięci. Po 3 latach mojej nieobecności w Zakopanem nadal mnie pamiętać....
Gdy dotarliśmy do restauracji zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim. Hmm trzeba było nadrobić zaległości.  Pewne rzeczy, których się dowiedziałam bardzo mnie zmartwiły ale wiem, że jeszcze wszystko może się zmienić.
Uwielbiam Borka, i wiele mu zawdzięczam szczególnie w kwestii mojej edukacji językowej. Podrzucił mi też jeden rewelacyjny pomysł, który mam nadzieję w niedalekiej przyszłości uda mi się zrealizować.
Cała rozmowa trwała ponad dwie godziny….

Odprowadziłam Borka do drzwi a On żeby nie powtórzyła się historia z wyjścia wszedł do hotelu przez siłownię. Jak sami widzicie nie każdy lubi dzikie ataki rozhisteryzowanych fanek.  Chciałabym żeby niektórzy zrozumieli, że skoczkowie nie zawsze mają ochotę wdzięczyć się do zdjęć. Oni jak każdy czasem po prostu mają gorsze dni.

Po tym sympatycznym poranku udałam się jeszcze na Krupówki. Szybkie zakupy. Musiałam dokupić sobie jakąś fajną koszulkę do mojej nowej, odlotowej bluzy PumyJ. Obowiązkowa była również wizyta w KFC… Och jak ogromnej ochoty nabrałam na stripsy J .
W kolejce spotkałam byłego czeskiego skoczka narciarskiego Pavla Fizka. Hmm trochę się zmienił od ostatniego razu jak Go widziałam.
Swoją drogą nigdy nie można przewidzieć kogo spotka się w Zakopanem. Ściągają tam różne dziwaczne postacie :P.
Szybkim krokiem wróciłam do pensjonatu, przebrałam się i wyruszyłam na skocznię. Jakoś wyjątkowo dłużyła mi się tego dnia droga. Może dlatego, że zatrzymali mnie Panowie policjanci, którzy pytali o jakieś dziwne rzeczyJ. Nieważne….uwielbiam uczucie, kiedy idę środkiem ulicy a inni muszą tłoczyć się na chodnikach. Jedne z nielicznych uroków otrzymywania akredytacji. Po drodze spotkałam Anię i obie przeszłyśmy do karceru dla mediów. Najpierw przyglądałyśmy się kwalifikacjom w których dobry skok oddał Borek. Pozostałym również poszło całkiem nieźle.
Wprawiło mnie to w optymistyczny nastrój i nawet pogarszająca się pogoda nie mogła mnie z niego wyprowadzić.
Saszka zmobilizowała mnie do wyciagnięcia aparatu i zrobienia kilku zdjęć. Muszę przyznać, że nie wyszłam z wprawy i nadal robię całkiem przyzwoite zdjęcia.




Pierwsza seria to głównie fascynacja atmosferą i obserwowanie skoków.
Borek skoczył  bardzo słabo i zakończył swój udział w konkursie. Przechodząc obok mnie powiedział, że przyjedzie oglądać drugą serię i wtedy jeszcze porozmawiamy. Kiedy przyszedł poruszyliśmy jeszcze jeden ważny temat i przeprowadziłam z Nim krótki wywiad pytając o przyczynę słabego skoku. Nie tłumaczył się warunkami jak to robi większość skoczków a przyznał się iż Jego aktualna forma pozostawia wiele do życzenia.




Po swoim skoku dołączył do nas Hlavka i tak sobie przez chwilę staliśmy we trójkę. Było sympatycznie ale znowu zaczęło mi czegoś a właściwie kogoś brakować ...


Ponieważ był to ostatni dzień miałam prawo do refleksji. Przez moją głowę przebiegały różne myśli aczkolwiek wszystkie przysłaniała ta jedna… co by było gdyby jednak sprawy przybrały inny obrót.
Pożegnałam się z Borkiem i Hlavką i za czeskim busem opuściłam skocznię.
Borek pożegnał mnie słowami „Anicko rad jsem te videl”…Borku vis, ze ja taky ;)

Konferencja jakoś tym razem mnie nie interesowała Nie lubię Gregora Schlierenzauera i nie miałam ochoty Go oglądać.
Razem z Agnieszką i Malwiną ehh szkoda, że nie pamiętałam, że w 2008 roku poznałam Agnieszkę (wybacz ;)) poszłyśmy zatem na kawę, żeby pogadać i zobaczyć jak Czesi odjeżdżają. Aby być precyzyjną to One piły kawę a ja jadłam fantastyczne pierogi ze szpinakiem J.
Tak żeśmy się zagadały, że postanowiłyśmy przed wyjściem do MO wypić wspólnie kilka drinków. Becherovka jest super ale nie polecam łączenia jej z sokiem bananowym.
Kiedy już dotarłyśmy do MO działo się tam sporo. Pierwszym punktem jaki obowiązkowo trzeba było zaliczyć była szatnia. Kiedy już po ok 20 minutach (LOL) spędzonych w kolejce dostało się wymarzony numerek można było iść szaleć.  Jeden drink, drugi drink i bansy na parkiecie… i tak nonstop…
Odrzucając kilka propozycji od mniej i bardziej znanych facetów realizowałam pieczołowicie swój plan. Od czasu kiedy jestem zaręczona stałam się bardziej odpowiedzialna. Nie chciałabym również aby jakaś jedna chwila zapomnienia miała wpływ na to, że moje relacje z osobami na których naprawdę mi zależy popsuły by się. Nie ma sensu ryzykować.
Oczywiście żałowałam, że Czesi wrócili do domu, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Oni zawsze jadą po konkursie. Czasami na LGP robią wyjątek ale zimą scenariusz jest co roku dokładnie taki sam.

Najdziwniejszym wydarzeniem wieczoru było niewątpliwie moje spotkanie z Ildarem Fatkullinem byłym rosyjskim skoczkiem narciarskim i moim dobrym znajomym. Nie widziałam Go jakieś pięć lat. Ildar od razu mnie poznał i ewidentnie był zadowolony, że mnie widzi. Niestety przez te wszystkie lata nie miałam potrzeby używania języka rosyjskiego dlatego też prawie całkowicie go zapomniałam. Mimo pomocy Ani z tłumaczeniem z języka niemieckiego (Ildar bardzo dobrze mówi po niemiecku) ciężko było się porozumieć.  Nie męczyłam się zatem i poszłam dalej tańczyć.  Tego co działo się wokoło mnie nie będę komentować ponieważ należę do osób zajmujących się swoim życiem.
Kiedy poczułam spore zmęczenie dołączyłam do Saszki, Eweliny i Violi.  Nie zamierzałam wstawać przez najbliższe kilkanaście minut.
Co chwila przysiadały się do nas coraz to nowe osoby od Ildara, przez Finów na Janie Baierze kończąc.  Z tym ostatnim pogadałam trochę po czesku oczywiście o Czechach J… każda sytuacja, która sprawia, że poprawiam swoje umiejętności językowe jest mile widziana.
Przechadzając się po wszystkich pomieszczeniach MO, spotkałam Maximiliana Mechlera z którym chwilę porozmawiałam. Zostałam również zaczepiona przez bardzo „zmęczonego” już Janne Happonena. Przedstawił mi się więc zrewanżowałam się tym samym i wtedy kiedy odbierał kolejnego drinka odeszłam ponieważ dostałam smsa J. To pisał Borek, który podziękował mi za rozmowy i uświadomił, że jest już w Harrachovie. Kiedy wróciłam Happo siedział już w naszej loży.  




He he he he do pewnego momentu było bardzo ale to bardzo zabawnie ale szczegóły zostawiam sobie J Jedno jest pewne moja bluza zdecydowanie rządziła tego wieczoru.

Gdybym miała podsumować wyjazd było bardzo sympatycznie. Niewątpliwie znowu wpadłam w wir skokowy i bardzo się z tego cieszę. Zaczynałam mieć już dość tego mojego poważnego historyczno - politycznego życia. Brakowało mi skoków i Zakopane dogłębnie mi to uświadomiło.
Minusy to zdecydowanie brak Janka, i słabe skoki Borka. Plusy chyba wszystkie wymieniłam powyżej. Cieszę się, że zdecydowałam się pojechać i serdecznie dziękuję wszystkim, którzy mi ten wyjazd umilili. Właścicielom pensjonatu, Borkovi i Hlavce, Lucce, Panu Czesiowi (który zawsze pozytywnie mnie nastraja), Saszce, Ewelinie, Violi, Adze, Malvi ;) ludzie jesteście najlepsi ;)

Jedno jest pewne I <3 SKI JUMPING

Mějte se krásně:)
Anči

31 stycznia 2012

Zaaaaaaaakopane :) second part.

