Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vegard Swensen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vegard Swensen. Pokaż wszystkie posty

10 marca 2013

CoC Liberec 2013

Ahoj,
kolejne po Wiśle konkursy Pucharu Kontynentalnego odbyły się w moim ukochanym Libercu. Zważywszy na to, że w Wiśle bawiłam się świetnie oraz na to, że z Pragi do Liberca jest tylko godzina drogi nie mogło mnie tam zabraknąć. Ten wyjazd w odróżneniu od Wisły planowałam od bardzo dawna. Do Liberca pojechałam w piątek najwcześniej jak tylko mogłam tzn. o godzinie 10:00. Prawda jest taka, że w tym mieście zawsze mam co robić... Po godzinie byłam już na miejscu trochę zdenerwowana bo nie wiedziałam co przyniesie los ale z uśmiechem na twarzy poszłam do hotelu. Po zameldowaniu się i oczywiście skontrolowaniu facebooka udałam się do mojej ulubionej wegetariańskiej restauracji "Anandy", gdzie zjadłam kilka niesamowicie smacznych obiadów podczas Mistrzostw Świata Juniorów. Ahh karbanatki s pecenymi bramborami i miska wymyślnych sałatek po prostu palce lizać. Jak widać bezmięsne jedzenie może być naprawdę smaczne a człowiek nie przyczynia się do zabijania świnek i krówek :)
W drodze powrotnej urządziłam sobie długi spacer.... Skoro w tym dniu na skoczni nie odbywały się żadne treningi mogłam sobie na to pozwolić. 
Wieczór spędziłam w towarzystwie mojej koleżanki Misi, (którą poznałam na MSJ) oraz jej znajomych. Bar Panda kilka piw i sympatyczne a zarazem inteligentne historyczne rozmowy a przed tym jak wyładowała mi się bateria w telefonie również słodka konwersacja z prywatnym George na facebookowym czacie :D... Ok godziny 1:00 wróciłam do hotelu,  długi prysznic a następnie zasłużony odpoczynek.

W sobotę obudziłam się o godzinie 7.00 stosunkowo wcześnie ale emocje nie dawały pospać dłużej. O 10:00 wraz z Danni pojechałyśmy samochodem na skocznię. Muszę przyznać, że droga na górę była bardzo niebezpiczna i w ogóle nie przygotowana. Ahhh kocham organizację tego Pucharu kontynentalnego  . Wszyscy robili co chcieli, nie było akredytacji o kibicach już nawet nie wspominam. Puste trybuny do których przejście torował wysoki na kilkadziesiąt centymetrów śnieg.



Po kilkudziesięciu minutach na skocznie dotarła Agnieszka razem ze swoją siostrą. Po krótkiej konwersacji rozpoczęłyśmy operację o nazwie - robienie zdjęć.
Naszą największą radość wzbudziła obecność na skoczni Floriana Liegla. Aktualnie trenera austriackiej kadry B a kilka lat temu świetnego skoczka. Dodam, że jednego z moich ulubionych. Zawsze fascynowała mnie Jego niebanalna uroda oraz specyficzne poczucie humoru. Kiedy tylko dowiedziałam się, że pojawi się w Libercu wiedziałam, że jedną z misji tego wyjazdu będzie zrobienie sobie z Nim zdjęcia. Misja została zrealizowana!!!



Muszę przyznać, że niewiele się zmienił. Nadal tak samo przystojny, nadal tak samo sympatyczny i strasznie wysoki. Było mi niezmiernie miło móc Go spotkać po tylu latach. Ahh skokowych wspomnień ciąg dalszy.

W wirze dziwnej fascynacji koreańskim zawodnikiem Heung Chul Choiem, która trwa od PK w Wiśle i z Nim musiałam zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Zdecydowanie kolejny przeuroczy skoczek.


Po zrobieniu kilku zdjęć skupiłam się na obserwowaniu konkursu. Kiedy na belce startowej zasiadł Vegard Swensen mocno zacisnęłam kciuki. Niestety na niewiele się to zdało.... W pierwszej serii Vegard skoczył 92,5 metra co dało mu 23 pozycję. W drugiej serii poprawił się zaledwie o metr i ostatecznie był 24.
Mimo to bawiąc się aparatem Agnieszki udało mi się zrobić mojemu ulubionemu Norwegowi kilka fajnych zdjęć.




Mina Vegarda po zepsutym skoku jest zdecydowanie sweet.  Konkurs wygrał Niemiec Marinus Kraus, dla którego było to drugie zwycięstwo w konkursie PK w karierze. Drugie miejsce zajął Norweg Kim Rene Elverum Sorsell a trzeci był Słoweniec Matic Kramarsic. Trzeba przyznać, że Słoweńcy w tym sezonie spisują się rewealacyjnie nie tylko w Pucharze Świata ale również i Pucharze Kontynentalnym. 




