12 maja 2013

Brněnský Majáles 2013

Ahoj,
tak jak sobie zakładałam po niesamowitych przeżyciach na prazskym majalesu w miniony wtorek wybrałam się do Brna na kolejną odsłonę tegoż festiwalu. Tym razem w trochę innej roli, ponieważ udało mi się załatwić akredytację a w zasadzie opaskę medialną. Zabrałam więc ze sobą aparat i szalałam pod scenami ale o tym pózniej.
Brno od Pragi dzieli zaledwie dwie i pół godziny, także nie jest to jakoś bardzo daleko. Jechałam autobusem student agency, więc droga upłynęła pod znakiem psychodelicznego czeskiego filmu "Skritek" oraz muzyki i gorącej czekolady :). Btw uwielbiam jezdzić student agency :)

Jeśli chodzi o samo Brno, to naprawdę bardzo sympatyczne miasto posiadające specyficzny klimat. Jedno z moich ulubionych miejsc w Czechach oczywiście nie licząc Liberca...
Na majales wybrałam się z moją fantastyczną słowacką koleżanką Zuzi. Uwielbiam ją, jest prawie tak samo zakręcona jak ja. Na miejscu spotkałyśmy się z Jej bratem Palim i wspólnie szaleliśmy na brnenskym vystavisti.



my w obiektywie smileboxa :) 

Program był jeszcze lepszy niż ten w Pradze. Oprócz moich ukochanych zespołów: MIG 21 i Fast Food Orchestra występowali min. Sunshine czy Cocotte minute. Było to dodatkową motywacją, żeby jechać. Zarówno z mojej jak i z Zuzu strony decyzja o wyjezdzie była mega spontaniczna. Stwierdziłyśmy jednak, że należy nam się chwila odpoczynku. Z pewnością nie żałujemy tej decyzji, ponieważ zabawa była przeeeednia :). Oj jeszcze długo będę wspominać ten długi dzień. Wyjechałyśmy o 10:30 a o 13:00 byłyśmy już na miejscu. Szybki obiad, piwko, odbiór biletu dla Zuzu i spacer na miejsce gdzie odbywał się festiwal. Swoją drogą to vystaviste jest gigantyczne. Byłam w szoku kiedy je zobaczyłam. No ale w sumie gdzieś trzeba było rozstawić 8 staeagów. Trzy mniejsze umieszczono w zadaszonych pawilonach, reszta znajdowała się na zewnątrz.


Brnenske vystaviste zdecydowanie robi wrażenie. 

Jedynym dostrzegalnym mankamentem była zmienna pogoda. Przez 10 minut padał deszcz, następnie przez 20 minut świeciło słońce. Wieczorem się ochłodziło ale na szczęście przestało padać. 
Pierwszy koncert na który się wybrałam to oczywiście Fast Food Orchestra. Nie wiem czemu ale chłopcy zawsze grają dość wcześnie. Tym razem koncert rozpoczął się o godzinie 15:00. Zuzu udała się na występ jakiegoś słowackiego zespołu. Wyciągnęłam zatem z plecaka aparat i wbiłam pod samą scenę robiąc fotki. Przez pierwsze trzy piosenki mogłam stać dosłownie pod sceną. To umożliwiała mi wspomniana wcześniej opaska prasowa. Po trzech songach przetransportowałam się za barierki i zaczęłam się bawić. Śpiewałam, tańczyłam a kiedy rozbrzmiały pierwsze nuty piosenki "Fire" strasznie się ucieszyłam. Ahh uwielbiam ten bicik "I still remember da fire, da fire in your eyes" hell yeah!.




FFO jest po prostu genialna a w połączeniu z Doktorem Karym ahhh fenomenalna. Ich muzyka zdecydowanie pozytywnie mnie nastraja i pozwala zapomnieć o wszystkich problemach a o to chyba w tym chodzi. 
Po FFO odnalazłam Zu i Paliego i wspólnie wypiliśmy piwko z wymiennych kubków. Te kubki zdecydowanie wymiatały. Dwa zabrałam ze sobą ponieważ nie dość, że to fajna pamiątka to jeszcze  bardzo praktyczna rzecz.


A tak Pali pozbywał się z mojego piwka zbędnej piany :D przelewanie z kubka do kubka hahahaha...

Następny koncert to występ trash metalowej grupy Sunshine. Od kilku lat namiętnie słucham ich kawałków np: "K.I.D.S", "Tokyo Bassline", "Moon Rats" czy "Top! Top! The Radio!" nie wszystkie z wymienionych zagrali w Brnie ale i tak koncert był rewelacyjny! Solista Kay jest genialny, chociaż nie jest już pierwszej młodości :D ma świetny styl i pro tatuaże. Dodatkowo jest wysoki i szczupły. Ahhhhh a Jego głos cóż powiedzieć brzmi zawodowo :) mrauu. Jestem wręcz zakochana  w piosence "Astrogen Nostalgia" ciemne klimaty rządzą....




Po koncercie przyszedł czas na kolejne piwo + jedzenie ahhh festiwalowe bramboraky to jest to. Puste kalorie ale raz na jakiś czas można sobie pozwolić. Wielki ziemniaczany placek z sosem śmietanowym, zimne piwko 11, świetni ludzie obok i rewelacyjna muzyka w tle czegóż chcieć więcej?!
Gdy uporaliśmy się już z plackami poszliśmy jeszcze na kawałek koncertu Xindla - X. Niby nie moje klimaty ale piosenki nie wiedzieć czemu doskonale znam. Kawałek "Hele, hele" do dzisiaj podśpiewuję. 


Dodatkowo muszę wyznać, że uwielbiam czeski Xindla. Jest jak dla mnie perfekcyjny. Mogłabym słuchać jak mówi godzinami :).

O 17.00 rozpoczynał się koncert chłopaków z Mandrage. Tym razem poszłam pod scenę tylko po to, żeby porobić fotki i popróbować różnych ustawień aparatu przed koncertem MIG 21. Koncert Machacka i spółki był priorytetem tego wyjazdu. Btw pstrykanie fotek z pod sceny to bardzo fajna opcja. Pod stopami czuje się rytm a zespół jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. 




Nie wiem czemu ale fascynuje mnie ten typ :D

Po trzech piosenkach, udałam się na spacer po całym arealu. Odebrałam kolejne piwko, pochodziłam po stoiskach partnerów festiwalu i zatrzymałam się pod sceną AVG gdzie swój koncert kończyła właśnie grupa Skyline. Wcześniej w ogóle o niej nie słyszałam ale strasznie spodobało mi się jak grają. Po powrocie do Pragi porządnie przesłuchałam wszystkie płytki i muszę przyznać, że są świetni. Takie pomieszanie kilku stylów ale najważniejsze, że pozytywne no i śpiewa tam dziewczyna. 