Ahoj,
ciężko jest mi się przestawić na opcję rozgrywania zawodów w piątek i sobotę. Jakoś przyzwyczaiłam się do klasyki tj weekendu...

cd...
Czwartkową imprezę zakończyłam ok godziny 2:30. Powrót do pensjonatu (dzieki Bogu daleko iść nie musiałam), prysznic, umycie włosów i krem na twarz (bez tych czynności nie położę się spać :P).
Pobudka o 6:00 i znowu obserwowanie ciekawych sytuacji pod Hyrnym.  Na śniadanie zeszłam zaraz po godzinie 8:00 następnie udałam się na średnią skocznię, gdzie właśnie dobiegała końca seria próbna przed pierwszym konkursem dziewcząt. Stwierdziłam, że porobię trochę zdjęć (szczególnie Czeszkom) ponieważ na stronie, której pracuję skoky.net mamy ich aktualnie niewiele. Od robienia zdjęc oczywiście również się odzwyczaiłam.
Mimo wszystko postanowiłam spróbować, wyciągnęłam apart i zatrzymałam kilka dziewcząt. Wyszło nawet całkiem fajnie. Zresztą sami oceńcie :)



Michaela Rajnochova



Michaela Doležalová




Sarah Hendrickson


Konkurs zakończył się dla mnie fantastycznie. Wygrała Amerykanka Sarah Hendrickson. Trzecie miejsce zajęła urocza Słowenka Ema Klinec a wspaniałe 6 miejsce Lucka Mikova. Ogromna była ma radość a i sama Lucka była przeszczęśliwa. Pogratulowałam Jej i udało nam się znowu chwilę porozmawiać. Ustalałyśmy kiedy to znowu pójdziemy razem na makaron w Libercu:). Btw zjadłabym ten dziwny makaron z restauracji o nazwie Panda ehh... Całe skoki po tych kilku latach przerwy były dla mnie jakieś takie dziwne. Musiałam się ponownie wdrożyć w atmosferę. Nie ukrywam, że początkowo nie było to proste ale ostatecznie w piątek złapałam wlaściwy klimat. O czeskim już nawet nie wspominam:). Po dekoracji 3 najlepszych zawodniczek (ta właściwa najlepszej szóstki odbyła się wieczorem w przerwie konkursu Panów) odczułam brak mojego ulubionego skoczka. W sumie myślałam, że ten stan mnie nie dopadnie ale jednak zdecydowanie wolałabym, żeby Janek do Zakopanego przyjechał. W tym czasie kiedy tak sobie o tym rozmyślałam zobaczyłam czeski bus, oklejony powiększonymi zdjęciami czeskiej kadry z Jankiem po środku. Załapałam jakąś głupawkę i zaczęłam się śmiać.... 



Swoją drogą ten bus jest po prostu genialny :) z jednej strony ustawkowe zdjęcie a z drugiej wszystkich czeskich Panów dopadło coś co śmiało można nazwać dziwną fazą :D. 


Niestety mój dobry nastrój nie trwał zbyt długo. Jeszcze na skoczni dotarła do mnie smutna informacja o śmierci Pana Jiriego Raski. Mistrza olimpijskiego, najlepszego czeskiego narciarza XX wieku. Był to wielki i wspaniały człowiek, któremu kilka lat temu miałam możliwość uścisnąć dłoń. To dla mnie ogromny zaszczyt....
Mistrů Odpočívej v pokoji... [*]



Razem z Socze poszłam na szybki obiad do nowej restauracji o nazwę "Pod krokwią", całkiem sympatyczne miejsce gdzie leciała muzyka Zakopowera <3, ale jedzenie średnie. Kolejny przystanek to pensjonat a potem już "Wielka Krokiew" i pierwszy konkurs. 
Początkowo plusowa temperatura sprzyjała staniu na skoczni. Problem pojawił się w połowie serii treningowej. Zaczęło dosyć mocno wiać i niestety intensywnie sypał śnieg. Wszyscy w biurze prasowym byli przekonani, że konkurs się nie odbędzie. Myliliśmy się jednak. Serię treningową przerwano i postanowiono poczekać na poprawę wrunków. Wiatr się ustabilizował a śnieg nie stanowił większego problemu. Rozpoczęła się pierwszą. 
W wielkim skupieniu obserwowałam skok Borka. Niestety nie był on udany ale pozostawali jeszcze trzej Czesi, których aktualna forma kazała przypuszczać, że oddadzą dalekie skoki. Tak też się stało. Przyzwoite skoki Jakuba Jandy dały mu 21 pozycję, Lukas Hlava był 12 a Roman Koudelka 6. W przerwie po dekoracji sześciu najlepszych dziewczyn ponownie dopadł mnie nastrój smutku. Sama nie wiem co byłoby lepsze chyba jednak TO w innym przypadku mogłoby być różnie. Szybko jednak zapomniałam o rozterkach i ponownie spotkałam Lucke... tym razem złożyłam Jej obietnice ze bez względu na wszystko przyjdę w sobotę rano na drugi konkurs z zaciśniętymi kciukami :)




Po drugiej serii skoków postanowiłam, że wszystkich skaczących Czechów obdaruję ich ulubionymi krówkami. Jeszcze w Warszawie nabyłam kilka paczek tych najlepszych -  czekoladowych. He he he radość Jakuba Jandy zawsze jak je ode mnie dostaje jest po prostu bezcenna. Kubę niewątpliwie można okrzyknąć największym fanem tych polskich cukierków. Tekst "Anio mas krowki" trwale wpisał mi się w głowę he he he:).  Zamieniłam kilka zdań również z Koudym ale On miał w Zakopanem strasznego pecha. To Jego cały czas poddawano rożnego rodzaju kontrolom przede wszystkim sprzętu. Udało mi się również przeprowadzić 3 minutowy wywiad z Lukasem Hlavou. Następnie po wyłączeniu dyktafonu porozmawialiśmy sobie prywatnie. Cieszę się, że udało nam się  nareszcie wyjaśnić pewne nieporozumienia, które jakiś czas temu się pojawiły. 
Paparazzi byli czujni i przyłapali mnie podczas wspomnianej rozmowy z Romanem :) he he he 
Oto potwierdzenie zaistniałego faktu.


Po zakończeniu konkursu konferencja prasowa. Bardzo ciekawa ponieważ historyczna. Pierwszy raz oprócz Panów na konfererencji były obecne również 3 najlepsze dziewczyny. Najwięcej pytań skierowano oczywiście do zwycięzcy Kamila Stocha. Nie zapomniano także o drugim Richardzie Freitagu. Trzeci Andreas Kofler dotarł na konferencję po konferencji :D ha ha ha austriackie gwiazdy mogą więcej... ale komu jak komu Kofikowi można wybaczyć :).
Wróciłam do "Tuberozy" a w zasadzie doślizgałam się do pensjonatu. Było tak okropnie ślisko, że średnio co 30 cm, ktoś pięknie się wywracał. Pod Hyrnym oczywiście trwało swoiste polowanie na skoczków i trenerów. Generalnie po zawodach było tam najwięcej ludzi po prostu dzikie tłumy. Wieczór zakończyłam w MO... ponownie się wytańczyłam, porozmawiałam z dziewczynami, wypiłam kilka drinków i podziwiałam zachowania niektórych... aha i poosmsowałam z pewnym Panem :) he he he cóż to był kolejny sympatyczny wieczór :)

Girl dzięki za nice time....
Streszczenie soboty w Zakopanem już niedługo :)

 Zatím mějte se hezky :)

Ančí 

29 stycznia 2012

Honzo Všechno nejlepší k narozeninám!

Dzisiaj swoje 31 urodziny obchodzi mój ulubiony skoczek narciarski, wspaniały człowiek, i dobry przyjaciel (od 9 lat) - JAN MATURA...



Honzo Všechno nejlepší k narozeninám, hodně zdraví, štěstí, úsměvu... a at' to skáče :)


Anči

28 stycznia 2012

Zaaaaaaaakopane :) first part.

