27 marca 2013

Yonex Polish Open Badminton 2013

Ahoj,
ostatni weekend a właściwie i dwa dni przed weekendem były dla mnie dość pracowite. Po emocjach skokowych o których mimo końca sezonu niewątpliwie jeszcze napiszę zdecydowałam się na udział w wolontariacie na Yonex Polish Open tzn otwartych mistrzostwach Polski w badmintonie.
Hmm badminton to jednak coś zupełnie innego niż dotychczas znane mi dyscypliny sportowe. Początkowo nie wywoływał u mnie zbyt wielu emocji pomimo iż już ponad 20 lat jest dyscypliną olimpijską. Generalnie w pamięci miałam zaledwie to jak sama w niego grywałam mając kilka i kilkanaście lat i to jak daleko wybijałam lotkę nie meszcząc jej w boisku :D.
Po całych czterech dniach (dosłownie całych) spędzonych w Arenie Ursynów zmieniłam jednak zdanie na temat tego sportu i muszę przyznać, że na poważnie się nim zainteresowałam. Nie przypuszczałam, że oglądając mecze z bliska doświadczę tylu niesamowitych emocji.
Sam wolontariat niestety był jednym z nudniejszych w jakich uczestniczyłam. Kompletnie nieprzygotowany a wręcz nieogarnięty ale ja słynę z tego, że zawsze znajdę sobie coś co będzie mnie pozytywnie nakręcać. Tym razem było kilka takich "cośiów" :D
Po pierwsze KTOŚ tzn. badmintonista, którego nazwisko jest mi znane już ponad dwa lata. Mowa o czeskim zawodniku Petre Koukalu. To w sumie właśnie Jemu zawdzięczam moją minimalną wiedzę o zawodowym badmintonie. A to mianowicie dlatego, że oglądałam kilkanaście meczów z Jego udziałem (łącznie z tymi na IO w Londynie), czytałam o Nim w kilku czeskich gazetach, oglądałam materiały oraz film "Cesta Snu" opowiadająca o Jego walce z chorobą nowotworową oraz powrocie po wyniszczającej chemii do pełnej sprawoności oraz sportu. Niesamowita osobowość, która nie będę ukrywać mi imponuje... a do tego to bardzo przystojny facet :D. Od ponad roku śledzę też Jego fan page na facebooku. Nic więc w tym dziwnego, że chciałam Go zobaczyć i zamienić z Nim słowo, skoro już uczę się czeskiego :) Taki był priorytet na te mistrzostwa reszta miała byc tylko dobrą zabawą.



Petr Koukal fot. Robert Vano www.robertvano.cz

Czwartek był zdecydowanie najdłuższym dniem. Poznawanie organizatorów, sędziów, zawodników (w ogóle fajni ludzie, którzy się złaszają na wolontariat i nie przychodzą nawet nikogo o tym nie informując ehh). Pierwsze zadania, pierwsze mecze no i pierwsze spotkanie z Petrem. Hmm nie ukrywam, że chciałam poprosić Go o podpis na plakacie ale jakoś się nie składało. Rozmowy też niestety nie było... no ale cóż miałam nadzieję, że co się odwlecze to nie uciecze. Do domu wróciłam ok 22.00 a na facebooku czekała na mnie niespodzianka mianowicie wiadomość od samego Petra z pytaniem, czy przypadkiem nie widzieliśmy się dzisiaj w hali. Oj ależ ogromne było moje zaskoczenie ale nie ukrywam, że było to coś niesamowicie miłego. Tym bardziej, że zadeklarował, że następnego dnia porozmawiamy :). Bycie braną za Czeszkę zawsze spoko :).
Piątek to dzień na który czekałam najbardziej. O godzinie 12:40 swój pierwszy mecz miał rozegrać Petr. Jego rywalem był Szkot Calum Menzies. Dodam, że Petr w całym turnieju był rozstawiony z szóstym numerem. Około 12:00 zasiadłam na trybunach i obserwowałam najpierw rozgrzewkę zawodników a potem już to co dzieje się na korcie.