Około godziny 20:00 zaczynałam odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Mimo wszystko szalałam dalej. Miałam małą przerwę zważywszy na to, że kolejny zespół, który chciałam zobaczyć grał dopiero o 21:40 uległam zatem namowom Zu i wbiłam do jednego z pawilonów, w którym grała słowacka grupa Puding Pani Elvisovej. Jak się potem okazało członkowie grupy pochodzą z miasta w którym urodziła się Zu tzn z Kosic. Początkowo byłam sceptyczna ponieważ nie przepadam za graniem elektro. Z minuty na minutę było jednak lepiej. W momencie kiedy zagrali piosenkę, której motywem przewodnim był Michael Jackson nie miałam już żadnego ale. 


Dokładnie przyjżałam się scenie ponieważ za dwie godziny właśnie tam miał grać Mig 21 także musiałam wybrać sobie optymalne miejsce. Kolejne półtorej godziny to trochę mocniejsze granie. Zespół Cocotte minute to jeden z nielicznych nu-metalowych zespołów w Czechach. Świetne teksty, mocny vocal i rewelacyjne gitary. To chyba dlatego kilka lat temu przykuli moją uwagę. Płyta "Sado disco vol 2" po prostu genialna. Jeśli chodzi o koncert, w pawilonie było bardzo gorąco to po pierwsze. Po drugie solista ostry do granic możliwości. Cięty język i sprośne dowcipy. Mimo wszystko skala głosy powalała. Byłam usatysfakcjonowana.


Do konceru Mig 21 pozostało jeszcze trochę ponad godzine. Wyszłam więc na świeże powietrze, wypiłam kolejne piwko i dotarłam pod bus red bulla gdzie trwał koncert słowackiego rapera Majka Spirita. Słowacki rap mnie przerasta ale pogibałam się chwilę w rytm zapodanego beata. Nie było najgorzej. Chwilkę przed 23.00 przetransportowałam się do pawilonu G2. Przy barierkach stała już spora grupa ludzi mimo wszystko udało mi się zająć dogodne miejsce w pierwszym rzędzie. Tym razem świadomie zrezygnowałam z wykorzystania prasowej opaski i nie poszłam na trzy pierwsze piosenki pod scenę. Było to spowodowane tym, że potem nie miałabym dobrego miejsca ponieważ pawilon dosłownie pękał w szwach. Zupełnie nie rozumiem dlaczego koncert tak popularnego zespołu odbywał się wewnątrz... no ale cóż.
Było niesamowicie gorąco i ten ścisk uhh. Zaledwie po 20 minutach moja koszulka była już zupełnie mokra. Odezwały się też moje nogi, które po kilku godzinach pracy miały naprawdę dość. Na szczęście Jiri Machacek bardzo szybko rozruszał całą publiczność w tym mnie:). Odpoczywałam robiąc zdjęcia. Swoją drogą jestem z nich zadowolona... zważywszy na fatalne światło są naprawdę ok. 



Cóż rzec o Migu ahh kocham ich koncerty. Są mega energetyczne i ta nutka sarkazmu... a Jirka Machacek jest taki uroczy, że nie da się od Niego oderwać oczu. Charakterystyczny głos i atrakcyjna nieporadność tak chyba należy podsumować Jego osobę. Nie jest może zbyt przystojny ale czy to jest najważniejsze? - zdecydowanie NIE!. Mnie się podoba i jak się okazuje nie tylko mnie. Z rzędów za mną padały stwierdzenia "asi jsem se zamilovala" hehehe nic w tym dziwnego. 
Kolejną osobą w Migu, która po prostu mnie rozbraja jest Pavel Hrdlicka. Gra na trąbce i syntezatorze...To może nie jest zbyt oryginalne ale to w jaki sposób tańczy, porusza się po scenie i jakie robi miny to już zdecydowanie. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałam. Strasznie mnie to bawi i nie wiedzieć czemu mam ochotę widzieć więcej i więcej :D.
Ten człowiek zdecydowanie ma coś w sobie... a we wtorek miał też świetną koszulę :D.


Pavel Hrdlicka

Porządnie sobie pośpiewałam i poskakałam. Przypuszczam, że podczas tej półtoragodzinnej zabawy spaliłam cały placek, który zjadłam kilka godzin wcześniej :D. Ile kilogramów stracił Machacek? hmm z pewnością sporo ponieważ pot lał się z Niego dosłownie strumieniem :P. Czarna koszula to zdecydowanie nie był najlepszy pomysł. 
Skoro już podsumowuję muszę dodać, że kontakt Jirki z publicznością jest rewelacyjny, rozmawia, uśmiecha się, skacze po głośnikach aby być bliżej no i tańczy. Jak już wspominałam nieporadnie, wręcz prześmiewczo ale patrzy się na to z niesamowitą przyjemnością. W pawilonie nie było chyba osoby, która by nie tańczyła i nie była to bynajmniej spowodowane ilością wypitego piwa :D.



Do moich ulubionych piosenek zespołu MIG 21 należą "Tancim", "Slepic pirka", "Malokratem", "Jestli jsem stastnej", "Chci Ti rict", "Na zotavenou" a przede wszystkim "Ho-ka-he" (szczególnie w wykonaniu live). 


O co chodzi w tej piosence? - nie mam pojęcia! co to jest za język? - nie wiem... ale wpadła mi w ucho i nie chce wypaść. Śpiewam "Hyama Mahata Hyama Mahata". Na powyższym video widać wszystko co oferuje zespół MIG 21 podczas swoich występów. Ahh i ten taniec Pavla yeah!
Panowie bisowali trzykrotnie, ponieważ nie pozwalaliśmy im zejść ze sceny. Niesamowity moment gdy razem z tłumem śpiewałam po czesku " Ne, ne, ne, ne, ne, ne, ne nemel jsem tu cikanskou holku potkat za lesem" co jest fragmentem piosenki "Slepic pirka". Polska dziewczyn, na koncercie czeskiej grupy i śpiewająca po czesku hmm dziwna mieszanka :D.   


Niestety to co dobre szybko się kończy i po koncercie w zasadzie bezpośrednio razem z Zuzu udałyśmy się na dworzec autobusowy skąd o godzinie 2:45 jechał autobus do Pragi. Podróży nie pamietam ponieważ ze słuchawkami w uszach usnęłam i obudziłam się dopiero jak wjeżdżaliśmy do Pragi. 

Wtorek w Brnie był naprosto uzasny. Miło spędziłam czas z Zuzu, wybawiłam się, popstrykałam fotki, zjadłam placka i miałam przyjemność zobaczyć zespoły MIG 21, Sunshine i Fast Food Orchesta. 
Majales to naprawdę fantastyczny festiwal i jeśli tylko będę miała możliwość z pewnością pojawię się na nim za rok zarówno w Pradze jak i w Brnie. 