Ahoj,
po długiej przerwie naszła mnie ochota na napisanie nowego posta... a i temat pojawił się całkiem ciekawy.
Otóż, po prawie 3 latach przerwy powróciłam do Zakopanego na Puchar Świata w skokach narciarskich. Nie ukrywam, że sklonił mnie do tego pobyt w pobliskim Krakowie... wiem, że gdybym nie skorzystała z okazji po prostu bym żałowała.
Zrobiłam sobie zatem dłuższe wolne, zarezerwowałam pensjonat, który znajdował się vis a vis hotelu Hyrny, w któym btw mieszkali skoczkowie. Ha ha ha od samej środy miałam ze swojego okna wspaniałe widoki. Przez te kilka lat kiedy skoki oglądałam zaledwie w telewizji zdążyłam zapomnieć jakie dantejskie sceny potrafią odbywać się pod hotelem. Podziwiam Panią HG, która stała do póznych godzin nocnych pod wejściem aby następnego dnia rano ponownie pojawiać się pod Hyrnym. Mi by się nie chciało...

Gdy tylko dotarłam na miejsce postanowiłam zapomnieć o wszystkim i wybrać się na długi spacer. Najpierw smer "Gubałówka" następnie Krupówki no i oczywiście skocznia. W między czasie obiad w świetnej knajpie, którą poleciły mi Panie nauczycielki z którymi przyszło mi dzielić przedział w pociągu... a propos podróży nienawidzę usmiechniętych ciasteczek w Inter city bleeeee i zdecydowanie są psychodeliczne. Wracając do obiadu wszystkim polecam restaurację "Dobra kasza nasza". Świetne, niskokaloryczne jedzenie w dobrej cenie. Polecam kaszę perłową zapiekaną z kukurydzą, cebulą, ziołami i brokułami podawaną z sosem czosnkowym i surówkami...mniam :).
Mój pensjonat okazał się bardzo sympatyczny a okno wychodzące centralnie na wejście do Hyrnego było miejscem w którym spędziłam środowy wieczór.

Czesi przyjechali do Zakopanego w środowy wieczór w trochę zmienionym składzie... aczkolwiek dla mnie nie było to żadnym zaskoczeniem. Od kilku dni wiedziałam o tym, że za Jana Maturę przyjedzie Borek Sedlak.
W sumie obu uwielbiam więc było mi wszystko jedno kogo spotkam, bynajmniej tak wtedy myślałam.

W czwartek obudziłam się stosunkowo wcześnie... Już przed godziną 6:00 pod Hyrnym pojawiły się pierwsze fanki. Przypuszczem, że oczekiwały na przyjazd Austriaków. Brauć to sobie postały ponieważ gwiazdy przyjechały dopiero po godzinie 9:00 oczywiście swoim uroczym autobusem.
Mnie to kompletnie  nie nie interesowało....
Po śniadaniu wybrałam się na trening dziewcząt na średniej skoczni. Zapomniałam dodać, że w Zakopanem odbywały się w miejsce odwołanych konkursów z Wisły zawody Pucharu Kontynentalnego Pań. To kolejny powód do radości, ponieważ mogłam spotkać się z Lucką, której tyle czasu nie widziałam. Od razu w czwartek porządnie sobie porozmawiałyśmy. Było wiele tematów, tym bardziej, że Lucka zaczęła naprawdę świetnie skakać :).



Samo Zakopane było wręcz zasypane śniegiem a plusowa temperatura sprawiała, że chciało się wyjść i chodzić... Poszłam więc na skocznię gdzie spotkałam a w zasadzie poznałam Anię. Sympatyczna dziewczyna z którą od razu złapałyśmy wspólny język. Udałyśmy się wspólnie do pizzeri Adamo (można tam zjeść najlepszą pizzę na świecie), oraz do kilku sklepów w poszukiwaniu jakiegoś fajnego ciuszka ;)... 
Następnie wizytowałyśmy swoje pensjonaty i przed 16:00 umówiłyśmy się by wspólnie wejść na skocznię. Treningi rozpoczęły się punktualnie a ja strasznie się cieszyłam, że po tak długiej przerwie zobaczę Czechów. Oczywiście na początku porozmawiałam sobie z Borkiem (ehhh). W zagrodzie dla mediów spotkałam Socze z Zawadką. To również było spotkanie po latach...
Już wtedy uzmysłowiłam sobie jak bardzo tęskniłam za skokami, za całą atmosferą towarzyszącą konkursom.... za samym widokiem skoczków w locie, za dopingiem kibiców.... Ah ja po prostu to kocham....
Jest jeszcze jedna rzecz dla której warto było jechać do Zako a mianowicie uśmiech Andreasa Koflera - Bezcenny :)


Po treningach i kwalifikacjach sałatka w dziwacznej góralskiej knajpie... (gdzie mozzarella nie jest mozzarellą ehh.... ale był tata Kofika :)), a następnie  oczywiście impreza w MO ha ha ha to miejsce zawsze pozytywnie mnie nastrajało :D....
Wytańczyłam się, wyszalałam ale przeprowadziłam również kilka poważnych rozmów. Hmm najprawdopodobniej wydoroślałam. 
Nawiązując do czwartkowej imprezy chciałam zdementować fakt opisany przez pewną Pania, że PST bawił się z Nią i Jej koleżanką na parkiecie.... prawda była trochę inna podobna do tej określającej Jej umiejętności mówienia po czesku. Dziwi mnie fakt iż niektórzy ludzie tak strasznie ubarwiają swoje przeżycia.

Druga część niebawem....

Mějte se hezky...

Anči 

1 maja 2011

Koncert One Republic

Ahoj,
jakieś półtora roku temu obiecałam sobie, że jeśli zespół One Republic przyjedzie do Polski tudzież pojawi się w którymś z sąsiednich krajów (miałam na myśli oczywiście Czechy lub Słowację:)) obowiązkowo udam się na ich koncert, bez względu na cenę biletu. Zespół ten poprzez swoją muzykę pomógł mi przetrwać kilka ciężkich momentów w życiu. Nie będę ukrywała, że piosenki takie jak "All fall down" czy słynna "Apologize" wyciągnęły mnie z niejednego psychicznego załamania.
Jak się okazało długo nie musiałam czekać na spełnienie jednego z kilku moich marzeń. Po powrocie z benefisu Adama Małysza załatwiając sobie bilety na koncert Zakopower przypadkowo natknęłam się na informację, że w klubie "Stodoła" 27. kwietnia odbędzie się koncert One Republic. Byłam trochę zaskoczona, ponieważ wcześniej nigdzie nie widziałam choćby najmniejszą wzmiankę o tym koncercie. Po dokładnym zapoznaniu się z oficjalnym terminarzem koncertów na stronie zespołu, gdzie była informacja o koncercie w Warszawie ale bez sprecyzowanego miejsca uwierzyłam i udałam się do eventimu w celu nabycia biletu. Kiedy trzymałam  go w ręku poczułam się spokojna i naprawdę szczęśliwa.
Rozpoczęło się zatem odliczanie dni.... dzięki Bogu w okresie oczekiwania było kilka ważnych wydarzeń między innymi dwudniowa konferencja czy też sesja naukowa poświęcona bliskiej mojemu sercu osobie, która od pewnego czasu wywiera wielki wpływ na moje życie. Mowa o śp. Profesorze Januszu Kurtyce. Z owych sesji wyniosłam bardzo wiele ważnych informacji potrzebnych do pracy nad moim projektem. W Krakowie spędziłam 5 fantastcznych dni za które dziękuję przede wszystkim Ewelinie:).

W końcu nadeszła upragniona środa 27.04 po pracy i obiedzie w wegetariańskiej restauracji "Green way", którą uwielbiam razem z moją koleżanką Asią pojechałyśmy do klubu "Stodoła". Jeśli chodzi o miejsce to muszę przyznać, że do tej pory nie wierzę, że taki zespół jak One Republic, który na całym świecie na swoich koncertach gromadzi setki, tysiące a może nawet i miliony ludzi gra w taiej klitce. Z całym szacunkiem dla "Stodoły" trzeba powiedzieć, że nie jest to jakiś ekskluzywny klub, który jest w stanie pomieścić choćby tysiąc osób. Kiedy weszłyśmy do środka nie było jakiegoś wielkiego tłumu. W pierwszych rzędach 14 - 15 letnie szalejące fanki. Też kiedyś taka byłam, doskonale pamiętam te stare jakże sympatyczne czasy, kiedy to wierzyłam, że świat do mnie należy, że mogę wszystko. Skrzypiąca podłoga i powoli zapełniająca się sala taki obraz początku koncertu zapamiętałam. Stanełyśmy stosunkowo blisko tak aby móc zrobić kilka zdjęć a pod stopami poczuć rytm doskonale znanych piosenek. Bardzo chciałam usłyszeć na żywo jedną z piosenek mojego życia "All fall down" oraz głośno zaśpiewać "Apologize". Jak się pózniej okazało udało się zrealizować tylko część tego marzenia tudzież założenia. Zespół nie zaśpiewał piosenki na którą tak czekałam.....:(. Na początku było dość drętwo, trzy piosenki zagrane serią i zero jakiegokolwiek kontaktu Ryana Teddera (solisty) z publicznością. Byłam zdezorientowana ale niepotrzebnie... chłopcy rozkręcali się z minuty na minutę.