Sam mecz trwał zaledwie 22 minuty. Petr wygrał bez większego problemu w dwóch setach. Pierwszy 21:12 a drugi 21:14. Nie ukrywam, że świetnie ogląda się Go na korcie... i to oczko puszczone po zwycięstwie mmm :). Straszna szkoda, że nie zabrałam większego obiektywu ponieważ mogłam poszaleć z fotkami a tak pozostają tylko te zrobione z trybun, ale przynajmniej nie straciłam nic z meczu :). Po meczu znowu nie udało mi się porozmawiać z Petrem... poszłam na obiad a On się zregenerować. Następnie pojechałam z grupą zawodników do hotelu, żeby pozmieniać listy startowe... ahh uwielbiam podróżowanie w autokarach ze sportowcami zawsze jest tak sympatycznie :)
Kiedy wróciłam była wolniejsza chwila, którą spędziłam razem z pozostałymi wolontariuszami a właściwie wolontariuszkami na trybunach. Na szczęście udało mi się wymixować od noszenia tej fatalnej żółtej koszulki. Właśnie to kolejny wielki minus tego wolontariatu. Brak pamiątowych koszulek uważam za poważne uchybienie...


W oczekiwaniu na drugi mecz Petra siedziałam na trybunie dla zawodników rozmawiając z jedną z wolontariuszek Eweliną. Pochłonięta dialogiem nawet nie zauważyłam, że na hali pojawił się już Petr. Ogarnęłam się dopiero wtedy gdy podszedł do mnie i oficjalnie się przedstawił podając mi rękę. Początkowo byłam strasznie zawstydzona (jednak nie jest łatwo gdy mówi do Ciebie, ktoś kto Ci imponuje) ale po chwili zaczęłam normalnie mówić po czesku. Hehehe 20 minut niesamowitej frajdy,  a Petr okazał się bardzo sympatyczny i inteligentny. Rozmowa zdecydowanie się kleiła :). Niestety musieliśmy przerwać.... ale rozgrzewka i odpowiednie skupienie bezpośrednio przed meczem to przecież podstawa.
Mecz niestety nie ułożył się po myśli ani Petra ani mojej. Byłam przekonana, że bez problemu pokona On małego Japończyka Takuto Inoue sklasyfikowanego w ogólnym rankingu badmintonistów na odległym 326 miejscu dodam, że Petr w rankingu jest 70. Niestety po świetnym pierwszym secie wygranym 21:15 przyszedł jakiś kryzys.... Nie pomogły moje kciuki ani tarcie czerwonej nitki.... drugi set przegrany do 14 trzeci do 18. W badmintonie niestety nie ma żadnej litości przegrywasz jeden mecz odpadasz i nie masz szans walczyć dalej. Dla Petra to był koniec turnieju Polish Open :(.
Byłam smutna ale i jakaś rozdrażniona... w sumie nie tak miało być. Petr miał dojść do finału a ja miałam porobić fajne zdjęcia. Skończyło się na tym, że podeszłam do Niego i powiedziałam, że bardzo mi przykro porozmawialiśmy jeszcze chwilę i umówiliśmy się co do planów na kolejne dwa dni, które były już dla Niego wolne.
Sobota to dzień półfinałów... jeśli chodzi o mecze to interesujące dla mnie były w zasadzie tylko te, w których grała Czeszka Kristina Gavnholt oraz polskie deble i mixty.  Polacy poradzili sobie świetnie natomiast Czeszka przegrała swój mecz... Coś Czesi nie mieli szczęścia na tym turnieju przegrywając przede wszystkim z Japończykami.


Poza kortami wygłupom nie było końca nawet autograf na plakacie złożyłam :D....
Mecze, konwersacje, zadania specjalne i nieporozumienia czyli klasyczny dzień z życia wolontariusza. Trzeba przyznać, że dużo się działo. Przeprowadziłam kilka zakręconych dialogów z trenerem kadry  Polski Panem Jackiem Hankiewiczem, gdzie motywem przewodnim była czapeczka i parówki :D... Poznałam również bardzo sympatycznego sędziego z Portugalii, który generalnie cały czas się uśmiechał. Uwielbiam takich ludzi :). Panie z biura zawodów zdecydowanie były pro :).... Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że w związku badmintonowym pracuje nauczyciel wf-u z gimnazjum do którego uczęszczałam. Ahh kolejne wspomnienia :)... świat jest jednak bardzo mały i nigdy nie można przewidzieć kogo i gdzie się spotka.
Skoro już piszę o okołomeczowych atrakcjach to dodam jeszcze, że poznałam nowych strasznie fajnych wolontariuszy Ewelinę, Marka, Danę i naprawdę dobrze się z Nimi bawiłam :).