Zu, Pali dekuju za vsechno :) jste nejlepsi! ne, jsme nejlepsi :) 

Mejte se hezky 
Ancik

Instagram


6 maja 2013

Odwiedziny pod znakiem konia :D

Ahoj,
wielką niespodziankę w czwartkowe popołudnie sprawiła mi koleżanka Agnieszka, która zadzwoniła i zakomunikowała, że za godzinę przybędzie do Pragi.  Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w ogóle się Jej nie spodziewałam. Nie ma co dziewczyna zadziałała na spontanie.... Będąc w Libercu, wspólnie ze swoim austriackim kolegą Lukasem postanowiła zahaczyć również o le Pragę :).
Agnieszka podobnie jak ja lubi skoki narciarskie a aby być precyzyjną czeskie skoki narciarskie :D. Pewnie dlatego złapałyśmy wspólny język.... Mieszka blisko polsko - czeskiej granicy, dlatego bardzo często pojawia się na czeskich konkursach krajowych.
Bardzo się cieszę, że akurat trafiło mi się wolne popołudnie i mogłam spędzić z miłymi goścmi kilka godzin. Najperw skoczyliśmy na smaczną włoską pizzę do znanej pizzerii na moim Ladvi.
Skoro już o pizzerii Giovani mowa to masełko czosnkowe z bułeczką serwowane jako przystawka po prostu paluszki lizać :)
Po pysznym obiedzie zaproponowałam, że przejdziemy się trochę po Pradze. Był to dobry pomysł ponieważ Agnieszka po raz pierwszy odwiedziła czeską stolicę.
Spacer niestety niezbyt długi ale mieliśmy ograniczenia czasowe. Vaclavske namesti i obowiązkowa sesja fotograficzna pod pomnikiem świętego Vaclava i jego konia. Właśnie skoro o koniu mowa, to zważywszy na moje ostatnimi czasy wielkie zamiłowanie do tegoż zwierzęcia stał się on motywem przewodnim szalonego czwartku. Wszędzie szukaliśmy koni, i w sumie cały czas prowadziliśmy o nich dyskusję. Ihaaaa i do przodu tak brzmiało motto dnia :D


Ah Aga i jej aparat. Mam takie wrażenie, że Ona chyba nigdy się z nie rozstaje. Są tego jednak ogromne plusy np. taki, że mam ładne zdjęcia, których by mi pewnie nikt inny nie zrobił, ponieważ to zazwyczaj ja biegam z aparatem. Takie już życie...


Przechadzając się urokliwymi uliczkami Pragi, dywagowałyśmy nie tylko o koniach ale również o dietach, skokach i przytojniakach, których mijałyśmy na ulicy. Kolega Lukas trochę się nudził ale musiał mi wybaczyć. Dość długo nie mówiłam po polsku (nie licząc krótkich rozmów telefonicznych i pisania wiadomości) więc po prostu musiałam się nagadać :D. 
Czwartek to w Pradze istny natłok turystów. Nie da się spokojnie przejść przez centrum... jakoś za tym nie przepadam dlatego podczas swojego kilkumiesięcznego pobyty jak nie musiałam nie pojawiałam się w tamtych okolicach.
Najbardziej irytują mnie te sklepiki z pamiątkami... badziewnymi dodam. Zastanawiam się czemu wszystkie są prowadzone przez Cyganów, Turków itp...
Podobnie jak sklepy spożywcze prowadzone przez Wietnamczyków hmm. To coś bardzo dziwnego i niespotykanego w Polsce, ale do tego przyzwyczaiłam się już podczas swoich częstych wypraw do Harrachova czy Liberca.
Ahhh nie ma to jak moje spokojne, lekko odizolowane Ladvi. Tutaj żyje się jakoś inaczej :).



Najładniejsze fotki wyszły w niebieskiej bramie jak zwykłam ją nazywać. Uwielbiam to miejsce. Zawsze gdy jestem zła albo smutna udaję się właśnie tam i zapominam o wszystkim co negatywne. To takie moje miejsce w Pradze :). Dopasowałam się swetrem :D
Dość fascynacji koniami, końmi (zważywszy na zastosowania obu form w języku polskim) i fotkami. 
Cieszę się, że Agnieszka mnie odwiedziła i, że mogłam poznać Jej przesympatycznego kolegę. Szkoda tylko, że nie zostali dłużej... 
Wielkie dzięksy za świetne fotki i miłe czwartkowe popołudnie :) 

Ihaaaaaaaaaaa :)

Anicka


5 maja 2013

Pražský Majáles 2013

Ahoj,
30 kwietnia w Pradze odbywał się studencki festiwal o nazwie Majales. To coś w stylu naszych juwenaliów aczkolwiek o niebo lepiej zorganizowane. Na czterech scenach rozstawionych w największym praskim parku o nazwie Stromovka wystąpili najlepsi reprezentanci czeskiej sceny muzycznej. Zważywszy na moją dziką fascynację czeską muzyką nie mogło mnie tam zabraknąć. Bilet nabyłam już dużo wcześniej i zapłaciłam za niego zaledwie 380 kc tzn ok 60 zł. Jak za cały dzień przedniej zabawy to zdecydowanie nieduża suma. Z wielką precyzją zaplanowałam własny program na ten dzień. Pierwszy występ na jakim się bawiłam to koncert niesamowitej grupy Fast Food Orchestra, która gra ska oraz reggae. Uwielbiam chłopaków,  ich piosenki zawsze poprawiają mi humor. Na żywo widziałam ich jednak po raz pierwszy...
Zajęłam miesjce pod samą sceną. Wyskakałam się, wytańczyłam i wyśpiewałam. Prawda jest taka, że podczas ich występu po prostu nie dało się stać w miejscu.
Jeśli ktoś gustuje w takich klimatach muzycznych serdecznie polecam. Zdecydowanie kawał dobrego, pozytywnego grania. I w zasadzie wszystkie piosenki są w języku angielskim.


foto: fastfoodorchestra.cz


Natępną grupą, którą bardzo chciałam zobaczyć byli chłopcy z Mandrage. To jedna z moich pierwszych zajawek czeską muzyką. Fasynowali mnie przede wszystkim dlatego, że grali elektronicznego rocka i śpiewali po czesku. Odgrywało to dla mnie sporą rolę wtedy kiedy dopiero zaczynałam się uczyć języka. Koncert był świetny, chociaż nie obyło się małych problemów technicznych. Tym razem porządnie sobie pośpiewałam a po trzecim piwku szło mi naprawdę całkiem niezle. Niezauważalne były nawet moje niedociągłości akcentowe :). 
Trzeba też przyznać, że look chłopaków hmm pierwsza klasa. 


foto: supermusic.sk


Po koncercie Mandrage zrobiłam sobie małą przerwę i w oczekiwaniu na największe emocje udałam się po kolejne piwo i coś do jedzenia. Niestety w tłumie ludzi zgubiłam swoich znajomych... Poszukiwania były żmudne ponieważ z powodu przeciążeń nie funkcjonowały sieci komórkowe. Zajadając się wielkim bramborakiem tzn plackiem ziemniaczanym (i tu umarła moja dieta) i sącząc kolejne piwko z cudowenego kubka zwrotnego (bo tak chyba należy przetłumaczyć tą nazwę) chłonęłam klimat czeskiego, studenckiego życia. 