Zapomniałam dodać, że koncert zaczął się z jakimś ok 30 minutowym opóźnieniem, ale czym jest takie opóźnienie w przypadku zespołu na który czeka się kilka lat. Jak udało mi się ustalić w czasie koncertu na sali zgromadzonych było ok 500 osób. W mojej głowie zrodziło się zatem pytanie, czy dla zespołu One Republic był to najmniejszy koncert świata?....
Po jakichś 15 minutach zarówno na scenie jak i wśród publiczności działy się już tylko przyjemne rzeczy. Zejścia Ryana ze sceny i bezpośredni kontakt z pierwszymi rzędami pobudził ludzi do śpiewania. Hity takie jak: "Secrets", "All the right moves", "Good life" czy oczywiście "Apologize" śpiewali wszyscy na czele ze mną :).  Nie będę ukrywać, że porządnie się wczułam :).


To są tzw momenty w życiu, których długo się nie zapomina. Bynajmniej ja tak mam :). Bardzo podoba mi się styl Ryana przede wszystkim kapelusz oraz obcisła koszulka :) hmmm. Warto jednak podkreślić również płynność w ruchach jaką posiada. To wszytko sprawia, że koncert grupy jest na prawdę czymś przyjemnym nie tylko dla ucha (oceniając Jego skalę głosu po prostu chapeau bas) ale i dla oka :)



Wydarzeniem, które zaskoczyło wszystkich było małe party jakie na scenie zafundowali sobie chłopcy i ich  menager. Jak się okazało koncert w Warszawie był ostatnim z bogatej i długiej europejskiej trasy koncertowej zespołu. Szampany, konfetti i coś co mnie trochę zniesmaczyło czipendejsi. Dokładnie czterej napakowani panowie prężący swoje ciała przed chłopakami z zespołu.... Nie wiem czy było to ustalone z członkami one republic czy była to niespodzianka od klubu Stodoła ale do mnie to nie przemawiało. Tego typu występy w ogóle mnie nie wzruszają. 
Był też miły akcent, który spowodował, że jeszcze bardziej polubiłam zespół. Grupa fanów w pierwszym rzędzie przyniosła sporą biało - czerwoną flagę. W pewnym momencie Ryan zszedł i ją zabrał. Początkowo tańczył z nią oraz przytulał się do niej następnie zawiesił flagę na bębnach perkusji. 




Koncert zakończył się jakoś po 22:00 i pomimo tego, że fani czekali zarówno na bisy jak i na podpisywanie plakatów chłopcy wybrali świętowanie. W sumie ciężko im się dziwić ale z drugiej strony niedosyt pozostał szczególnie z powodu braku piosenki "All fall down" ale przynajmniej mam motywację na wybranie się na kolejny koncert ONE REPUBLIC. 
Podsumowując jest to nadal jeden z moich ulubionych zespołów i ogromnie się cieszę, że udało mi się być na ich pierwszym koncercie w Polsce:) i posłuchać jak Ryan mówi po czesku:). Nie wiem czy faktycznie ma czeskie korzenie i czy jego rodzina pochodzi z Pragi ale Jego: prosím i dobrou noc po prostu mnie rozwaliło. Podobnie jak polskie dzięki dzięki :) :).
Asiu dzięki wielkie za miłe towarzystwo i oczekiwanie wiesz pod czym :D... Brian < Ryan< BRIAN :D.




A o to piosenka, której nie zagrali.... po powrocie do domu puściłam ją sobie i była to pełnia szczęścia :).
Zdravím


Anička
  

10 kwietnia 2011

Minął rok od największej tragedii w powojennej historii Polski.

Minął rok od największej tragedii w całej powojennej historii Polski.  10. kwietna 2010 roku o godzinie 8:41 (polskiego czasu) rządowy samolot z polską delegacją lecącą na obchody uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej rozbił się pod Smoleńskiem. W tej niewyobrażalnej tragedii zginęło 96 osób w tym Prezydent Lech Kaczyński, Jego małżonka Maria Kaczyńska, politycy, wojskowi, duchowni, kombatanci ,przedstawiciele Rodzin Katyńskich oraz członkowie załogi. 
Świadomie piszę niewyobrażalna tragedia ponieważ do tej pory nie potrafię w nią uwierzyć, ani znalezć jakiegokolwiek sensu. W moim sercu nadal znajduje się otwarta rana. 
 
Była to zupełnie zwyczajna kwietniowa sobota. Ładna pogoda, dość ciepło, słońce nieśmiało przebijało się przez spore ilości kłębiących się chmur. Tak się złożyło, że musiałam jechać do pracy co strasznie mnie złościło, ponieważ zależało mi na obejrzeniu transmisji uroczystości obchodów 70. rocznicy zbrodni katyńskiej a szczególnie komentarza historycznego mojego idola prof. Janusza Kurtyki. Cóż jednak mogłam zrobić, poleciłam mamie obejrzenie i nagranie transmisji.  Zazwyczaj wstawałam dużo wcześniej aby na spokojnie się wyszykować oraz zrobić przegląd prasy w internecie. Tym razem jednak zaspałam i zrezygnowałam z uruchomienia komputera. Doprowadziłam się do stanu używalności i udałam się na przystanek. Jadąc tramwajem słuchałam muzyki Michaela Jacksona i czytałam jakąś książkę. Już nawet nie pamiętam cóż właściwie to było. Następnie przeniosłam się na stację metra Centrum i czekając na pociąg czytałam wiadomości pojawiające się na ekranie. Podano informację odnośnie problemów z lądowaniem samolotu rządowego lecącego na obchody do Katynia. Następnie jeśli dobrze pamiętam pisano o awarii na pokładzie. Pierwszą myślą jaka przeszła mi przez głowę było coś w stylu: kiedy wreszcie wymienią nam te samoloty dla vipów. Te, wciąż się psują. Nawet nie przypuszczałam, że stało się coś poważnego. Wsiadłam zatem do metra z postanowieniem, że kiedy już dojadę na stację Stokłosy zadzwonię do mamy i spytam co się dzieje.  Jechałam zasłuchana w muzykę i z nosem w książce. Mniej więcej w połowie drogi, otrzymałam smsa, od mojej koleżanki Olimpii o treści: "Ania, Prezydent nie żyje!".  Odpisałam pomiędzy stacjami : "Jak to nie żyje?. Jakoś mnie to nie bawi". Nie dostałam odpowiedzi, kiedy wyszłam z wagonu zadzwoniła do mnie mama: "Spadł samolot, Ania Oni wszyscy nie żyją. Prezydent, Janusz Kurtyka, Zbigniew Wassermann" powiedziała. Stanęłam jak wryta i zupełnie nie wiedziałam co robić. Ludzie na ulicy zachowywali się dokładnie tak samo. Panował totalny chaos i jakaś dziwna panika. Jedna Pani płakała, kilka osób chwytało za telefony komórkowe. Weszłam do pracy, trzymając kurczowo komórkę przy uchu mimo, że z nikim nie rozmawiałam. Zapytałam szefową czy słyszała co się stało. Powiedziała, że tak i kazała mi wejść do internetu aby przeczytać kto jeszcze leciał samolotem i czy może jednak ktoś nie przeżył. Sama chciałam jak najszybciej ustalić, czy Pan Janusz Kurtyka na pewno wsiadł na pokład. Kiedy zobaczyłam Jego nazwisko nie wytrzymałam i zaczęłam płakać. Nie miałam świadomości, że tylu wspaniałych ludzi leciało do Katynia. Czytanie tych nazwisk było jak dzganie serca nożem. Niektóre dzgnięcia były mocniejsze, niektóre słabsze ale  każde bardzo bolało..... Wszystkich tych wspaniałych ludzi przecież doskonale znałam. Z niektórymi się zgadzałam, z  innymi nie, jedni mi imponowali inni mniej ale byli ważni dla Polski byli ważni dla mnie. 
Nie nadawałam się do niczego, w zasadzie drogeria i cała galeria nie funkcjonowały, pracownic i klienci stali przed telewizorem wierząc w jakiś cud. Jednak filmy z miejsca tragedii nie dawały żadnych szans ... miazga po prostu miazga tyle zostało z samolotu Tu -154M. Tego widoku nie zapomnę do końca życia. Po zamknięciu sklepu, starałam się jak najszybciej wrócić do domu.... Pierwszy raz widzialam jak ludzie w metrze i w tramwaju płakali. Nikt nie wstydził się łez. Ja również nie.... W domu dokładnie to samo i tak w kółko. Telewizja, internet, płacz. Płacz, telewizja, internet. Nie wytrzymałam poszłam pod pałac prezydencki. Nie chciałam być sama. Musiałam być z ludzmi, którzy cierpią tak samo jak ja. 
Kolejne dni to wegetacja, zero radości, zero uśmiechu, ciągłe pytania DLACZEGO i stwierdzenia NIE ROZUMIEM..... 
Największym szokiem obok informacji o katastrofie, był dla mnie widok trumien ustawionych na płycie lotniska na Okęciu oraz ich przejazd przez Warszawę. Jeszcze nigdy nie widziałam w jednym momencie tragedii tylu osób, tylu trumien. Do tej pory jak o tym myślę łzy płyną mi po policzkach. 
Chyba nie jestem gotowa aby przejść z tym do porządku dziennego, żeby o tym pisać. Choć minął rok wspomniana na początku rana w sercu wciąż krwawi.