W niedzielny poranek wzięłam jeszcze udział w półmaratonie warszawskim gdzie strasznie zmarzłam ale w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej może nie licząc tego, że spóźniłam się na spotkanie z Petrem
:(.... W związku z tym, że nie pojawiłam się w hali On po prostu sobie poszedł. Na szczęście udało mi się z Nim jeszcze zobaczyć:). Mimo wszystko półmaraton to kolejna akcja sportowa w której uczestniczyłam. Lista imprez sportowych których byłam częścią robi się naprawdę imponująca :).


Z Placu Krasińskich przetransportowałam się bezpośrednio do Areny Ursynów. Tam właśnie kończył się finał debla męskiego w którym wygrali Polacy: Adam Cwalina i Przemysław Wacha. W finale mixtów stanęły na przeciwko siebie dwie polskie pary: Nadiezda Zięba i Robert Mateusiak oraz Agnieszka Wojtkowska i Wojciech Szkudlarczyk. Wygrali Ci pierwsi...
Halę opuściłam stosunkowo wcześnie ponieważ miałam zaplanowane jeszcze spotkanie z Petrem. Porozmawialismy sobie porządnie a w prezencie dostałam od niego film "Cesta snu Petra Koukala" z autografem :).... Jestem przekonana, że z Petrem spotkam się znowu tym razem w Pradze :).


Podsumowując Polish Open muszę przyznać, że spędziłam miłe cztery dni, pełne czeskich akcentów i dialogów. Cieszę się, że poznałam  nowe osoby i zdobyłam następne doświadczenia. Kolejny plus to sam badminton... Z pewnością wybiorę się jeszcze na jakiś turniej tym razem jednak w roli kibica. Być może w kwietniu w Pradze :).....
Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że na mojej buzi pojawił się uśmiech. Dziękuję Petrovi, ogromnym zaszczytem było poznanie Ciebie :)
Dziękuje Michałowi za towarzystwo, i dostarczenie jedzonka... szkoda, że nie mogłam Cię wykorzystać również w niedzielę, może wtedy nie zjadłabym obiadu, który mi nie przysługiwał :D.
Mimo wszystko dziękuję Kasiom i innym wolontariuszom. Fajnie było Was poznać :) 


Mějte se

Anička

10 marca 2013

CoC Liberec 2013

Ahoj,
kolejne po Wiśle konkursy Pucharu Kontynentalnego odbyły się w moim ukochanym Libercu. Zważywszy na to, że w Wiśle bawiłam się świetnie oraz na to, że z Pragi do Liberca jest tylko godzina drogi nie mogło mnie tam zabraknąć. Ten wyjazd w odróżneniu od Wisły planowałam od bardzo dawna. Do Liberca pojechałam w piątek najwcześniej jak tylko mogłam tzn. o godzinie 10:00. Prawda jest taka, że w tym mieście zawsze mam co robić... Po godzinie byłam już na miejscu trochę zdenerwowana bo nie wiedziałam co przyniesie los ale z uśmiechem na twarzy poszłam do hotelu. Po zameldowaniu się i oczywiście skontrolowaniu facebooka udałam się do mojej ulubionej wegetariańskiej restauracji "Anandy", gdzie zjadłam kilka niesamowicie smacznych obiadów podczas Mistrzostw Świata Juniorów. Ahh karbanatki s pecenymi bramborami i miska wymyślnych sałatek po prostu palce lizać. Jak widać bezmięsne jedzenie może być naprawdę smaczne a człowiek nie przyczynia się do zabijania świnek i krówek :)
W drodze powrotnej urządziłam sobie długi spacer.... Skoro w tym dniu na skoczni nie odbywały się żadne treningi mogłam sobie na to pozwolić. 
Wieczór spędziłam w towarzystwie mojej koleżanki Misi, (którą poznałam na MSJ) oraz jej znajomych. Bar Panda kilka piw i sympatyczne a zarazem inteligentne historyczne rozmowy a przed tym jak wyładowała mi się bateria w telefonie również słodka konwersacja z prywatnym George na facebookowym czacie :D... Ok godziny 1:00 wróciłam do hotelu,  długi prysznic a następnie zasłużony odpoczynek.