Z kubkiem w ręku przyczłapałam pod scenę B, gdzie swój koncert zaczynała właśnie grupa Wohnout. Ponieważ piosenki tej grupy również nie są mi obce zaśpiewałam kilka, poskakałam z tłumem i wyruszyłam pod główną scenę, ponieważ za 30 min rozpoczynał się koncert na którym najbardziej mi zależało. 
Grupa MIG 21 bo o niej mowa należy do moich ulubionych zespołów (nie dzieląc upodobań na czeskie i zagraniczne) już jakieś 6 lat. Zespół słynie z lekko psychodelicznych piosenek. Jego solistą jest bardzo popularny i jednocześnie fantastyczny aktor Jiri Machacek. Uwielbiam większość filmów w których grał, ale szczególnie w pamięć zapadł mi "Horem padem" ("Na złamanie karku") z którego fragmenty dialogów zaadoptowałam do swojego własnego slangu.

Po chłopakach spodziewałam się wielkiego show i dobrej zabawy ale to co wyczyniali na scenie przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Mistrzostwo to chyba najtrafniej dobrane słowo. Zdecydowanie najlepszy i najbardziej energetyczny występ podczas całego Majalesu. Niesamowity kontakt z publicznością, nieporadny ale iście zabawny taniec i prowokujące ruchy to zdecydowanie było to. Publiczność szalała, a okrzyki "I love You - I lovu You, Fuck You - Fuck You" niewątpliwie miażdżyły system.  Na koniec Jirka zafundował wszystkim mini sprawdzian z patriotyzmu. Wyszedł na środek i odegrał na ukulele hymn Czech. Oczywiście i ja włączyłam się do śpiewania udowadniając, że pamiętam cały tekst. W tym momencie poczułam, że ponownie obudziła się w moim sercu wielka miłość do Czech. Pierwszy raz też poczułam, że jestem u siebie. To chyba dobry objaw i najlepsze co podczas koncertu MIG 21 mogło mi się przydarzyć. 


foto: supermusic.sk


Kolejne koncerty  to słowacka grupa ska Polemic i czeska Sto Zvirat. Dobre granie ale po tym co zaprezentował MIG 21 nie było to już niczym porywającym. Postanowiłam więc przejść się trochę i popatrzeć co mają do zaoferowana partnerzy i sponsorzy Majalesu. Rozglądałam się również za swoimi znajomymi ale przy takiej liczbie ludzi znalezienie kogokolwiek graniczyło z cudem. Bardzo fajne zabawy były przygotowane w namitach Tic-tac i Gambrinus. Można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia z czego oczywiście nie omieszkałam skorzystać. 



Świetna rzecz i przy tym ogromny fun. Trzeba też zaznaczyć, że pomimo niezbyt optymistycznych prognoz pogody nie było najgorzej. Padać zaczęło dopiero w okolicach godziny 22.00 a ja wtedy byłam już w drodze do domu. Po tym jak opuściłam teren parku odwiedziłam jeszcze pobliski Luna Park, w którym przełamałam kolejne swoje lęki. Zdecydowałam się na przejażdżkę turbo blasterem i wznosząc się do góry nogami na jakąś niebotyczną wysokość spoglądałam na tłumy obecne na Majalesu :).
Skoro wróciłam jeszcze do Majalesu to zrobiłam kilka fotek, co prawda zaledwie telefonem ale zawsze jest to pamiątka :)... 


Nie udało mi się też uchwycić specjalnego uśmiechu JM skierowanego do mnie ale zamiast trzymać telefon w ręku wolałam po prostu odwzajemnić :) 
Podsumowując bawiłam się niesamowicie.... wróciłam co prawda z bolącymi nogami ale zdecydowanie było warto. 
Na pochwałę zasługuje świetna oranizacja oraz oprawa. Byłam i jestem pod tak ogromnym wrażeniem, że już we wtorek wybieram się na kolejną odsłonę tegoż festiwalu tym razem do Brna i już nie mogę się doczekać :).

Mejte se krasne 
Anci

Instagram

1 maja 2013

Moje czeskie dzieciaki :)


Ahoj,
czas w Pradze biegnie niewiarygodnym tempem. Dopiero co przyjechałam a już niedługo trzeba będzie wyjechać. No cóż jakoś wyjątkowo się tym faktem nie smucę... Mam pełną świadomość, że wyruszam w dalszą drogę na której czeka mnie jeszcze wiele niesamowitych przygód i nowych doświadczeń.
Zanim przyjdzie czas pożegnania muszę napisać o tym co podczas tego EDS-u było dla mnie najfajniejsze. Mianowicie o dzieciakach z przedszkola, które po prostu uwielbiam. Nie jest ich zbyt wiele ale za to są naprawdę wyjątkowe. Ogromnie się cieszę, że bardzo szybko zostałam zaakceptowana zarówno przez nie jak i ich rodziców. W Polsce opcja wolontariusza bez doświadczenia (w moim przypadku oficjalnego doświadczenia, ponieważ nieoficjalnie posiadam spore) i bycia wykwalifikowanym pedagogiem raczej by nie przeszła. W Czechach nie było żadnego problemu.
Od września liczba dzieci cały czas ulegała zmianie. Jedne przychodziły inne odchodziły ale od kilku miesięcy mamy już stałą grupę. Początkowo do moich ulubieńców należał Matysek, z którym zawsze prowadzaliśmy udawane walki oraz rzucałam poduszką. Mniej więcej godzina rzucania jaśkiem i tak każdego dnia :) Niestety w grudniu mama Matyska wypisała Go z przedszkola :(.  Nadal jesteśmy jednak z Nimi w kontakcie :).




Nie będę ukrywała, że praca z dziećmi wpływa na mnie bardzo korzystnie. Podczas wspólnych zabaw zapominam o wszystkich problemach jakie ostatnimi czasy mnie trapią. Kiedy widzi się uśmiech na twarzy maluchów świat staje się piękniejszy a szczególnie wtedy, kiedy one szczerze cię lubią. Chcą spędzać z tobą czas, rozmawiają, czy po prostu najzwyczajniej w świecie chcą się poprzytulać. Ostatnio usłyszałam od jednej mamy, że "mój synek tak bardzo się cieszył, że wróciłaś" a od Vilmy (jednej z dziewczynek uczęszczających do przedszkola) "Aniczko, ja ciebie tak bardzo lubię"... No i czy dla takich chwil nie warto jest żyć? - kurcze fantastyczne uczucie a i samoocena gwałtownie skacze  do góry:)


Bo jak mawiał wielki Michael Jackson "Dzieci to najszczersze istoty na świecie. One nie znają kłamstwa..." 