Są rzeczy, które my jako Polacy jesteśmy winni tym, którzy zginęli. Musimy o Nich pamiętać ale również kontynuować ich dzieła oraz podążać drogą jaką nam wyznaczyli. To właśnie jest misja - MISJA naszego życia. Pewnego dnia po drugiej stronie i tak wszyscy się spotkamy.
CZEŚĆ ICH PAMIĘCI!!!!

Ania

3 kwietnia 2011

Benefis Adama Małysza i emisja odcinka specjalnego JTM.

W sobotę 26. marca w Zakopanem odbył się benefis Adama Małysza podczas którego nasz mistrz zakończył  swoją bogatą karierę sportową.  Od momentu, gdy tylko dowiedziałam się iż tego typu impreza jest planowana wiedziałam, że na nią pojadę. Innej opcji w ogóle nie było. Zamieniłam się z szefową na pracujące soboty, nabyłam bilet i po sprawie.
W piątek po południu udałam się pociągiem Inter city do jednego z najcudowniejszych miast w jakich udało mi się do tej pory być tj do Krakowa. Nie przypuszczałam, że w pociągach IC potrafi znaleźć się aż tylu ludzi. Jak widać nie tylko w TLK (z którym mam tyle okropnych wspomnień) szaleją dzikie tłumy. Dobrze, że udało mi się kupić wcześniej bilet i mieć swoje własne miejsce z "poczęstunkiem" jak to nazywa obsługa składu.... :P.
Do Krakowa dojechałam o czasie, na peronie czekała już na mnie Ewelinka:), z którą od razu udałyśmy się na martini ze sprite musiałam odreagować :). Następnie jako, że robiło się już stosunkowo późno pojechałyśmy do domu, zjeść, pogadać, pooglądać dziwne filmy o duchach i iść spać. Cudownie, cudowny elektryczny koc który odegrał znaczącą rolę w nocnej regeneracji moich pleców sprawił, że mogłam wstać w sobotę o godzinie 5.00. Wyszykowana i najedzona  wsiadłam do autobusu jadącego do Zakopanego city. O dziwo droga była przyjemna i krótka, Zakopianka dosłownie pusta tylko pogoda niestety zaczynała się psuć.
Starałam się jednak o tym nie myśleć. Liczyło się dla mnie tylko to, że po prawie dwóch latach przerwy, znowu znajdę się w tym wspaniałym miejscu, poczuję atmosferę konkursu skoków oraz zjem najlepsze frytki na świecie :).
Tego dnia dieta Dukana nie istniała miałam jeść, jeść i jeszcze raz jeść i po prostu dobrze się bawić :).
Do godziny 11:00 miałam odebrać akredytacje, dlatego też pierwszym miejscem w które się udałam była bacówka RMF fm. Następnie spacer pod skocznie i spotkanie z Kasią i jej chłopakiem. Zaproponowałam abyśmy wspólnie poszli na frytki spadolini do karczmy "Zagroda". Frytki z serem żółtym w tym lokalu  są najlepsze. Super, że w końcu miałam okazję osobiście poznać Kasię :).
Po spotkaniu i przejściu zatłoczonymi Krupówkami jak za starych dobrych czasów skokowych (kibice, trąby, flagi itd, itp) umówiłam się z Dorotą. Poszłyśmy do sławnej pizzeri "Adamo".  Zjadłam małą pizzę a co tam jak szaleć to szaleć :D. I udałyśmy się na skocznię.


Wchodząc miałam wrażenie, że witam wiosnę. Śnieg był tylko na samym obiekcie, trybuny obrastała już zielona trawka.... ale wyglądało na to, że konkurs powinien się odbyć bez większych problemów. Znalazłam swoje miejsce na sektorze dla fotoreporterów i obserwowałam rozwój wydarzeń. Trzeba przyznać, że tylu kibiców w Zakopanem nie pamiętam  od Pucharu Świata w 2004 roku. Całą imprezę sponsorował Red Bull a przygotowaniem zajęła się TVP 1. Do godziny 16.30 wszystko wyglądało super. Na scenie pojawili się zaproszeni przez Adama Małysza najlepsi skoczkowie świata z Thomasem Morgensternem, Gregorem Schlierenzauerem i Simonem Ammannem na czele. Każdy z Nich dwukrotnie zakręcił kołem fortuny losując dla siebie odległości, do których mieli się zbliżyć w swoich skokach. Widok rozradowanego Jakuba Jandy, jedynego przedstawiciele mojego ulubionego czeskiego teamu był bezcenny.




Niestety podczas występu zespołu Wilki, który zagrał najbardziej kojarzącą się ze skokami polską piosenkę "Bohema" - "Lecę bo chcę, lecę bo wolność to zew....", zaczął padać gęsty i mokry śnieg. Powodował on zasypywanie toru najazdowego i skakanie w takich warunkach było na prawdę bardzo ryzykowne. Organizatorzy nie zdecydowali się rozpocząć konkursu i zarządzili ponad godzinną przerwę. W tym czasie na scenie występowały zaproszone zespołu między innymi: Papa D, Bracia, Blue cafe. Jednym słowem dramat.... Nie miało to większego znaczenia kiedy na scenie pojawił się zespół Zakopower (który wręcz uwielbiam) z Sebastianem Karpielem Bułecką na czele :). Chłopcy zagrali trzy piosenki "Zbuntowany anioł", "Nie bo nie" (<3) oraz "Galop". Zabawa była świetna, i udało mi się zastosować mój obowiązkowy manewr na koncerty. On na scenie, ja pod sceną, wszyscy za mną nikt przede mną :D.



Uwielbiam ich i to dosłownie :).
Jak się domyślacie po długim oczekiwaniu, (Boże dziękuję za akredytację, bo chyba tylko dzięki niej nie zmarzłam i nie jestem teraz mega chora), konkurs się odbył, ale nie były to już skoki do celu a normalne pojedyncze skoki. Wystartować nie zdecydowała się większość przybyłych skoczków. Na belce zobaczyliśmy zaledwie kilku zawodników. Polaków, Rosjan, JAKUBA JANDĘ, Simona Ammanna i oczywiście ADAMA MAŁYSZA, inni po prostu się przestraszyli a ja pozostawiam to bez komentarza. Odległości nie miały żadnego znaczenia, chodziło o to aby podziękować wielkiemu skoczkowi, który przez tak wiele lat dostarczał tylu emocji i wzruszeń.


Po skoku koledzy Adama z kadry przygotowali dla Niego szpaler z nart pod którym Mistrz przejechał, następnie wylądował na ramionach Kamila Stocha i Stefana Huli.



Przez ten okropny śnieg cały plan benefisu, uległ zmianie Adam Małysz skoczył dopiero przed godziną 19:00 dlatego też zrezygnowano z koncertów i na zakończenie oprócz tańców do 60 tys zgromadzonych kibiców przemówił On sam. To były najbardziej wzruszające chwile całego benefisu. Piosenka "We are the champions", łzy w oczach Mistrza, ukłony kibiców i gromkie dziękuję. Przypomniało mi się całe 11 lat, tych pięknych 11 lat, które jestem związana ze skokami narciarskimi.
MISTRZ BYŁ, JEST I BĘDZIE TYLKO JEDEN!