W sobotę obudziłam się o godzinie 7.00 stosunkowo wcześnie ale emocje nie dawały pospać dłużej. O 10:00 wraz z Danni pojechałyśmy samochodem na skocznię. Muszę przyznać, że droga na górę była bardzo niebezpiczna i w ogóle nie przygotowana. Ahhh kocham organizację tego Pucharu kontynentalnego  . Wszyscy robili co chcieli, nie było akredytacji o kibicach już nawet nie wspominam. Puste trybuny do których przejście torował wysoki na kilkadziesiąt centymetrów śnieg.



Po kilkudziesięciu minutach na skocznie dotarła Agnieszka razem ze swoją siostrą. Po krótkiej konwersacji rozpoczęłyśmy operację o nazwie - robienie zdjęć.
Naszą największą radość wzbudziła obecność na skoczni Floriana Liegla. Aktualnie trenera austriackiej kadry B a kilka lat temu świetnego skoczka. Dodam, że jednego z moich ulubionych. Zawsze fascynowała mnie Jego niebanalna uroda oraz specyficzne poczucie humoru. Kiedy tylko dowiedziałam się, że pojawi się w Libercu wiedziałam, że jedną z misji tego wyjazdu będzie zrobienie sobie z Nim zdjęcia. Misja została zrealizowana!!!



Muszę przyznać, że niewiele się zmienił. Nadal tak samo przystojny, nadal tak samo sympatyczny i strasznie wysoki. Było mi niezmiernie miło móc Go spotkać po tylu latach. Ahh skokowych wspomnień ciąg dalszy.

W wirze dziwnej fascynacji koreańskim zawodnikiem Heung Chul Choiem, która trwa od PK w Wiśle i z Nim musiałam zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Zdecydowanie kolejny przeuroczy skoczek.


Po zrobieniu kilku zdjęć skupiłam się na obserwowaniu konkursu. Kiedy na belce startowej zasiadł Vegard Swensen mocno zacisnęłam kciuki. Niestety na niewiele się to zdało.... W pierwszej serii Vegard skoczył 92,5 metra co dało mu 23 pozycję. W drugiej serii poprawił się zaledwie o metr i ostatecznie był 24.
Mimo to bawiąc się aparatem Agnieszki udało mi się zrobić mojemu ulubionemu Norwegowi kilka fajnych zdjęć.




Mina Vegarda po zepsutym skoku jest zdecydowanie sweet.  Konkurs wygrał Niemiec Marinus Kraus, dla którego było to drugie zwycięstwo w konkursie PK w karierze. Drugie miejsce zajął Norweg Kim Rene Elverum Sorsell a trzeci był Słoweniec Matic Kramarsic. Trzeba przyznać, że Słoweńcy w tym sezonie spisują się rewealacyjnie nie tylko w Pucharze Świata ale również i Pucharze Kontynentalnym. 




Marinus Kraus


Kim Rene Elverum Sorsell

Po konkursie wspólnie z redaktorką naczelną portalu skoky.net Simonou poszłysmy na pizze. Było bardzo sympatycznie i mogłyśmy sobie nareszcie porządnie porozmawiać. Cóż utwierdziłam się w przekonaniu, że sytuacja w czeskim związku narciarskim jest bardzo skomplikowana, ale to nie mój problem.
Po konsumpcji szybko wróciłam do hotelu, żeby porozmawiać z George :). Jak zwykle było bardzo miło tylko musieliśmy walczyć ze złym sygnałem internetowym ahh.