Oprócz wspólnych zabaw wykonujemy również przeróżne prace plastyczne oraz przeprowadzamy zabawy edukacyjne. To ogromna frajda zarówno dla dzieciaków jak i dla mnie. 


Przejdę teraz do charakterystyki (wiem trochę szkolny termin ale jakże właściwy) kilkorga dzieciaków z którymi złapałam najlepszy kontakt i które wręcz uwielbiam.  Zacznę od Josifka.... małego sportowca. Chłopczyk ma niecałe 3 latka a już wykazuje ogromne zainteresowanie sportem. Kopie piłkę z taką siłą i precyzją, że czasem nawet ja nie nadążam... 



Coś czuję, że za kilka lat usłyszę o Nim w tv :). Abstrahując od fascynacji sportem jest tak uroczy, że nie można nie zwrócic na Niego uwagi. 
Prześliczny, bardzo pogodny i cały czas się uśmiecha. Do tej pory nie widziałam, żeby się smucił, płakał czy złościł. Początkowo miał problemy z wysławianiem się ponieważ w domu rozmawia się dwoma językami. Mama Josifka jest Czeszką a tata Tunezyjczykiem. Aktualnie zrobił spore postępy i buzia mu się wręcz nie zamyka. 
Bardzo chciałabym mieć synka podobnego do Niego :).

Wspomniania wcześniej Vilma, to typowa dama. Lubi kolor różowy, lalki i sukienki. Jest inteligentna i strasznie sympatyczna. Czasem ma swoje gorsze dni ale kto ich nie ma :).
Uwielba się przytulać i jezdzić na rowerze i motorku (małe plastikowe motory bardzo popularne w Czechach).



Kaja jest najstarsza z wszystkich dzieciaków uczęszczających do naszego wesołego przedszkola. Ma 5 lat i uwielbia rysować. To właśnie z Nią spędzam najwięcej czasu nad kartką papieru i z kredkami w ręku oczywiście. 
Rysujemy w zasadzie non stop. 


Dziewczynka ma naprawdę spory talent. Otrzymałam od Niej w prezencie kilka obrazków. Zabiorę je ze sobą do Polski bo to wartościowa pamiątka dana prosto z serca :).
Wszyscy, którzy widzieli zdjęcia oszaleli na punkcie Jej jasno - niebieskich oczu :)



Marecek jest u nas stosunkowo krótko, ale kupił mnie już pierwszego dnia. Przesympatyczny dzieciak, który po prostu rozbraja. Podobnie jak Josifek również wykazuje spore zainteresowanie sportem. Kiedy nie mówi uwielbia łaskotki... Wszędzie Go pełno i zawsze chętnie pozuje do zdjęć.



Pozostałe dzieciaki również są fantastyczne ale zdecydowanie za bardzo się rozpisałam także nie będę każdego szczegółowo opisywać :). 
No cóż nie ukrywam, że będę za nimi tęsknić... przez te kilka miesięcy naprawdę się z nimi zżyłam. A im bliżej wyjazdu tym jest sympatyczniej (jak zawsze)...
Mimo wszystko cieszę się, że miałam możliwość pracy z Nimi i, że sporo się od Nich nauczyłam.
Ahh potwierdziło się to co już dawno wiedziałam - ja po prostu wielbiam dzieci :)

Anicka

Instagram

22 kwietnia 2013

Top 7/7 - Spotify rulez!

Ahoj,
po krótkiej przerwie spowodowanej natłokiem zadań i brakiem czasu powracam do cyklu najlepszych moim zdaniem piosenek tygodnia. Żeby być precyzyjną są to piosenki, których słuchałam najczęściej w ubiegłym tygodniu. Ponieważ się rozchorowałam i kilka dni spędziłam w łóżku mogłam delektować się muzyką bez której jak już wielokrotnie wspominałam nie potrafię żyć.
W poprzedniej notce dotyczącej muzyki wychwalałam stronę internetową last.fm teraz opócz niej używam jeszcze nowinki dostępnej w Polsce (w Czechach jeszcze jej nie ma) a mianowicie programu Spotify. Wszystko w jednym miejscu, bez piratowania, bez długiego wyszukiwania. Do tego możliwość przygotowania swoich własnych playlist oraz śledzenia list znajomych. Teraz już się nie ukryje czego się słucha i czy jest się fanem np. Roxette czy tylko się tak mówi :D. Zdecydowanie polecam tym wszystkim, którzy jeszcze nie korzystali... bije na głowię iTunes.
A wracając do mojej muzyki tygodnia... o to czego słuchałam:

1) Daft Punk, Pharrell Williams - "Get lucky"



Rewelacyjny powrót francuskiej grupy Daft Punk, która do współpracy zaprosiła amerykańskiego wokalistę Pharrella Williamsa i wspólnie stworzyli świetny funkowy kawałek, który zdecydowanie pozytywnie nastraja.

2) Fall Out Boy - "Where did the party go"



Popowo-punkowa czwórka z Chicago powraca z nowym, genialnym krążkiem. Muszę przyznać, że znajduje się na nim kilka świetnych piosenek ale to "Where did the party go" najbardziej wpadła mi w ucho.

3) The Kelly Family - "Why don't You go"



Powrót do mojej młodości i muzyki jednego z pierwszych ulubionych zespołów. Głos Paddiego dalej niesamowicie mnie wzrusza a ta piosenka również przejmującym tekstem trafia do mojego wnętrza.

4) Bon Jovi - "Army Of One"



Jedna z piękniejszych piosenek Bon Jovi z najnowszej płyty pt: "What about now". Niesamowicie motywująca, świetna do słuchania wieczorem.

5) Fast Food Orchestra - "Jump Around"



Trochę reggae + ska zawsze spoko, szczególnie w wykonaniu praskiej grupy Fast Food Orchestra. Wprowadzająca w świetny nastrój na cały dzień... aż chce się skakać...

6) 3OH!3 - "Back to life"



Kolejny głośny powrót tego roku... bynajmniej poza granicami Stanów Zjednoczonych. Świetny, klimatyczny kawałek o teledysku już nawet nie wspominam. Po prostu idealne połączenie.

7) Placebo - "Fuck U"



Piosenka już nie pierwszej młodości ale jakże aktualna... Wyraża to czego na co dzień nie mówimy głośno. Fuck U jako przekaz ... Aktualnie kieruję go do pewnej osoby, której zabrakło cywilnej odwagi....