W przerwie kiedy oczekiwano na ostatni skok Adama Małysza w Telewizji wyemitowano wydanie specjalne programu "Jaka to melodia" z moim udziałem. Muszę przyznać, że wypadło świetnie i pokazali to na czym mi najbardziej zależało czyli podziękowania jakie złożyłam Małyszowi. To dla mnie zaszczyt, że emisja odbyła się tego dnia kiedy pożegnanie Mistrza. Było to dla mnie coś na prawdę ważnego i symbolicznego. Oto kulisy programu:


Dziękuję wszystkim za miłe słowa oraz trzymane kciuki :).
Pozdravy

Ančík


11 marca 2011

Ania w "Jaka to melodia".

Ahoj,
ostatnio w moim życiu dzieje się wiele dziwnych rzeczy. Od chorych niedomówień, poprzez niesamowite niespodzianki aż po występ w programie "Jaka to melodia". O tym ostatnim chciałam napisać. Zatem od początku....

Wszystko zaczęło się w minioną środę wtedy też zadzwoniła do mnie Ola (osoba zajmująca się rekrutacją uczestników do "Jaka to melodia")z zapytaniem czy nie wzięłabym udziału w nagraniu specjalnego wydania programu poświęconego Adamowi Małyszowi.
Przecierałam oczy ze zdumienia jednocześnie zastanawiając się skąd oni po tylu latach (ostatni raz w JTM byłam jakieś 5 lat temu) wzięli mój numer. Ani się do nich nie odzywałam ani nie poszłam na casting hmmm :O.Okazało się, że przeszukali wiele segregatorów w archiwum wiedząc tylko tyle, że mam na imię Ania i, że podczas ostatniego nagrania opowiadałam bardzo dużo o skokach narciarskich. Po kilku dniach udało się znaleźć mój kwestionariusz stąd też telefon.
Początkowo chciałam odmówić w związku z zapaleniem krtani jakie mi doskwierało i uniemożliwiało mówienia ale pomyślałam, że do soboty (5.03 - termin nagrania) powinno mi przejść.
Czego się nie robi dla Adama, który w tak znaczący sposób wpłynął na moje życie. Generalnie był to świetny sposób aby publicznie podziękować MISTRZOWI i zakończyć tę wielką część mojego życia (ponad 12 lat) zwaną miłość do skoków narciarskich. Muszę dodać najlepszy czas jakiego do tej pory doświadczyłam.....
Czas beztroski, uśmiechu, pierwszych miłości, nowych znajomości, przyjaźni itd.....Dokładnie tak!!!, wszystko to zawdzięczam Adamowi Małyszowi. Za co jestem i będę mu wdzięczna do końca życia. Smutno, że podjął decyzję o zakończeniu kariery. Wraz z nim odchodzi kawałek, spory kawałek mnie. Pozostają tylko wspomnienia i zdjęcia. Ale przynajmniej tego co przeżyłam nikt, nigdy mi nie zabierze.
Wracając do "Jaka to melodia". Zgodziłam się i pojechałam w sobotę do telewizji.
Kazano mi być na 12:30 jak się okazało niepotrzebnie ponieważ samo nagranie rozpoczęło się o godzinie 17:00. W związku z tym, że przed nami swój odcinek nagrywali artyści a raczej "artyści": Zbigniew Zamachowski, Wojciech Malajkat i Katarzyna Piasecka. Takich apatycznych i snobistycznych ludzi już dano nie widziałam. W ogóle nie wypominam Zamachowskiemu spóźnienia, przez które siedziałam bezczynnie w bufecie starając się konwersować z rywalami (Łukaszem i Robertem). Skoro już o konkurentach mowa, wybrali młodych, sympatycznych ludzi aczkolwiek co akurat dla mnie nie było zbyt pomyślnym prognostykiem świetnych graczy. Obaj wygrali już kilka odcinków łącznie z finałami miesiąca. Patrząc na aktualną moją wiedzę muzyczną, która teraz nie jest zbyt rozległa (np w porównaniu do mojego poprzedniego występu, gdzie udało mi się wygrać prawie 1900 zł). Ostatnimi czasy inne rzeczy pochłaniały moją uwagę historia, polityka, literatura i muzyka ale na pewno nie taka serwowana w JTM. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że twórcy programu nie decydują się na puszczanie Linkin Park, Metallicy, Red Hot Chili Peppers o New Politics już nawet nie wspominam, a król Michael Jackson jest bardzo rzadko.
Odpadałam zatem w przedbiegach ale to nie popsuło mi dobrego humoru i chęci edukacji zgromadzonych w studio ludzi w tematyce skoków narciarskich. Nieskromnie mówiąc moja wiedza rozłożyła ich na łopatki co w związku z tym, że jestem dziewczyną jest wręcz niebywałe. Chłopcy kompletnie nic nie wiedzieli o skokach i trzeba było im na poczekaniu wymyślać historyjki dotyczące ich powiązań z Adamem Małyszem. Było przy tym oczywiście wiele śmiechu.


Zabawę przerwali nam Panowie, którzy mieli nakręcić z nami krótkie filmiki zza kulis. Ja poszłam na drugi ogień opowiadając i demonstrując na korytarzu na czym polega poprawny skok i jak powinien wyglądać ten najwyżej oceniany. Wyglądało to komicznie. Z boku stał Robert Janowski (prowadzący program) przypatrując się temu co tam wydziwiam jednocześnie bijąc brawa :D.
Po 15 minutach kręcenia udałam się do charakteryzatorni, gdzie zaczęto malować mi oczy. W między czasie, ktoś wpadł na pomysł, by namalować nam na twarzach biało - czerwone flagi aby bardziej oddać nastrój sportowy.


Zaproponowałam czy mogę mieć na twarzy biało - czerwone serduszko. Wyrażono zgodę i Pani makijażystka stworzyła wspomniane dzieło :D. Wyglądało całkiem fajnie a po ozdobieniu brokatem nawet świetnie. Następnie jeszcze poprawiono mi fryzurę i zaczęły się kolejne krótkie wywiady. Po wszystkich przygotowaniach nastąpiła przerwa obiadowa, którą wykorzystałam na obejrzenie kilku skoków z konkursu drużynowego na dużej skoczni na Mistrzostwach Świata w Oslo. Trudno w to uwierzyć ale w bufecie pojawiłam się akurat w tym momencie gdy na belce startowej zasiadał Jan Matura :). Jakże byłam szczęśliwa, że udało mi się Go zobaczyć.


Około godziny 17:00 nareszcie zaproszono nas do studia. Podpięto nam mikrofony i zaczęło się nagranie. Niestety pomimo tego, że był to odcinek poświęcony Adamowi Małyszowi, żadne piosenki związane z tematem się nie pojawiły. Muszę przyznać, że trochę nie rozumiem logiki i po prostu byłam rozczarowana. Jaki problem było dać piosenki typu: "We are the champions", "Biała armia", "Bohema", "We are need another hero" itd. No cóż pozostawiam bez komentarza.
Tak jak przypuszczałam (zresztą nie mogło być inaczej również z innych względów) odpadłam w drugiej rundzie. Rywale byli bezkonkurencyjni i walczyli ze sobą i z czasem. Ja jednak zrobiłam to po co przyszłam na Woronicza. Zaprezentowałam swoją wiedzę, i podziękowałam MISTRZOWI. Dodatkowo zarobiłam 280 zł a w zasadzie 300 zł, nawiązałam nowe znajomości i przywiozłam do domu sławny kuferek. Finał wygrał Robert ale tym razem nie chodziło o pieniądze a o dobrą zabawę. Po wyłączeniu kamer przyszła do nas Pani reżyser i ze łzami w oczach przyznała, że już dawno nie było tak ciekawego i sympatycznego odcinka. Dodatkowo rozpływała się na tym jaka to jestem fajna i jak pięknie mówiłam o skokach i Adamie Małyszu. Zdradziła też, że to ona mnie pamiętała i bardzo chciała ściągnąć do tego wydania odcinka. Gratuluję cierpliwości. Szukano informacji o mnie podobno kilkanaście dni :D.


Podsumowując zabawa była genialna a i moja samoocena znacząco wzrosła co było mi potrzebne, szczególnie w tym trudnym dla mnie okresie.
Do "Jaka to melodia" jeszcze wrócę.... muszę się tylko podszkolić i przypomnieć sobie to wszystko co jeszcze kilka lat temu dobrze wiedziałam. Wtedy też poszaleję i zmasakruję rywali. Może znowu trafię na Łukasza :P.

To tyle na dzisiaj, dziękuję Kasi i Michałowi za towarzystwo:), a Łukaszowi i Robertowi za zdrową rywalizację i dobrą zabawę.

Zdravím Vás!