Marinus Kraus


Kim Rene Elverum Sorsell

Po konkursie wspólnie z redaktorką naczelną portalu skoky.net Simonou poszłysmy na pizze. Było bardzo sympatycznie i mogłyśmy sobie nareszcie porządnie porozmawiać. Cóż utwierdziłam się w przekonaniu, że sytuacja w czeskim związku narciarskim jest bardzo skomplikowana, ale to nie mój problem.
Po konsumpcji szybko wróciłam do hotelu, żeby porozmawiać z George :). Jak zwykle było bardzo miło tylko musieliśmy walczyć ze złym sygnałem internetowym ahh.

W niedziele wstałam jakaś bardzo zestresowana. Nie miałam jednak dużo czasu żeby się nad tym zastanawiać. Zebrałam się i wspólnie z Agnieszką pojechałam na skocznie. Niestety pogoda nie była dla nas już tak łaskawa jak w sobotę. Słońce tym razem zapomniało o Jestade ale za to pojawił się wiatr, który sprawił, że nastąpiły małe zmiany w programie. Zrezygnowano z rozegrania serii próbnej i postanowiona od razu rozpocząć konkurs. Zamysł generalnie dobry tylko, że wiatr i tak przeszkadzał zawodnikom. Pierwsza seria ciągnęła się niemiłosiernie a mi było coraz zimniej. W duszy modliłam się, żeby jury odwołało drugą serię. Tak też się stało. Jednoseryjny konkurs wygrał ponownie Niemiec Marinus Kraus, drugie miejsce ex aequo zajęli Norweg z genialnymi włosami Fredrik Bjerkeengen oraz Słoweniec Matic Kramarsic. 


Błahahaha a mogłam poprosić o fotkę ze stojącymi włosami :D

Niestety jeszcze gorzej niż w sobotę spisał się Vegard. Po skoku na 91 metrów zajął dopiero 34 miejsce     tym samym nie zdobywając żadnych punktów do generalnej klasyfikacji :(
Po konkursie udało mi się zamienić z Nim kilka słów i uświadomił mnie, że trafił na naprawdę niesprzyjające warunki :( 
Następnie pobawiłam się jeszcze trochę w paparazzi korzystając z okazji, że miałam w ręku dobrą lustrzankę :)



Ossi - Pekka Valta


Danny Queck

Niewątpliwie wróciła mi frajda z robienia zdjęć. Teraz już wiem, że następną rzeczą w jaką zainwestuję będzie właśnie lustrzanka. 
Zamykając temat pobytu na skoczni serdecznie dziękuję Agnieszce i Eli za towarzystwo, świetne fotki i oczywiście transport :). 

Niedzielny wieczór to jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Spędzony w najukochańszym mieście z cudowną osobą u boku. Jestem pewna, że jeszcze długo będę go wspominać. 
Ten wyjazd potwierdził, że w Libercu spotykają mnie same magiczne rzeczy. To zdecydowanie moje miejsce na świecie. 


Prawie zapomniałam.... z Liberca przywiozłam fajny gadżet, który sprawił mi wielką radość. Mianowicie od jednego z norweskich skoczków otrzymałam opaskę, którą teraz z dumą noszę. 


Niestety cztery dni w Libercu zleciały bardzo szybko :( -  za szybko... 
Moje wyjazdy skokowe dobiegły końca i teraz przyszedł czas na marazm i stagnację... ale cóż zrobić mam nadzieję, że kolejne akcje sportowe w które już niebawem się zaangażuję przyniosą mi następną dawkę pozytywnych emocji i radości. 

Mejte se hezky 
Anicka

"Kto wymyślił naszą miłość, kto ją w środku nocy wyśnił. Czy to wszystko się zdarzyło czy tak było rzeczywiście"

5 marca 2013

CoC Wisła 2013


Ahoj,
właśnie wróciłam do Pragi z Liberca i korzystając z wolnej chwili postanowiłam, że napiszę kilka słów o zeszłym weekendzie, który spędziłam w Wiśle. Pojechałam tam na Puchar Kontynentalny w skokach narciarskich. Zdecydowanie był to jeden z najbardziej ekstremalnych wyjadów na skoki ever. Po pierwsze dlatego, że dosyć późno w ogóle się na niego zecydowałam. Po drugie dlatego, że wszystko załatwiłam dosłownie w dwa dni. Bilety na pociąg do Katowic o których cenie nawet nie będę wspominać bo jest to jakieś totalne nieporozumienie, kwaterę oraz wolne w pracy. Na szczęście wszystko udało się jakoś ogarnąć. Prawda jest taka, że ja po prostu musiałam tam być :D....
W dość długą podróż wyruszyłam w piątek rano. Po ponad pięciu godzinach spędzonych w pociągu dojechałam do Katowic. Na szczęście przyjazd pociągu idealnie zgrał się z odjazdem busa do Wisły.
Na miejsce dotarałam po godzinie 20.00 następnie taksówką pojechałam do domu wczasowego w którym znalazłam wolny pokój i po porządnej kąpieli poszłam spać.
Po raz pierwszy w całej mojej długiej historii wyjazdów na skoki nie byłam obecna na treningach. No  cóż nie dostałam wolnego czwartku w pracy. Z tym jednym dniem poślizgu nie mogłam się ogarnąć podczas całego pobytu. Po prostu czegoś mi brakowało....