W niedziele wstałam jakaś bardzo zestresowana. Nie miałam jednak dużo czasu żeby się nad tym zastanawiać. Zebrałam się i wspólnie z Agnieszką pojechałam na skocznie. Niestety pogoda nie była dla nas już tak łaskawa jak w sobotę. Słońce tym razem zapomniało o Jestade ale za to pojawił się wiatr, który sprawił, że nastąpiły małe zmiany w programie. Zrezygnowano z rozegrania serii próbnej i postanowiona od razu rozpocząć konkurs. Zamysł generalnie dobry tylko, że wiatr i tak przeszkadzał zawodnikom. Pierwsza seria ciągnęła się niemiłosiernie a mi było coraz zimniej. W duszy modliłam się, żeby jury odwołało drugą serię. Tak też się stało. Jednoseryjny konkurs wygrał ponownie Niemiec Marinus Kraus, drugie miejsce ex aequo zajęli Norweg z genialnymi włosami Fredrik Bjerkeengen oraz Słoweniec Matic Kramarsic. 


Błahahaha a mogłam poprosić o fotkę ze stojącymi włosami :D

Niestety jeszcze gorzej niż w sobotę spisał się Vegard. Po skoku na 91 metrów zajął dopiero 34 miejsce     tym samym nie zdobywając żadnych punktów do generalnej klasyfikacji :(
Po konkursie udało mi się zamienić z Nim kilka słów i uświadomił mnie, że trafił na naprawdę niesprzyjające warunki :( 
Następnie pobawiłam się jeszcze trochę w paparazzi korzystając z okazji, że miałam w ręku dobrą lustrzankę :)



Ossi - Pekka Valta


Danny Queck

Niewątpliwie wróciła mi frajda z robienia zdjęć. Teraz już wiem, że następną rzeczą w jaką zainwestuję będzie właśnie lustrzanka. 
Zamykając temat pobytu na skoczni serdecznie dziękuję Agnieszce i Eli za towarzystwo, świetne fotki i oczywiście transport :). 

Niedzielny wieczór to jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Spędzony w najukochańszym mieście z cudowną osobą u boku. Jestem pewna, że jeszcze długo będę go wspominać. 
Ten wyjazd potwierdził, że w Libercu spotykają mnie same magiczne rzeczy. To zdecydowanie moje miejsce na świecie. 


Prawie zapomniałam.... z Liberca przywiozłam fajny gadżet, który sprawił mi wielką radość. Mianowicie od jednego z norweskich skoczków otrzymałam opaskę, którą teraz z dumą noszę. 


Niestety cztery dni w Libercu zleciały bardzo szybko :( -  za szybko... 
Moje wyjazdy skokowe dobiegły końca i teraz przyszedł czas na marazm i stagnację... ale cóż zrobić mam nadzieję, że kolejne akcje sportowe w które już niebawem się zaangażuję przyniosą mi następną dawkę pozytywnych emocji i radości. 

Mejte se hezky 
Anicka

"Kto wymyślił naszą miłość, kto ją w środku nocy wyśnił. Czy to wszystko się zdarzyło czy tak było rzeczywiście"

5 marca 2013

CoC Wisła 2013


Ahoj,
właśnie wróciłam do Pragi z Liberca i korzystając z wolnej chwili postanowiłam, że napiszę kilka słów o zeszłym weekendzie, który spędziłam w Wiśle. Pojechałam tam na Puchar Kontynentalny w skokach narciarskich. Zdecydowanie był to jeden z najbardziej ekstremalnych wyjadów na skoki ever. Po pierwsze dlatego, że dosyć późno w ogóle się na niego zecydowałam. Po drugie dlatego, że wszystko załatwiłam dosłownie w dwa dni. Bilety na pociąg do Katowic o których cenie nawet nie będę wspominać bo jest to jakieś totalne nieporozumienie, kwaterę oraz wolne w pracy. Na szczęście wszystko udało się jakoś ogarnąć. Prawda jest taka, że ja po prostu musiałam tam być :D....
W dość długą podróż wyruszyłam w piątek rano. Po ponad pięciu godzinach spędzonych w pociągu dojechałam do Katowic. Na szczęście przyjazd pociągu idealnie zgrał się z odjazdem busa do Wisły.
Na miejsce dotarałam po godzinie 20.00 następnie taksówką pojechałam do domu wczasowego w którym znalazłam wolny pokój i po porządnej kąpieli poszłam spać.
Po raz pierwszy w całej mojej długiej historii wyjazdów na skoki nie byłam obecna na treningach. No  cóż nie dostałam wolnego czwartku w pracy. Z tym jednym dniem poślizgu nie mogłam się ogarnąć podczas całego pobytu. Po prostu czegoś mi brakowało....