Ančík


PS: Gdyby ktoś chciał zobaczyć w tv opisany odcinek.  Emisja odbędzie się 26.03.2011 najprawdopodobniej o godzinie 18:30.

7 lutego 2011

Czas powrotu...

Ahojky,
zainspirowana namowami znajomych i nieznajomych ludzi po ponad rocznej przerwie zdecydowałam się powrócić do pisania bloga.
 Jak się pewnie domyślacie przez rok wiele się wydarzyło, wiele pozmieniało.... Obiecuję, że systematycznie będę się starała wszystkie najważniejsze zmiany opisać i wyjaśnić.

Podjęłam decyzję, o poszerzeniu tematyki owego bloga oprócz moich ukochanych Czech <3, muzyki, i skoków narciarskich będę pisała również o historii (w związku z projektem życia, ale o nim później) oraz polityce, w którą zupełnie nie wiedzieć czemu się wplątałam.

Jedno jest pewne jestem tu gdzie jestem i póki co nie zamierzam tego zmieniać.

Mějte se pěkně


Ančík





3 stycznia 2010

Novy rok:) 2010...

Ahojky,
po dwóch miesiącach przerwy powracam :D. Tak długa przerwa spowodowana była kilkoma projektami w jakie się zaangażowałam. W związku z tym nie miałam zbyt wiele czasu aby pisać bloga. Teraz kiedy wszystko przeszło już do porządku dziennego postaram się nadrobić  zaległości i pisać z większą częstotliwością.
Mam nadzieję, że święta minęły wam w miłej atmosferze a z nowym rokiem macie nowe cele i ambicje.
Dzisiaj wrzucę tylko taki fajny kolaż, który w kilku fotkach podsumuje mój rok 2009. Aplikacja taka pojawiła się w ostatnich dniach na facebooku i naprawdę wykonywałam takie "foto podsumowanie" z wielką przyjemnością:)
Pozdrawiam serdecznie i Dobrou noc :).



Ančík

1 listopada 2009

"Never can say goodbye"

Ahoj Lidé
Postanowiłam, że nie będę dużo pisała. Pierwszy dzień listopada nigdy nie nastraja mnie zbyt optymistycznie i nie jestem wtedy zbytnio wylewna. W moim nastroju dominuje zaduma, smutek i przygnębienie, ale to chyba jak najbardziej odpowiednie reakcje. Mój dzisiejszy dzień wyglądał następująco: cały poranek spędziłam na cmentarzu myśląc nad sobą i sensem swojego życia. Po południu pojechałam do kina, jeszcze raz wnikliwie obejrzeć film „This i sit” ahhh mam sporo nowych wniosków i opinii, ale o nich napiszę jutro.
Dzisiaj chciałam opublikować w poście tekst piosenki zawierający ważne przesłanie idealnie pasujące do dnia „wszystkich świętych”… Robię to dlatego, iż
uważam, że nigdy nie powinniśmy żegnać się z osobami, które odchodzą, wierzę w to, że na pewno kiedyś ponownie się spotkamy.

The Jackson 5 – „Never can say goodbye”



Never can say goodbye
No no no no, I
Never can say goodbye

Even though the pain and heartache
Seems to follow me wherever I go
Though I try and try to hide my feelings
They always seem to show
Then you try to say you're leaving me
And I always have to say no...

Tell me why
Is it so

That I
Never can say goodbye
No no no no, I
Never can say goodbye

Everytime I think I've had enough
I start heading for the door
There's a very strange vibration
piercin me right to the core
It says turn around you fool
You know you love her more and more

Tell me why
(tell me why)
Is it so
(is it so)
Don't wanna let you go!

I can never can say goodbye girl
(never can say goodbye girl)
ou ou baby
(don't wanna let you go girl)
I never can say goodbye
no no no no no no no no no no no
ou! oh!
I never can say goodbye girl
(never can say goodbye girl)
ouuuuuuuu ouuuuuuuuuu
never can say goodbye
no no no no no no no no no no no

I keep thinkin that our problems
Soon are all gonna work out
But there's that same unhappy feeling and there's that anguish, there's that
doubt
It's the same old did ya hang up
Can't do with you or without

Tell me why
Is it so
Don't wanna let you go

Dávajte na sebe pozor…

L.O.V.E  (TOY)

Ančík

31 października 2009

"This is the moment", "This is the time", "THIS IS IT"


"This is the moment, this is the time, THIS IS IT" ~ M.Jackson

 Hmmm mniej więcej od trzech dni staram się zebrać by napisać kilka mądrych słów na temat filmu „Michael Jackson’s - This is it” na którym byłam. Niezmiernie ciężko jest stworzyć krótkie podsumowanie, gdy w głowie ma się tyle przemyśleń i opinii. No cóż, ale ja się tego podejmę. Zacznę może od początku. W zasadzie chyba wszyscy wiedzą, że film „This is it” przedstawia zarejestrowane fragmenty ostatnich prób Michaela Jacksona jakie odbyły się przed zaplanowaną na rok 2009 i 2010 serią koncertów z trasy o tym samym tytule. Dla formalności jednak o tym przypominam:))).
Do Multikina udałam się z moją koleżanką Karoliną, która podobnie jak ja od długiego czasu jest fanką Michaela. Dodam, że prawdziwą fanką, znającą zarówno osobę Michaela jak i szczegółowo jego twórczość. Piszę to, ponieważ po „rzekomej” śmierci króla popu pojawiło się bardzo wiele osób (głównie młodych) nazywających się fanami/kami. Dla mnie podpinanie się za wszelką cenę pod coś, co jest akurat w danym momencie na topie i udawanie, że ma się o tym, wybitne pojęcie jest po prostu żałosne. Wiem, wspaniale, że młodzi ludzie, dopiero kształtujący swoje osobowości czerpią swoistą inspirację z tak wspaniałej postaci jak MJ, ale chwilowej, obsesyjnej miłości nie jestem w stanie logicznie wytłumaczyć.
Wracając do tematu razem z Karoliną w zaskakująco dobrych nastrojach zajęłyśmy wcześniej zarezerwowane miejsca i w lekkim napięciu czekałyśmy na rozpoczęcie seansu. Zupełnie nie wiedziałyśmy, czego mamy się spodziewać, ale nie byłyśmy w tym osamotnione, nikt ze zgromadzonych osób tego nie wiedział. Oczywiście sala była wypełniona po brzegi a w około nas siedzieli dziwnie poprzebierani ludzi. Niektórzy na głowach mieli kapelusze, inni pojawili się w ciemnych okularach jeszcze inni demonstrowali swoją miłość do Mike mając na sobie koszulki z jego wizerunkiem. Ja nie wyposażyłam się w żaden gadżet aczkolwiek muszę się przyznać, że w domu mam fajną koszulkę i jestem z niej naprawdę dumna, ponieważ w całości sama ją zaprojektowałam.
Na początku filmu na ekranie pojawił się wielki napis „for fans” (poczułam się jakby dedykowano go specjalnie mojej skromnej osobie :)))) po nim wyemitowano wypowiedzi tancerzy, którzy mieli zaszczyt przygotowywać się do występów u boku Michaela. Widać, że przepełniała ich wielka radość. Najbardziej urzekł mnie jeden z chłopaków, który opowiadając o tym jak ważną rolę w jego życiu odegrał Michael po prostu się popłakał. To było takie głębokie i urocze. Z każdą minutą robiło się coraz ciekawiej, przed oczami przelatywały nam rozmaite obrazy, od tancerzy, chórku, pana Ortegi aż po samego Michaela.

Muszę poinformować i ostrzec, że wszystko to, co napiszę poniżej jest tylko i wyłącznie moją opinią i nie chce by ktokolwiek się nią sugerował. Każdy ma prawo mieć własne zdanie i może się ono różnić od tego mojego.

Otóż nie będę owijać w bawełnę, że jak dla mnie oprócz prawdziwego Michaela Jacksona, który prezentował się po prostu fantastycznie, cudownie śpiewał, niesamowicie tańczył, był zabawny, i miał w oczach tę swoją ogromną magię, w filmie mogliśmy zobaczyć jeszcze dwóch sobowtórów. Zdradziły ich przede wszystkim dziwne ruchy, zbyt śmiałe zachowanie jak również i spore różnice w wyglądzie zewnętrznym tj twarz, waga, wzrost, długość rąk czy rozmiar stóp.