W sobotę po smacznym śniadaniu poszłam na spacer na "mini Krupówki" i kolejny raz doszłam do wniosku, że  Wisła jest nudna. Zdecydowanie nic tam nie ma.
Po szybkich zakupach spotkałam Ewelinę z którą w oczekiwaniu na Socze i Biedronkę poszłyśmy na ciacho mistrza do cukierni "U  Janeczki".  Byłoby wielkim nietaktem być w Wiśle i nie zjeść tego regionalnego już produktu :D. Trzeba przyznać, że wspomniana cukiernia to zdecydowanie najjaśniejszy punkt głównej ulicy w Wiśle. Świetnie zaopatrzona a i wypieki mniam po prostu palce lizać :)


Kiedy byłyśmy już w komplecie i dziewczyny zameldowały się u siebie w pensjonacie (swoją drogą trzeba przyznać, że trafiły na crazy właściciela.... ha ha ha uwielbiam takich podstarzałych czarusiów i amantów :D)  pojechałyśmy autobusem na skocznie. Kolejna rzecz, którą "uwielbiam" w Wiśle to komunikacja miejska jeśli w ogóle te kilka kursujących autobusów można tak nazwać. 
Na szczęście wszelakie niedogodności wynagrodziła pogoda. Konwersując z dziewczynami starałam się obserwować to co dzieje się na skoczni. Wspominałam już kiedyś, że nie jest to proste na obiekcie im. Adama Małysza. Mianowicie dlatego, że stojąc na dole nie ma możliwości przyjrzenia się najistotniejszej części skoku czyli wyjściu z progu. Skoczka dostrzega się dopiero nad bulą.... to znacząco psuje efekt wizualny.

Było więc sporo czasu na robienie fotek. O np. i ja się takiej jednej całkiem ładnej doczekałam... ;) (Dzięki Caryca :D)



z Socze :)

Największym zaskoczeniem soboty była obecność na skoczni Borka Sedlaka. Hmm Jego nazwisko nie figurowało na żadnym zgłoszeniu a w momencie kiedy zobaczyłam, że ma na sobie koszulkę startową przedskoczka przeżyłam szok. Po swoim skoku podszedł do mnie i konwersowaliśmy dobre 20 min. W sumie dawno się nie widzieliśmy więc bardzo fajnie było porozmawiać. Okazało się, że w niedzielę Antonin Hajek leciał na MŚ do Val Di Fiemme a Borek miał wskoczyć na Jego miejsce w konkursie PK. Nie rozumiem tych roszad tym bardziej, że Tonda nie wystartował w żadnym konkursie we Włoszech ale za czeskim związkiem narciarskim nikt nie trafi.



Największą frajdę sprawił mi jednak widok Vegarda Swensena, który zawsze robi takie urocze miny bez względu na to czy skok mu wyjdzie czy też nie. Tym razem nie było inaczej... Ewelinie udało sie uchwycić kawałeczek specjalnego uśmiechu :). Ahh ten skoczek jest zdecydowanie pro....


Konkurs wygrał reprezentant Niemiec Danny Queck, drugi był przesympatyczny Słoweniec Matic Benedik a trzeci reprezentant Polski Krzysztof Biegun. Vegard skończył na 14 miejscu a Antonin Hajek był 12. 


Danny Queck by Socze


a tu miejsca 3-6....

Wolałabym trochę inne podium ale cóż zrobić i tak nie było najgorzej. 
Wieczór to naleśniki ze szpinakiem oraz wspólne oglądanie konkursu Mistrzostw Świata na skoczni normalnej i wielka radość z wygranej Andersa Bardala. Schlierenzauer pokonany yeah!!!!. Warto dodać, że Jan Matura zajął bardzo dobre 12 miejsce :). 
Następnie krótki pobyt w Sofie i powrót do hotelu, żeby porządnie się wyspać i zdążyć na niedzielny konkurs. 

W niedziele było już dużo fajniej. Nerwy odpuściły i nastąpiło swoiste przełamanie. Hmm sama się tego po sobie nie spodziewałam, ale przy tak licznym gronie kibiców nie mogłam dać plamy :D.
Brawo dla organizatorów za to, że zrobili darmowe wejście co zaowocowało sporą liczbą ludzi na trybunach.. Przemieszczając się z miejsca na miejsce starałam się skupić na zawodach. 
Nie wiem czemu ale miałam wrażenie, że ciągnął się one niemiłosiernie. Pierwszy raz właściwie towarzyszyło mi takie uczucie. Hmm czyżbym się już starzała... 