Oprócz tego słuchałam, słucham i będę słuchać Michaela Jacksona i Queen. Ta muzyka nigdy się nie nudzi :)

Mejte se hezky
Anci

20 kwietnia 2013

Finał badmintonowej Play - Off Compo Praha Extraligi 2013


Ahoj,
w związku z moją dość świeżą fascynacją badmintonem zapoczątkowaną ponad miesiąc temu udziałem w Yonex Polish Open w Warszawie w miniony weekend wybrałam się na finały Compo Praha Extraligi drużyn mieszanych. Weekend z badmintonem odbywał się w Pradze dlatego nie musiałam zapuszczać się nigdzie dalej. Tzn dzielnica zwana Vinor to co prawda peryferia Pragi ale w sumie bez większego problemu udało mi się tam dotrzeć i zlokalizować halę w której rozgrywano finały. Vivat strona internetowa idos.cz dzieki, której w Czechach trafi się wszędzie :). Nie mogę zapomnieć też o sympatycznej pani, która z wielką dokładnością wyjaśniła mi jak dotrzeć do hali:)

Muszę przyznać, że badminton w Czechach jest zdecydowanie bardziej popularny niż w Polsce a na meczach pojawia się spora liczba kibiców. Cała otoczka meczów jest atrakcyjna a i reklama zachęca do przyjścia na turniej i zapoznania się z tym sportem.
Tym razem i ja byłam zwykłym kibicem. To genialne uczucie nie musieć nic robic i spokojnie siedząc oglądać mecze. Dawno tak nie było....Żeby być precyzyjną zabrałam ze sobą aparat i porobiłam trochę fotek. Był to mój debiut z większym obiektywem i chyba mogę uznać go za udany.

W finałach brały udział cztery drużyny: Sokol Veselý Brno Jehnice, BaC Kladno, BK 1973 Deltacar Benátky nad Jizerou oraz Sokol Meteor Praha – Radotín. W klubie z Brna gra dwójka doskonale znanych mi  Polaków: Kamila Augustyn, którą miałam okazję obserwować na korcie w Warszawie oraz Łukasz Moreń specjalizujący się w grze deblowej. Również w klubie z Pragi gra nasz reprezentant Adam Cwalina, który wspólnie z Przemysławem Wachą wygrał Yonex Polish Open w grze debowej.
Świetnie, że polscy zawodnicy w dużej mierze przyczyniają się do wspaniałych osiągnięć czeskich drużyn. Tak to właśnie powinno funkcjonować w wielu obszarach nie tylko w sporcie.  Jesteśmy z Czechami najbliższymi sąsiadami, mamy wiele cech wspólnych a jakoś tak prawie we wszystkim jest nam nie po drodze. Dobrze, że chociaż w badmintonie potrafimy ze sobą współpracować zarówno na korcie jak i poza nim.

Przed południem odbywała się walka o trzecie miejsce. Na przeciwko siebie stanęły drużyny z Pragi i Kladna. Kibicowałam oczywiście Prazanom po pierwsze dlatego, że gra tam rewelacyjny Adam Cwalina po drugie, że od kilku miesięcy mieszkam w Pradze i zaczęłam czuć się z tym miastem jakoś związana.
Rywalizacja zakończyła się wynikiem 5-3 dla reprezentantów Meteora.



Adam Cwalina, Pavel Drancak


Maximilian Koreny


Jaroslav Sobota, Josef Rubas

O godzinie 16:00 rozpoczęły się najważniejsze zmagania.  O pierwsze miejsce walczyły dwie najlepsze drużyny sezonu. Pierwszy mecz był dla mnie najistotniejszy ponieważ grał w nim Petr Koukal. Miło było spotkać Go ponownie i zamienić kilka słów. Niestety Petr przegrał swój mecz z Valeriyem Atrashchenkovem 19:21, 19:21. Zmagania na korcie nr 4 obserwowałam z bardzo bliskiej odległości (swoboda poruszania się kibiców na imprezach sportowych w Czechach ponownie mnie zaskoczyła) i muszę przyznać, że tego dnia Petr niemiłosiernie się męczył. Lotka w ogóle się Go nie słuchała a Jemu samemu z minuty na minutę zaczęły puszczać nerwy. Już w Warszawie zauważyłam, że im bardziej się denerwuje tym gorzej mu idzie...



Petr Koukal

No cóż czasem tak bywa... nie zawsze odnosi się zwycięstwo... Na szczęście Jego koleżanki i koledzy nie zawiedli wygrywając pozostałe mecze i to reprezentanci klubu Sokol Vesely Brno - Jehnice zdobyli mistrzostwo.... :) wygrywając 6-1.
Nie mogę nie wspomnieć, że właśnie w tym klubie gra kilku przystojniaków. Oprócz Petra uwagę przyciąga Jarolim Vicen oraz Adam Mendrek. 


Jarolim Vicen, Petr Koukal, Adam Mendrek

Warto podkreślić, że świetny mecz w deblu pań zagrały Kamila Augustyn i Alzbeta Basova. Oj działo się na korcie... Do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto wygra. Ostatecznie dziewczyny dały radę pokonując Hane Milisovou i Denise Sikalovou... W taki oto sposób kolejny punkt został dopisany na konto drużyny z Brna.



Kamila Augustyn

Najlepszym jak dla mnie meczem było jednak drugi mecz singlistów, w którym grali: Jarolim Vicen oraz Petr Jelinek. W fantastycznym stylu wygrał Słowak 21:16, 21:19. Po odniesieniu zwycięstwa ogromnie się cieszył. Trzeba dodać, że to bardzo sympatyczny chłopak na którego grę zdecydowanie przyjemnie patrzeć. Widać, że wkłada w ten sport całe serce....


Jarolim Vicen


Radość po wygranym meczu :)

Cała drużyna z Brna jest bardzo miła i bardzo się cieszę, że to właśnie oni odnieśli zwycięstwo. Na koniec wszyscy dziękując kibicom pojawili się na korcie w specjalnie przygotowanych koszulkach z napisem "Mistři".



Sokol Veselý Brno Jehnice

Podsumowując badminton wymiata a cały weekend w hali uważam za bardzo sympatyczny. Jestem zadowolona ze swoich zdjęć, które znalazły się na oficjalnych stronach oraz profilach kilku badmintonistów:). Pozostaje mi tylko czekać na kolejne turnieje badmintonowe....
Anička

foto: by me

10 kwietnia 2013

10.04 ... ...

Ahoj,
w związku z przypadającą dzisiaj trzecią rocznicą katastrofy smoleńskiej w której przypomnę zginęło 96 osób na czele z Prezydentem RP. Lechem Kaczyńskim oraz Jego małżonką Marią Kaczyńską postanowiłam napisać kilka słów na temat zachowań niektórych ludzi.