Dla przypomnienia, taniec prawdziwego Michaela do piosenki "They don't care about us" na jednej z ostatnich prób (ten fragment można zobaczyć również w filmie)

 Jako osoba spostrzegawcza miałam świadomość, że prawdziwy MJ nie wystąpi w całym filmie już od momentu, gdy w internecie zaczęły się pojawiać pierwsze zdjęcia i urywki z planu. Wtedy też prawie nikt mi nie wierzył, uważano mnie za osobę pokręconą, usłyszałam, że jestem głupia. Teraz jednak opinia większości całkowicie się zmieniła. Huh jak widać czasem mam rację:))))). Sobowtór którego nazwałam Pan pomarańczowo-czerwone spodnie był chyba najbardziej zabawny ( w pamięci utkwił mi taniec łani do piosenki „The way You make me feel” chcąc nie chcąc na twarzy człowieka pojawiał się uśmiech), jego ruchy po prostu mnie rozwaliły… do tego strasznie szczupła budowa ciała chyba nawet największych sceptyków teorii o sobowtórach przekonała, że z Michaelem to ten pan ma niewiele wspólnego.



dla porównania... po lewej stronie sobowtór po prawej natomiast real MJ, różnice ewidentne......

Ewidentna ściema.. to był jednak dopiero początek, dalej było tylko lepiej… zrezygnowano z czerwonych spodenek i wprowadzona kogoś, kto zaprezentował nam komiczny taniec pingwina przy piosence „Human nature”.. tak powiecie, że ta piosenka jest dziwna i, że Michael zawsze na koncertach wykonywał do niej oryginalny układ choreograficzny, zgoda, ale coś takiego??? Co to to nie!!!!.
Idźmy dalej przy piosence „I Just cant stop loving You” oczywiście tradycyjnie duet – super…., tylko, dlaczego rzekomy MJ tak dziwnie się zachowuje??? Czy nasz Michael kiedykolwiek łapał jakąkolwiek dziewczynę w taki sposób za piersi czy pośladki??? Czy wykonywał w stosunku do jakiejkolwiek kobiety takie dwuznaczne ruchy??? Eeee nie przypominam sobie. Dziwne nie prawdaż? Podsumowując dla mnie w całym filmie jest jeden prawdziwy Michael i jest to ten bez okularów w większości scen występujący w niebieskiej koszuli. Jeżeli dobrze pamiętam wyjątkiem są tylko piosenki „Thriller” i „Earth song” gdzie ma na sobie czarną dość grubą kurtkę. Rzeczami, na które również warto zwrócić uwagę są sceny: na podnośniku gdzie można zobaczyć wielki urok Michaela, wspaniały taniec do piosenki „They don’t care about us” (ale tylko MJ bez okularów), oraz wzruszające wykonanie piosenki „I’ll be there”.
No tak jeszcze słowo a propos sobowtórów gdyby ktoś chciał ich znaleźć niech zwraca uwagę przede wszystkim na wzrost. Michael jest sporo wyższy od Kennego Ortegi, sobowtór natomiast jest wzrostu pana reżysera.
W filmie pojawiły się również dwie bardzo istotne wskazówki dla osób, które wierzą, że Michael Jackson nadal żyje a jego śmierć to jedna wielka mistyfikacja. Już na samym początku (pierwsze 3 minuty) można zobaczyć wielką mechaniczną postać, na której powierzchni pojawiają się istotne obrazy (min Elizabeth Taylor, dzieci, piękny świat) no i ten robot trzyma w rękach kulę i obraca ją wokół siebie, tak jakby się nią bawił, na końcu postać wybucha i pokazuje się scena, na której stoi sobowtór. Według mnie należy to czytać w następujący sposób: robot= Michael (ważne dla niego obrazy w środku postaci), kula = świat, obracanie= zabawa, wybuch = bum = wielki come back, sobowtór = fake, kłamstwo. Zbierzmy to wszystko w jedną całość otóż: Michael Jackson, niewątpliwie wielka osobowość, wielki człowiek, bawi się całym światem wkręcając wszystkich niemiłosiernie jednak planuje wielki powrót i finał zabawy. Niby taka błahostka, na którą zapewne mało, kto zwrócił uwagę, ale czy ktoś się zastanawiał po co w ogóle był ten wstęp z jakimś robotem??? Przecież dla filmu nie miała to kompletnie żadnego znaczenia… dla trasy koncertowej na pewno też nie. Ciekawe…, ale druga scena jest jeszcze dużo bardziej intrygująca. Na samym końcu po napisach, gdy ludzie opuszczali już salę pojawia się jeszcze obraz gdzie kolejny sobowtór stojąc obok K.Ortegi wypowiada bardzo, ale to bardzo istotne słowa, które wszystkim powinny otworzyć oczy, otóż:

“Stop the music. I decision when I finish myself.... Maybe I come undone a button, snap one's fingers and boom- I decide when i come back myself.”

– szok???.
Ale niespodzianka taka bardzo w stylu MJ wszystko się kończy a tu proszę głębia i sentencja całego filmu.
Chwilkę wcześniej jeszcze zdanie o tym, że fani chcą ucieczki, to im ją damy. Czyżbyśmy mieli motyw przewodni?.
Jak dla mnie zdecydowanie tak. Warto zaznaczyć, że piosenką kończącą jest ponownie doskonale znana „Heal the Word”.

Jestem straszliwie dumna, że od tak dawna wiedziałam, o co właściwie chodzi w „This is it” perfekcyjnie rozgryzłam wszelakie zagadki i symbole:))).
Utwierdziłam się również w przekonaniu, że najlepsze wnioski pochodzą z mojej własnej głowy. Nie wierzę nikomu, wierzę tylko sobie. Karolina po seansie powiedziała dokładnie to samo, więc chyba nie mam urojeń:)))).
W niedzielę idę do kina ponownie tym razem sama by na spokojnie jeszcze raz przyjrzeć się kilku szczegółom. Zobaczymy czy wynajdę jeszcze coś nowego….

To tyle :)))). Rudii dziękuję bardzo za świetne towarzystwo i pomocne opinie:). Love You:).

"Hael the world"
"L.O.V.E" <3<3<3

Ančik
I <3 You KING!!!!

27 października 2009

"This is it" - już jutro.

Ahojky.

"This is the moment, this is the time - "THIS IS IT......"

Generalnie po chorobie, która zatrzymała mnie na cały tydzień w domu, staram się teraz powrócić do normalnego trybu pracy. Niestety kompletnie mi nie idzie, chodzę jakaś taka nieogarnięta zamulona i nie pomagają żadne red bulle i tego typu wspomagacze. Ahhh znowu jest mi jakoś niewygodnie, ooo tak zdecydowanie to słowo najlepiej odzwierciedla mój aktualny stan.
Poniedziałek minął o dziwo szybko i spokojnie. Dzisiaj było już jednak znacznie gorzej a popołudnie spędzone w pracy z kierowniczką w otoczeniu psychicznych i to dosłownie klientów wprowadził mnie w jeszcze podlejszy nastrój wrrrr. Kolejne nudne jak flaki z olejem godziny uzupełnione kiepskimi dowcipami, które w ogóle nie były śmieszne nic nie wniosły do mego życia, a jestem osobą, która z wszystkiego chce coś wynieść, coś sobie przechwycić. Starałam stwarzać pozory a pomagała mi w tym piosenka dnia „Get on the floor” (fantastyczny song).
Ale początek tygodnia już Bohudík za mną. Aktualnie jestem bardzo podekscytowana. Powód? - jutro idę do kina na „This is it” i nic innego mnie nie interesuje. To właśnie na ten dzień czekałam od ponad miesiąca. Jestem strasznie ciekawa, co tam zobaczę i czy potwierdzi się moja skomplikowana teoria. Podobnie jak wszyscy, którzy wybierają się do kina ja również nie wiem, czego właściwie mam się spodziewać. Do tej pory pojawiło się tyle sprzecznych opinii na temat tego filmu, że najzwyczajniej w świecie zaczęłam się bać. Przede wszystkim tego, że może się okazać, że wszystko to ściema. W sumie nawet by mnie to nie zdziwiło, w końcu reżyserem jest Kenny Ortega twórca takich shitów jak: „High school musical” czy „Hannah Montana”… dalej nie rozwijam tej kwestii, po prostu pozostawiam to bez komentarza. No nic wszystko wyjaśni się już jutro o godzinie 18.30. Po 111 minutach będę wiedziała na czym stoję i mam nadzieję, że nie wyjdę z kina załamana i zdegustowana no i przede wszystkim, że film nie złamie mojej wiary i nie zasygnalizuje, że nie miałam i nie mam racji. Dzisiaj nic nie wymyślę… zobaczymy jutro…





Wiem jedno
Michael I love You.

Pozdrawiam

Ančík