W między czasie po 5 latach przerwy zrobiłam sobie zdjęcie z Borkiem. "Hmm tyle lat się znamy a mamy tylko jedną wspólną fotkę i to na dodatek z Maturinem" po takim właśnie tekście druga fotka z Borou stała się faktem hahahaha....


Warunki na górze skoczni niestety nie były równe dla wszystkich. Przekonał się o tym między innymi Vegard, któremu dość silnie powiało w plecy przez co zepsuł swoją próbę skacząc zaledwie 114,5 m. Tym samym zakończył udział w konkursie na pierwszej serii. Ostatecznie został sklasyfikowany na odległej 43 pozycji. Borek po zepsuciu drugiego skoku był trzydziesty. 


by Socze

Konwersacji tego dnia nie było końca. Kolejną osobą z którą zamieniłam parę słów był wspomniany już wcześniej mój ulubiony Norweg Vegard Swensen. Nie ma to jak rozmowa na skoczni o mięcie hahaha :D



paparazzi nie śpią :D

Chwile grozy wszyscy przeżyliśmy kiedy to po skoku na odległość 130,5 metra Norweski skoczek Ole Marius Ingvaldsen miał groźnie wyglądający upadek.  Otarcia twarzy i bardzo bolesny uraz kolana. Smutno ponieważ po tak dalekim skoku z pewnością znalazłby się na podium zawodów. 
Konkurs ostatecznie wygrał Atle Pedersen Roensen, drugi był ponownie Słoweniec Matic Benedik a trzeci Polak Jan Ziobro. 



Matic Benedik hmm czyżby kolejny skoczek, który zasługuje na miano uroczego? chyba tak :).
Ze skoczni razem z Eweliną przeniosłyśmy się do pensjonatu po drodze zamawiając wielką pizze. Hmm pizza ponad 50 cm - takie rzeczy tylko w Wiśle :D. A zapomniałam dodać, że cud się stał ponieważ jechał autobus :D. Po kilkudziesięciu minutach dołączyły do Nas Asia z Anetą i wspólnie urządziłyśmy sobie prezentację zrobionych fotek :).
Wieczór spędziłam oczywiście w Sofie no bo gdzie indziej w Wiśle... hmm odbyłam tam bardzo sympatyczną konwersację z jednym z norweskich skoczków. Zdecydowanie było to bardzo mile spędzony czas. Oby więcej takich inteligentnych ludzi w tym skokowym świecie.
Taki był właśnie Puchar Kontynentalny w Wiśle. Dziękuję Asi, Anecie i Ewelinie za towarzystwo, fotki oraz wsparcie. Vi za wsparcie telefoniczne :) bez Was byłoby trudniej!

Ancik


21 marca 2012

W jak Wisła part 2

Ahoj,
niedziela w Wiśle była zdecydowanie dziwna ale niewątpliwie sympatyczna, i pełna niespodzianek.
Rano obudziłam się ok godziny 6:00, dziewczyny jeszcze spały. Ponieważ czekała mnie przeprowadzka zaczęłam ogarniać swoje rzeczy. Zawody rano to jednak straszne zło :). Kiedy wszystkie byłyśmy już spakowane zadzwoniłyśmy po taxówkę (tę samą, którą jeździłyśmy przez ostatnie kilka dni)... Bagaże zostawiłyśmy u Sashki & spółki i całą czteroosobową grupą udałyśmy się na skocznię, gdzie właśnie rozpoczynał się trening.
Było ciepło ale ponownie wy znaki dały się nam roztopy...
Starałam się tym jednak nie przejmować w pełni korzystając z "przywilejów" jakie dawała mi akredytacja. No cóż po prostu robiłam zdjęcia. Kocham atmosferę Pucharu Kontynentalnego gdzie nikt nie robi problemów, gdzie nie ma psychicznych ochroniarzy traktujących cię jak bydło. Spokojnie zatrzymywałam kojonych skoczków, żeby zdjęcia były jak najlepsze. W między czasie porozmawiałam jeszcze chwilę z Borkiem i nie wiem czemu ale plątałam czeskie słowa.... ehh.
Mimo wszystko udało nam się podyskutować na temat mojego zakręconego tatuażu. Teraz nie wyobrażam sobie bez niego życia :)