W sobotę po smacznym śniadaniu poszłam na spacer na "mini Krupówki" i kolejny raz doszłam do wniosku, że  Wisła jest nudna. Zdecydowanie nic tam nie ma.
Po szybkich zakupach spotkałam Ewelinę z którą w oczekiwaniu na Socze i Biedronkę poszłyśmy na ciacho mistrza do cukierni "U  Janeczki".  Byłoby wielkim nietaktem być w Wiśle i nie zjeść tego regionalnego już produktu :D. Trzeba przyznać, że wspomniana cukiernia to zdecydowanie najjaśniejszy punkt głównej ulicy w Wiśle. Świetnie zaopatrzona a i wypieki mniam po prostu palce lizać :)


Kiedy byłyśmy już w komplecie i dziewczyny zameldowały się u siebie w pensjonacie (swoją drogą trzeba przyznać, że trafiły na crazy właściciela.... ha ha ha uwielbiam takich podstarzałych czarusiów i amantów :D)  pojechałyśmy autobusem na skocznie. Kolejna rzecz, którą "uwielbiam" w Wiśle to komunikacja miejska jeśli w ogóle te kilka kursujących autobusów można tak nazwać. 
Na szczęście wszelakie niedogodności wynagrodziła pogoda. Konwersując z dziewczynami starałam się obserwować to co dzieje się na skoczni. Wspominałam już kiedyś, że nie jest to proste na obiekcie im. Adama Małysza. Mianowicie dlatego, że stojąc na dole nie ma możliwości przyjrzenia się najistotniejszej części skoku czyli wyjściu z progu. Skoczka dostrzega się dopiero nad bulą.... to znacząco psuje efekt wizualny.

Było więc sporo czasu na robienie fotek. O np. i ja się takiej jednej całkiem ładnej doczekałam... ;) (Dzięki Caryca :D)



z Socze :)

Największym zaskoczeniem soboty była obecność na skoczni Borka Sedlaka. Hmm Jego nazwisko nie figurowało na żadnym zgłoszeniu a w momencie kiedy zobaczyłam, że ma na sobie koszulkę startową przedskoczka przeżyłam szok. Po swoim skoku podszedł do mnie i konwersowaliśmy dobre 20 min. W sumie dawno się nie widzieliśmy więc bardzo fajnie było porozmawiać. Okazało się, że w niedzielę Antonin Hajek leciał na MŚ do Val Di Fiemme a Borek miał wskoczyć na Jego miejsce w konkursie PK. Nie rozumiem tych roszad tym bardziej, że Tonda nie wystartował w żadnym konkursie we Włoszech ale za czeskim związkiem narciarskim nikt nie trafi.



Największą frajdę sprawił mi jednak widok Vegarda Swensena, który zawsze robi takie urocze miny bez względu na to czy skok mu wyjdzie czy też nie. Tym razem nie było inaczej... Ewelinie udało sie uchwycić kawałeczek specjalnego uśmiechu :). Ahh ten skoczek jest zdecydowanie pro....


Konkurs wygrał reprezentant Niemiec Danny Queck, drugi był przesympatyczny Słoweniec Matic Benedik a trzeci reprezentant Polski Krzysztof Biegun. Vegard skończył na 14 miejscu a Antonin Hajek był 12. 


Danny Queck by Socze


a tu miejsca 3-6....

Wolałabym trochę inne podium ale cóż zrobić i tak nie było najgorzej. 
Wieczór to naleśniki ze szpinakiem oraz wspólne oglądanie konkursu Mistrzostw Świata na skoczni normalnej i wielka radość z wygranej Andersa Bardala. Schlierenzauer pokonany yeah!!!!. Warto dodać, że Jan Matura zajął bardzo dobre 12 miejsce :). 
Następnie krótki pobyt w Sofie i powrót do hotelu, żeby porządnie się wyspać i zdążyć na niedzielny konkurs. 