Nie jestem w stanie zrozumieć tego co aktualnie dzieje się w Polsce. Mam na myśli marginalizację całego tego tragicznego wydarzenia.
W samolocie Tu-154 M lecącego na obchody 70 rocznicy zbrodni katyńskiej znajdowały się osoby mające różne poglądy polityczne, reprezentujące różne ugrupowania. Oprócz pary prezydenckiej byli tam przedstawiciele zarówno PiS-u, Platformy Obywatelskiej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej jak i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Nie można zapomnieć również o przedstawicielach duchowieństwa, wojska, urządnikach wielu ważnych instytucji państwowych, pracowników kancelarii Prezydenta, funkcjonariuszy BOR oraz członkach załogi.
Dlaczego zatem tylko do PiS-u i jego zwolenników przylgnęła łatka ludzi chcących wyjaśnienia przyczyn tej katastrofy? czy ludzie związani z PO czy SLD, zapomnieli o swoich przedstawicielach, którzy zginęli w Smoleńsku? Czy zapomniano o tym, że zginęli tam przede wszystkim ludzie nie politycy?
Dlaczego cały czas mówi się tylko o PiS-ie? to już naprawdę jest jakaś obsesja...
W moim mniemaniu wszystkim Polakom w równej mierze powinno zależeć na poznaniu całej prawdy o tym co wydarzyło się rankiem 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku. Tam zginęli przecież nasi rodacy...

Przez kilka dni po 10 kwietnia potrafiliśmy się zjednoczyć. Potrafiliśmy wspólnie w zadumie modlić się i wspominać wszystkie ofiary. Wielką liczbą wyszliśmy na ulice polskich miast. W końcu w Warszawie oddawaliśmy hołd parze prezydenckiej  nie zważywszy na kilkunastogodzinne oczekiwanie w kolejce na Starym Mieście. Niestety niewiele zostało z tych dni....

Czymś najpodlejszym jest dla mnie jednak to, że temat tej niewyobrażalnej tragedii został tak zochydzony. Teraz nawet niewiele wiedzący o życiu młodzi (uważający się za trendy) ludzie szydzą ze śmierci tylu wybitnych przedstawicieli naszego kraju.
Kiedy dzisiaj czytam niektóre statusy i komentarze na facebooku zastanawiam się jakim trzeba być człowiekiem, żeby obrażać nieżyjących. Od małego byłam uczona, że o zmarłych jacy by nie byli za życia nie mówi się źle albo nie mówi się wcale. Jestem w stanie zrozumieć, że nie każdy był zwolennikiem śp. Prezydenta Kaczyńskiego, że nie każdy popierał Jego decyzje ale na miłość Boską szydzić z tego, że umarł, że umarł w taki sposób..... WSTYD bo innego słowa na tego typu zachowania nie ma. Tym bardziej przykry jest fakt, że często robią to ludzie wykształceni... Szydzenie z takich wydarzeń nie jest fajne, nie zaszpanowałeś jeden z drugim pisząc o obchodach rocznicy tragedii smoleńskiej. Każdy ma prawo robić co chce... jedni biorą udział w marszu inni modlą się w kościele jeszcze inni oglądają wspominkowe filmy.....
Musimy pamiętać, że zanim cokolwiek napiszemy czy powiemy powinniśmy się zastanowić!  kto wie co nas jeszcze w życiu czeka.....

Cześć pamięci wszystkich tych, którzy zginęli 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie samolotu rządowego w Smoleńsku!!!!



A

27 marca 2013

Yonex Polish Open Badminton 2013

Ahoj,
ostatni weekend a właściwie i dwa dni przed weekendem były dla mnie dość pracowite. Po emocjach skokowych o których mimo końca sezonu niewątpliwie jeszcze napiszę zdecydowałam się na udział w wolontariacie na Yonex Polish Open tzn otwartych mistrzostwach Polski w badmintonie.
Hmm badminton to jednak coś zupełnie innego niż dotychczas znane mi dyscypliny sportowe. Początkowo nie wywoływał u mnie zbyt wielu emocji pomimo iż już ponad 20 lat jest dyscypliną olimpijską. Generalnie w pamięci miałam zaledwie to jak sama w niego grywałam mając kilka i kilkanaście lat i to jak daleko wybijałam lotkę nie meszcząc jej w boisku :D.
Po całych czterech dniach (dosłownie całych) spędzonych w Arenie Ursynów zmieniłam jednak zdanie na temat tego sportu i muszę przyznać, że na poważnie się nim zainteresowałam. Nie przypuszczałam, że oglądając mecze z bliska doświadczę tylu niesamowitych emocji.
Sam wolontariat niestety był jednym z nudniejszych w jakich uczestniczyłam. Kompletnie nieprzygotowany a wręcz nieogarnięty ale ja słynę z tego, że zawsze znajdę sobie coś co będzie mnie pozytywnie nakręcać. Tym razem było kilka takich "cośiów" :D
Po pierwsze KTOŚ tzn. badmintonista, którego nazwisko jest mi znane już ponad dwa lata. Mowa o czeskim zawodniku Petre Koukalu. To w sumie właśnie Jemu zawdzięczam moją minimalną wiedzę o zawodowym badmintonie. A to mianowicie dlatego, że oglądałam kilkanaście meczów z Jego udziałem (łącznie z tymi na IO w Londynie), czytałam o Nim w kilku czeskich gazetach, oglądałam materiały oraz film "Cesta Snu" opowiadająca o Jego walce z chorobą nowotworową oraz powrocie po wyniszczającej chemii do pełnej sprawoności oraz sportu. Niesamowita osobowość, która nie będę ukrywać mi imponuje... a do tego to bardzo przystojny facet :D. Od ponad roku śledzę też Jego fan page na facebooku. Nic więc w tym dziwnego, że chciałam Go zobaczyć i zamienić z Nim słowo, skoro już uczę się czeskiego :) Taki był priorytet na te mistrzostwa reszta miała byc tylko dobrą zabawą.



Petr Koukal fot. Robert Vano www.robertvano.cz

Czwartek był zdecydowanie najdłuższym dniem. Poznawanie organizatorów, sędziów, zawodników (w ogóle fajni ludzie, którzy się złaszają na wolontariat i nie przychodzą nawet nikogo o tym nie informując ehh). Pierwsze zadania, pierwsze mecze no i pierwsze spotkanie z Petrem. Hmm nie ukrywam, że chciałam poprosić Go o podpis na plakacie ale jakoś się nie składało. Rozmowy też niestety nie było... no ale cóż miałam nadzieję, że co się odwlecze to nie uciecze. Do domu wróciłam ok 22.00 a na facebooku czekała na mnie niespodzianka mianowicie wiadomość od samego Petra z pytaniem, czy przypadkiem nie widzieliśmy się dzisiaj w hali. Oj ależ ogromne było moje zaskoczenie ale nie ukrywam, że było to coś niesamowicie miłego. Tym bardziej, że zadeklarował, że następnego dnia porozmawiamy :). Bycie braną za Czeszkę zawsze spoko :).
Piątek to dzień na który czekałam najbardziej. O godzinie 12:40 swój pierwszy mecz miał rozegrać Petr. Jego rywalem był Szkot Calum Menzies. Dodam, że Petr w całym turnieju był rozstawiony z szóstym numerem. Około 12:00 zasiadłam na trybunach i obserwowałam najpierw rozgrzewkę zawodników a potem już to co dzieje się na korcie.