Jak się okazało po tych kilku latach mojej nieobecności na zawodach zarówno PŚ jak i PK wielu ludzi związanych ze skokami jak i samych skoczków nadal mnie pamiętało. To w sumie bardzo miłe. Hmm przecież np Martina Cikla nie widziałam grubo ponad trzy lata. Nie wiem czy to w związku z moją wielką miłością do Czech oraz do czeskiego teamu czy z tym, że miałam na sobie swoją czeską kurtkę ale skoki Czechów były dla mnie niesamowicie ważne. Oprócz robienia zdjęć obserwowałam skoki niektórych zawodników. O tym, że nie lubię tej skoczni wspominałam już w pierwszej części relacji. Silny wiatr wiejący na górze rozbiegu spowodował, że pierwsza seria niemiłosiernie się ciągnęła. Słabsi zawodnicy oddawali ku sporemu zaskoczeniu bardzo dobre skoki. Świetnie skoczyli Jiri Mazoch i Tomas Zmoray co bardzo mnie ucieszyło. Uśmiech Tomasa podczas naszej rozmowy był po prostu bezcenny :)


Nie będę ukrywała, że ostatnio bardzo spodobał mi się pewien skoczek (tym razem jednak nie z Czech) . Celem numer jeden na niedzielę była szczegółowa obserwacja tego przystojnego Pana i zrobienie mu ładnego zdjęcia.
Cel został osiągnięty a i generalnie cały pobyt na skoczni uważam za bardzo miły. Dalsze pozytywne emocje w drużynie norweskiej wywoływała moja czapka :)... w sumie czemu się dziwić jest bardzo fajna :)
Wspólnie z Violą złapałyśmy też fazę na jednego bardzo sympatycznego Niemca, który używał ładnych perfum i wiedział czym jest masaż pleców :P
Mnie osobiście zaintrygował jeszcze nowy image Clinta Jonesa, który obecnie jest trenerem amerykańskich skoczków. Ahh pamiętam jeszcze te czasy kiedy wspólnie z Alanem Albornem byli jedynymi liczącymi się reprezentantami USA.
Niewątpliwie najbardziej zakręconą osobą na skoczni był Ildar, który co jakiś czas zatrzymywał się przy mnie i mówił po rosyjsku licząc na to, że coś zrozumiem... niestety niewiele rozumiałam za to nauczyłam się zwrotu „magu zdjelat Tjeba snimku“ ... hardcorowy język :P.



Konkurs podobnie jak i w sobotę zakończył się na jednej serii. To spowodowało, że bardzo dobre piąte miejsce utrzymał Jirka:). Przystojny Pan załapał się natomiast na podium. Aż miło było robić zdjęcia nagradzanej szóstce. Od przystojnego Pana, którym był Andreas Stjernen (ha ha ha zdradziłam) dostałam kwiatki.... to było zaskakujące ale jakże miłe wydarzenie. Zawsze chciałam dostać od lubianego zawodnika bukiet z podium.... Szkoda, że były to tulipany i, że nie zdołałam ich dowieść do Warszawy
Generalnie na skoczni brylowali Norwegowie, wszędzie było ich pełno a i moją uwagę udało im się przykuć. Nawet Czesi nie byli w stanie temu zapobiec, co było już naprawdę bardzo dziwnym zjawiskiem.
Oprócz Stjernena bardzo fajny okazał się również Vegard Swensen, który przez to, że mieliśmy identyczne czapki cały czas się do mnie uśmiechał :)