W niedziele było już dużo fajniej. Nerwy odpuściły i nastąpiło swoiste przełamanie. Hmm sama się tego po sobie nie spodziewałam, ale przy tak licznym gronie kibiców nie mogłam dać plamy :D.
Brawo dla organizatorów za to, że zrobili darmowe wejście co zaowocowało sporą liczbą ludzi na trybunach.. Przemieszczając się z miejsca na miejsce starałam się skupić na zawodach. 
Nie wiem czemu ale miałam wrażenie, że ciągnął się one niemiłosiernie. Pierwszy raz właściwie towarzyszyło mi takie uczucie. Hmm czyżbym się już starzała... 

W między czasie po 5 latach przerwy zrobiłam sobie zdjęcie z Borkiem. "Hmm tyle lat się znamy a mamy tylko jedną wspólną fotkę i to na dodatek z Maturinem" po takim właśnie tekście druga fotka z Borou stała się faktem hahahaha....


Warunki na górze skoczni niestety nie były równe dla wszystkich. Przekonał się o tym między innymi Vegard, któremu dość silnie powiało w plecy przez co zepsuł swoją próbę skacząc zaledwie 114,5 m. Tym samym zakończył udział w konkursie na pierwszej serii. Ostatecznie został sklasyfikowany na odległej 43 pozycji. Borek po zepsuciu drugiego skoku był trzydziesty. 


by Socze

Konwersacji tego dnia nie było końca. Kolejną osobą z którą zamieniłam parę słów był wspomniany już wcześniej mój ulubiony Norweg Vegard Swensen. Nie ma to jak rozmowa na skoczni o mięcie hahaha :D



paparazzi nie śpią :D

Chwile grozy wszyscy przeżyliśmy kiedy to po skoku na odległość 130,5 metra Norweski skoczek Ole Marius Ingvaldsen miał groźnie wyglądający upadek.  Otarcia twarzy i bardzo bolesny uraz kolana. Smutno ponieważ po tak dalekim skoku z pewnością znalazłby się na podium zawodów. 
Konkurs ostatecznie wygrał Atle Pedersen Roensen, drugi był ponownie Słoweniec Matic Benedik a trzeci Polak Jan Ziobro. 



Matic Benedik hmm czyżby kolejny skoczek, który zasługuje na miano uroczego? chyba tak :).
Ze skoczni razem z Eweliną przeniosłyśmy się do pensjonatu po drodze zamawiając wielką pizze. Hmm pizza ponad 50 cm - takie rzeczy tylko w Wiśle :D. A zapomniałam dodać, że cud się stał ponieważ jechał autobus :D. Po kilkudziesięciu minutach dołączyły do Nas Asia z Anetą i wspólnie urządziłyśmy sobie prezentację zrobionych fotek :).
Wieczór spędziłam oczywiście w Sofie no bo gdzie indziej w Wiśle... hmm odbyłam tam bardzo sympatyczną konwersację z jednym z norweskich skoczków. Zdecydowanie było to bardzo mile spędzony czas. Oby więcej takich inteligentnych ludzi w tym skokowym świecie.
Taki był właśnie Puchar Kontynentalny w Wiśle. Dziękuję Asi, Anecie i Ewelinie za towarzystwo, fotki oraz wsparcie. Vi za wsparcie telefoniczne :) bez Was byłoby trudniej!