Sam mecz trwał zaledwie 22 minuty. Petr wygrał bez większego problemu w dwóch setach. Pierwszy 21:12 a drugi 21:14. Nie ukrywam, że świetnie ogląda się Go na korcie... i to oczko puszczone po zwycięstwie mmm :). Straszna szkoda, że nie zabrałam większego obiektywu ponieważ mogłam poszaleć z fotkami a tak pozostają tylko te zrobione z trybun, ale przynajmniej nie straciłam nic z meczu :). Po meczu znowu nie udało mi się porozmawiać z Petrem... poszłam na obiad a On się zregenerować. Następnie pojechałam z grupą zawodników do hotelu, żeby pozmieniać listy startowe... ahh uwielbiam podróżowanie w autokarach ze sportowcami zawsze jest tak sympatycznie :)
Kiedy wróciłam była wolniejsza chwila, którą spędziłam razem z pozostałymi wolontariuszami a właściwie wolontariuszkami na trybunach. Na szczęście udało mi się wymixować od noszenia tej fatalnej żółtej koszulki. Właśnie to kolejny wielki minus tego wolontariatu. Brak pamiątowych koszulek uważam za poważne uchybienie...


W oczekiwaniu na drugi mecz Petra siedziałam na trybunie dla zawodników rozmawiając z jedną z wolontariuszek Eweliną. Pochłonięta dialogiem nawet nie zauważyłam, że na hali pojawił się już Petr. Ogarnęłam się dopiero wtedy gdy podszedł do mnie i oficjalnie się przedstawił podając mi rękę. Początkowo byłam strasznie zawstydzona (jednak nie jest łatwo gdy mówi do Ciebie, ktoś kto Ci imponuje) ale po chwili zaczęłam normalnie mówić po czesku. Hehehe 20 minut niesamowitej frajdy,  a Petr okazał się bardzo sympatyczny i inteligentny. Rozmowa zdecydowanie się kleiła :). Niestety musieliśmy przerwać.... ale rozgrzewka i odpowiednie skupienie bezpośrednio przed meczem to przecież podstawa.
Mecz niestety nie ułożył się po myśli ani Petra ani mojej. Byłam przekonana, że bez problemu pokona On małego Japończyka Takuto Inoue sklasyfikowanego w ogólnym rankingu badmintonistów na odległym 326 miejscu dodam, że Petr w rankingu jest 70. Niestety po świetnym pierwszym secie wygranym 21:15 przyszedł jakiś kryzys.... Nie pomogły moje kciuki ani tarcie czerwonej nitki.... drugi set przegrany do 14 trzeci do 18. W badmintonie niestety nie ma żadnej litości przegrywasz jeden mecz odpadasz i nie masz szans walczyć dalej. Dla Petra to był koniec turnieju Polish Open :(.
Byłam smutna ale i jakaś rozdrażniona... w sumie nie tak miało być. Petr miał dojść do finału a ja miałam porobić fajne zdjęcia. Skończyło się na tym, że podeszłam do Niego i powiedziałam, że bardzo mi przykro porozmawialiśmy jeszcze chwilę i umówiliśmy się co do planów na kolejne dwa dni, które były już dla Niego wolne.
Sobota to dzień półfinałów... jeśli chodzi o mecze to interesujące dla mnie były w zasadzie tylko te, w których grała Czeszka Kristina Gavnholt oraz polskie deble i mixty.  Polacy poradzili sobie świetnie natomiast Czeszka przegrała swój mecz... Coś Czesi nie mieli szczęścia na tym turnieju przegrywając przede wszystkim z Japończykami.


Poza kortami wygłupom nie było końca nawet autograf na plakacie złożyłam :D....
Mecze, konwersacje, zadania specjalne i nieporozumienia czyli klasyczny dzień z życia wolontariusza. Trzeba przyznać, że dużo się działo. Przeprowadziłam kilka zakręconych dialogów z trenerem kadry  Polski Panem Jackiem Hankiewiczem, gdzie motywem przewodnim była czapeczka i parówki :D... Poznałam również bardzo sympatycznego sędziego z Portugalii, który generalnie cały czas się uśmiechał. Uwielbiam takich ludzi :). Panie z biura zawodów zdecydowanie były pro :).... Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że w związku badmintonowym pracuje nauczyciel wf-u z gimnazjum do którego uczęszczałam. Ahh kolejne wspomnienia :)... świat jest jednak bardzo mały i nigdy nie można przewidzieć kogo i gdzie się spotka.
Skoro już piszę o okołomeczowych atrakcjach to dodam jeszcze, że poznałam nowych strasznie fajnych wolontariuszy Ewelinę, Marka, Danę i naprawdę dobrze się z Nimi bawiłam :).

W niedzielny poranek wzięłam jeszcze udział w półmaratonie warszawskim gdzie strasznie zmarzłam ale w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej może nie licząc tego, że spóźniłam się na spotkanie z Petrem
:(.... W związku z tym, że nie pojawiłam się w hali On po prostu sobie poszedł. Na szczęście udało mi się z Nim jeszcze zobaczyć:). Mimo wszystko półmaraton to kolejna akcja sportowa w której uczestniczyłam. Lista imprez sportowych których byłam częścią robi się naprawdę imponująca :).


Z Placu Krasińskich przetransportowałam się bezpośrednio do Areny Ursynów. Tam właśnie kończył się finał debla męskiego w którym wygrali Polacy: Adam Cwalina i Przemysław Wacha. W finale mixtów stanęły na przeciwko siebie dwie polskie pary: Nadiezda Zięba i Robert Mateusiak oraz Agnieszka Wojtkowska i Wojciech Szkudlarczyk. Wygrali Ci pierwsi...
Halę opuściłam stosunkowo wcześnie ponieważ miałam zaplanowane jeszcze spotkanie z Petrem. Porozmawialismy sobie porządnie a w prezencie dostałam od niego film "Cesta snu Petra Koukala" z autografem :).... Jestem przekonana, że z Petrem spotkam się znowu tym razem w Pradze :).


Podsumowując Polish Open muszę przyznać, że spędziłam miłe cztery dni, pełne czeskich akcentów i dialogów. Cieszę się, że poznałam  nowe osoby i zdobyłam następne doświadczenia. Kolejny plus to sam badminton... Z pewnością wybiorę się jeszcze na jakiś turniej tym razem jednak w roli kibica. Być może w kwietniu w Pradze :).....
Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że na mojej buzi pojawił się uśmiech. Dziękuję Petrovi, ogromnym zaszczytem było poznanie Ciebie :)
Dziękuje Michałowi za towarzystwo, i dostarczenie jedzonka... szkoda, że nie mogłam Cię wykorzystać również w niedzielę, może wtedy nie zjadłabym obiadu, który mi nie przysługiwał :D.
Mimo wszystko dziękuję Kasiom i innym wolontariuszom. Fajnie było Was poznać :) 


Mějte se

Anička