Po powrocie do apartamentu obejrzałyśmy konkurs drużynowy Mistrzostw Świata w lotach. Czesi niestety się nie popisali ale miło było zobaczyć chłopaków szczególnie Janka i rewelacyjne skoki Romana. Trzeba przyznać, że ten sezon w Jego wykonaniu był fenomenalny. Zjadłyśmy pizzę (kolejną w Wiśle :P) i zaczęłyśmy przygotowania do ostatniej imprezy.
W klubie "Sofa" pojawiłyśmy się ok godziny 22:00. W odróżnieniu od zakopiańskiego "Morskiego Oka" nie było tam tłumów. Zarówno zawodnicy jak i kibice najwyraźniej pojechali do domów. W sumie zostali tylko Norwegowie i Rosjanie, którzy stawili się w klubie w liczbie dwóch (Ilja i Georgiy). Skoro byli Norwegowie nie mogłam narzekać.
Zamówiłam piwo i rozmawiałam z dziewczynami. Zaskakująco łatwo mi się tego wieczoru piło. Kiedy zwolniła się duża loża od razu ją zajęłyśmy. Po chwili zaczęli zagadywać do nas Atle i Andreas. Razem z Kimem przysiedli się do nas i zaczęła się pasjonująca rozmowa...
Hmm podobno zawodnicy piją tylko w kilku krajach w Polsce, Czechach no i oczywiście w Planicy (Słowenia)... Kim zdradził, że w Norwegii jedno piwo kosztuje tyle co u nas cztery.
Kim jest naprawdę bardzo sympatyczny. Niestety strasznie rozczarował mnie swoim zachowaniem Andreas ale cóż nie można mieć wszystkiego....
Skończyło mi się piwo więc postanowiłam udać się do baru. Zaoferowałam, że przyniosę piwo również dla dziewczyn. Przy barze zaczepił mnie Robert. Porozmawialiśmy (trzeba przyznać, że rozmowa się kleiła) przerwałam ją jednak ponieważ wiedziałam, że dziewczyny czekają na piwo. Przeprosiłam i stwierdziłam, że za chwilę wrócę.
W loży nie było miejsca a ja nie chciałam się wpychać tym bardziej, że dziewczyny były zajęte rozmową. Usiadłam zatem w następnej, która była pusta. Po ok 5 minutach dołączył do mnie Robert i kontynuowaliśmy naszą rozmowę. Było bardzo sympatycznie i okazało się, że mamy wiele wspólnego. Hehe najzabawniejsza była sytuacja kiedy to zauważył mój tatuaż i stwierdził, że z drugiej strony powinnam sobie wytatuować norweską flagę a jeśli nie za uchem to na sercu :). Obiecałam, że rozważę :D.
Pomoc w kupnie drinków zaoferował Ole Marius miło z Jego strony ale czemu nie uprzedził, że przyniesie jakąś żurawinową mieszankę? :D... Po zestawieniu tego z piwem i norweskim (mocnym) snusem czułam się jakby to określić? średnio :D. Bogu dzięki Robert zadbał o to, żeby nic mi się nie stało :). Potem wspólnie ogarnialiśmy innych ludzi. Dogadałam się z Eweliną i zadzwoniłam po taxówkę. Jechałyśmy (ja + Ewelina) wspólnie z Robertem i Kennetem. Odstawiłyśmy chłopaków do hotelu, pożegnałyśmy się a ja zaliczyłam spektakularny upadek :D i wróciłyśmy do apartamentu. Po drodze spotkałyśmy Atle, który pieszo z nowo poznaną koleżanką spacerował do Geovity. Spotkałyśmy jeszcze kogoś ale tego już nie skomentuję. Powiem tylko tyle, że zachowanie niektórych osób było żenujące.
O dziwo po spacerze poczułam się lepiej, dużo lepiej i kiedy inni poszli spać ja wraz z Violą wypiłyśmy dwie kawy i zabrałyśmy się za oglądanie gali Oscarowej. Bardzo chciałam zobaczyć Georga Clooneya (mrauu) odbierającego statuetkę dla najlepszego aktora. Niestety nie było mi to dane, ponieważ tę prestiżową nagrodę otrzymał Jean Dujardin za rolę w niemym filmie "Artysta". Otrzymał oczywiście niezasłużenie.



Do dzisiaj nie rozumiem decyzji akademii.... Mimo to z Violą miałyśmy bardzo dobre humory cały czas nabijając się z pewnego osobnika o wdzięcznym imieniu o którym jednak nie wspomnę :D.
Nie poszłyśmy spać... 
Poniedziałek to powrót do domu tym razem autobusem. Długie 6 godzin...ale przynajmniej się wyspałam no i do Katowic jechałam wspólnie z dziewczynami:).
Podsumowując zdecydowanie był to iście norweski wyjazd. Nie przypuszczałam, że oprócz Janka, Borka i Tomasa mogę jeszcze tak bardzo polubić jakiegoś skoczka. Myliłam się zyskałam nowego ulubieńca i bardzo się z tego powodu cieszę :)... George nie dostał Oscara ale na to akurat nie miałam żadnego wpływu.

Girlsy wielkie diky za nice towarzystwo i fajną zabawę. Nie zapominam o niedzielnym noclegu :*

Mějte se fajn

Ančík

5 lutego 2012

Zaaaaaaaakopane :) last part.

Ahoj,
ostatni dzień w Zakopanem zaczął się podobnie jak dwa poprzednie.
Obudziłam się dość wcześnie, zeszłam na śniadanie i wróciłam do pokoju aby zabrać rzeczy. Wymieniłam kilka smsów z Borkiem i umówiliśmy się na kawę na 11:30.  Oboje zastanawialiśmy się gdzie dokładnie się wybrać. Ostatecznie stanęło na restauracji w moim pensjonacie. Argumentami przemawiającymi za tym miejscem były przede wszystkim bliskie położenie i pewność, że nikt nam nie będzie przeszkadzał. Była godzina 9:40 postanowiłam więc, że jeszcze zdążę dotrzymać swojej obietnicy złożonej dzień wcześniej. Udałam się na średnią krokiew by kibicować Lucce. Po pierwszej serii, przeprosiłam Ją, że muszę uciekać, porozmawiałyśmy jeszcze chwilę i pożegnałyśmy się.  Następnie szybko wróciłam do pensjonatu, gdzie poprosiłam właścicieli by nas obsłużyli. Restauracja była czynna dopiero od 12:00 także zdecydowanie poszli mi na rękę.
Z Borkiem miałam się spotkać pod hotelem Hyrny. Dobrze, że zdecydowałam się po Niego wyjść. Jemu samemu nie byłoby łatwo przedostać się przez tłum stojący przed wejściem. Wszyscy chcieli autograf, bądź zdjęcie. Szczególnie nachalna była grupa kierowana przez wspominaną przeze mnie już kilkukrotnie dziewczynę zwaną potocznie „Heja geja”….
W pewnym momencie przesunęłam się bliżej tłumu tak by Borek mógł mnie zobaczyć. Udało się, gdy tylko mnie spostrzegł przecisnął się przez grupkę kilku dziewczyn i podszedł do mnie. Przywitaliśmy się i spokojnie odeszliśmy. Idąc słyszałam komentarze typu „niech idą”, „znowu ona” itp… No cóż gratuluję niektórym pamięci. Po 3 latach mojej nieobecności w Zakopanem nadal mnie pamiętać....
Gdy dotarliśmy do restauracji zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim. Hmm trzeba było nadrobić zaległości.  Pewne rzeczy, których się dowiedziałam bardzo mnie zmartwiły ale wiem, że jeszcze wszystko może się zmienić.
Uwielbiam Borka, i wiele mu zawdzięczam szczególnie w kwestii mojej edukacji językowej. Podrzucił mi też jeden rewelacyjny pomysł, który mam nadzieję w niedalekiej przyszłości uda mi się zrealizować.
Cała rozmowa trwała ponad dwie godziny….

Odprowadziłam Borka do drzwi a On żeby nie powtórzyła się historia z wyjścia wszedł do hotelu przez siłownię. Jak sami widzicie nie każdy lubi dzikie ataki rozhisteryzowanych fanek.  Chciałabym żeby niektórzy zrozumieli, że skoczkowie nie zawsze mają ochotę wdzięczyć się do zdjęć. Oni jak każdy czasem po prostu mają gorsze dni.

Po tym sympatycznym poranku udałam się jeszcze na Krupówki. Szybkie zakupy. Musiałam dokupić sobie jakąś fajną koszulkę do mojej nowej, odlotowej bluzy PumyJ. Obowiązkowa była również wizyta w KFC… Och jak ogromnej ochoty nabrałam na stripsy J .
W kolejce spotkałam byłego czeskiego skoczka narciarskiego Pavla Fizka. Hmm trochę się zmienił od ostatniego razu jak Go widziałam.
Swoją drogą nigdy nie można przewidzieć kogo spotka się w Zakopanem. Ściągają tam różne dziwaczne postacie :P.
Szybkim krokiem wróciłam do pensjonatu, przebrałam się i wyruszyłam na skocznię. Jakoś wyjątkowo dłużyła mi się tego dnia droga. Może dlatego, że zatrzymali mnie Panowie policjanci, którzy pytali o jakieś dziwne rzeczyJ. Nieważne….uwielbiam uczucie, kiedy idę środkiem ulicy a inni muszą tłoczyć się na chodnikach. Jedne z nielicznych uroków otrzymywania akredytacji. Po drodze spotkałam Anię i obie przeszłyśmy do karceru dla mediów. Najpierw przyglądałyśmy się kwalifikacjom w których dobry skok oddał Borek. Pozostałym również poszło całkiem nieźle.
Wprawiło mnie to w optymistyczny nastrój i nawet pogarszająca się pogoda nie mogła mnie z niego wyprowadzić.
Saszka zmobilizowała mnie do wyciagnięcia aparatu i zrobienia kilku zdjęć. Muszę przyznać, że nie wyszłam z wprawy i nadal robię całkiem przyzwoite zdjęcia.




Pierwsza seria to głównie fascynacja atmosferą i obserwowanie skoków.
Borek skoczył  bardzo słabo i zakończył swój udział w konkursie. Przechodząc obok mnie powiedział, że przyjedzie oglądać drugą serię i wtedy jeszcze porozmawiamy. Kiedy przyszedł poruszyliśmy jeszcze jeden ważny temat i przeprowadziłam z Nim krótki wywiad pytając o przyczynę słabego skoku. Nie tłumaczył się warunkami jak to robi większość skoczków a przyznał się iż Jego aktualna forma pozostawia wiele do życzenia.




Po swoim skoku dołączył do nas Hlavka i tak sobie przez chwilę staliśmy we trójkę. Było sympatycznie ale znowu zaczęło mi czegoś a właściwie kogoś brakować ...


Ponieważ był to ostatni dzień miałam prawo do refleksji. Przez moją głowę przebiegały różne myśli aczkolwiek wszystkie przysłaniała ta jedna… co by było gdyby jednak sprawy przybrały inny obrót.
Pożegnałam się z Borkiem i Hlavką i za czeskim busem opuściłam skocznię.
Borek pożegnał mnie słowami „Anicko rad jsem te videl”…Borku vis, ze ja taky ;)

Konferencja jakoś tym razem mnie nie interesowała Nie lubię Gregora Schlierenzauera i nie miałam ochoty Go oglądać.
Razem z Agnieszką i Malwiną ehh szkoda, że nie pamiętałam, że w 2008 roku poznałam Agnieszkę (wybacz ;)) poszłyśmy zatem na kawę, żeby pogadać i zobaczyć jak Czesi odjeżdżają. Aby być precyzyjną to One piły kawę a ja jadłam fantastyczne pierogi ze szpinakiem J.
Tak żeśmy się zagadały, że postanowiłyśmy przed wyjściem do MO wypić wspólnie kilka drinków. Becherovka jest super ale nie polecam łączenia jej z sokiem bananowym.
Kiedy już dotarłyśmy do MO działo się tam sporo. Pierwszym punktem jaki obowiązkowo trzeba było zaliczyć była szatnia. Kiedy już po ok 20 minutach (LOL) spędzonych w kolejce dostało się wymarzony numerek można było iść szaleć.  Jeden drink, drugi drink i bansy na parkiecie… i tak nonstop…
Odrzucając kilka propozycji od mniej i bardziej znanych facetów realizowałam pieczołowicie swój plan. Od czasu kiedy jestem zaręczona stałam się bardziej odpowiedzialna. Nie chciałabym również aby jakaś jedna chwila zapomnienia miała wpływ na to, że moje relacje z osobami na których naprawdę mi zależy popsuły by się. Nie ma sensu ryzykować.
Oczywiście żałowałam, że Czesi wrócili do domu, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Oni zawsze jadą po konkursie. Czasami na LGP robią wyjątek ale zimą scenariusz jest co roku dokładnie taki sam.

Najdziwniejszym wydarzeniem wieczoru było niewątpliwie moje spotkanie z Ildarem Fatkullinem byłym rosyjskim skoczkiem narciarskim i moim dobrym znajomym. Nie widziałam Go jakieś pięć lat. Ildar od razu mnie poznał i ewidentnie był zadowolony, że mnie widzi. Niestety przez te wszystkie lata nie miałam potrzeby używania języka rosyjskiego dlatego też prawie całkowicie go zapomniałam. Mimo pomocy Ani z tłumaczeniem z języka niemieckiego (Ildar bardzo dobrze mówi po niemiecku) ciężko było się porozumieć.  Nie męczyłam się zatem i poszłam dalej tańczyć.  Tego co działo się wokoło mnie nie będę komentować ponieważ należę do osób zajmujących się swoim życiem.
Kiedy poczułam spore zmęczenie dołączyłam do Saszki, Eweliny i Violi.  Nie zamierzałam wstawać przez najbliższe kilkanaście minut.
Co chwila przysiadały się do nas coraz to nowe osoby od Ildara, przez Finów na Janie Baierze kończąc.  Z tym ostatnim pogadałam trochę po czesku oczywiście o Czechach J… każda sytuacja, która sprawia, że poprawiam swoje umiejętności językowe jest mile widziana.
Przechadzając się po wszystkich pomieszczeniach MO, spotkałam Maximiliana Mechlera z którym chwilę porozmawiałam. Zostałam również zaczepiona przez bardzo „zmęczonego” już Janne Happonena. Przedstawił mi się więc zrewanżowałam się tym samym i wtedy kiedy odbierał kolejnego drinka odeszłam ponieważ dostałam smsa J. To pisał Borek, który podziękował mi za rozmowy i uświadomił, że jest już w Harrachovie. Kiedy wróciłam Happo siedział już w naszej loży.  




He he he he do pewnego momentu było bardzo ale to bardzo zabawnie ale szczegóły zostawiam sobie J Jedno jest pewne moja bluza zdecydowanie rządziła tego wieczoru.

Gdybym miała podsumować wyjazd było bardzo sympatycznie. Niewątpliwie znowu wpadłam w wir skokowy i bardzo się z tego cieszę. Zaczynałam mieć już dość tego mojego poważnego historyczno - politycznego życia. Brakowało mi skoków i Zakopane dogłębnie mi to uświadomiło.
Minusy to zdecydowanie brak Janka, i słabe skoki Borka. Plusy chyba wszystkie wymieniłam powyżej. Cieszę się, że zdecydowałam się pojechać i serdecznie dziękuję wszystkim, którzy mi ten wyjazd umilili. Właścicielom pensjonatu, Borkovi i Hlavce, Lucce, Panu Czesiowi (który zawsze pozytywnie mnie nastraja), Saszce, Ewelinie, Violi, Adze, Malvi ;) ludzie jesteście najlepsi ;)

Jedno jest pewne I <3 SKI JUMPING

Mějte se krásně:)
Anči