Ancik


15 lutego 2013

Mistrzostwa Świata Juniorów - Liberec 2013


Ahoj,
po harrachovskich emocjach mogę zabrać się do opisania przecudownych 10 dni jakie spędziłam w Libercu w związku z Mistrzostwami Świata Juniorów w narciarstwie klasycznym. Sama nie wiem od czego zacząć tyle się wydarzyło. Może od tego jaką właściwie rolę pełniłam na MSJ. Otóż byłam wolontariuszką pracującą w sekcji attache. Pierwotnie miałam opiekować się polskimi skoczkami ale po małych roszadach pod opiekę otrzymałam dwa inne teamy: Estonię i Finlandię. Jak się miało pózniej okazać to była bardzo dobra wymiana :), ale o tym później.
Najwięcej czasu podczas całej imprezy spędzałam jednak z wolontaiuszami pracującymi nie przy skokach a przy kombinacji norweskiej. Tak się jakoś złożyło, że zarówno większość dziewczyn z którymi mieszkałam w pokoju było właśnie z kombinacji a i sąsiedni pokój męski też był z nią związany. Nie będę ukrywać, że już pierwszego dnia nawiązałam świetny kontakt z współlokatorkami. Dziewczyny były po prostu niesamowite. Cały czas żartowałyśmy a uśmiech w sumie nie schodził z naszych twarzy :) nie przeszkadzał mi nawet fakt, że cdziennie musiałam myć włosy w umywalce heh. Z upływem dni coraz bardziej się z nią zaprzyjazniałam :P.
Ta wspaniała atmosfera pokoju 642 sprawiła, że chociaż nie musiałam każdego ranka jezdziłam z moją ekipą na skocznię, na treningi i zawody kombinatorów norweskich. Chciałam spędzić z tymi ludzmi jak najwięcej czasu a przy okazji poobserwować z bliska równie ciekawą dyscyplinę sportu jak skoki narciarskie. Cóż stało się tak, że większy fun miałam właśnie na kombinacji. Być może dzieki świetnym ludziom, być może dzięki sportowcom, którzy byli bardziej pozytywni niż młodzi skoczkowie....




Nasze międzynarodowe towarzystwo: Tanya (Rosja), Tomas,  Zuzka, Lukas (Słowacja) i ja ...


Tutaj my z częścią teamu estońskich kombinatorów norweskich....

Najlepiej rozumiałam się z koordynatorką attache Zuzą, która stała się nową fanką starej polskiej piosenki "Mieszko, Mieszko mój koleżko" ha ha ha w ogóle mamy podobne sarkastyczne podejście do życia oraz specyficzne poczucie humoru. Mam nadzieję, że zostaniemy koleżankami na bardzo długo. Tym bardziej, że Zuza mieszka w Pradze. W ogóle licze, że z całą ekipą pozostaniemy w kontakcie bo w ostatnim czasie rzadko się zdarza, żeby poznać tak fantastycznych ludzi. 
Od pierwszego dnia Mistrzostw przylgnęła do mnie etykietka barevnej holky co w tłumaczeniu oznacza kolorowa dziewczyna. Było to najprawdopodobniej spowodowane moją kolorową czapką i butami, które wzbudziły wiele zainteresowania :D. Muszę przyznać, że jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało ponieważ w moim mniemaniu kolorowy człowiek znaczy wesoły :). Pózniej jeszcze dzięki moim różowym spodniom, które w sumie miały kolor fuksji nazywano mnie ruzovou princeznou (różową księżniczką) a to już dzięki "wielkiemu mistrzowi ceremonii" PJ-owi. Swoją drogą crazy człowiek, a piosenka, którą wybrał na motyw przewodni każdej ceremonii wręczenia medali jeszcze długo będzie moim przekleństwem :D.

Odnośnie moich teamów w ogólnym rozrachunku trafiłam chyba całkiem niezle. Estońskich chłopaków nie wymieniłabym na nikogo innego. Sympatyczni, uśmiechnięci i to z Nimi jezdziłam każdego dnia na skocznie i do hotelu. Złapałam fajny kontakt z Matsem Piho, który był tak miły, że to aż niewiarygodne. Nie tylko ze skoczkami z Estonii ale również z kombinatorami z tego kraju po prostu fajnie sie dogadałam. Tym większa była moja radość gdy najpierw Kristjan Ilves a następnie Han Hendrik Piho (btw brat Matsa) zdobyli brązowe medale w kombinacji norweskiej. 


Kristjan Ilves, Karl Mustjõgi, Martti Nõmme, Rauno Loit, Siim-Tanel Sammelselg


Siim-Tanel Sammelselg, ja i Martti Nõmme


ja i Han Hendrik Piho

Drugi mój team to skoczkowie z Finlandii no cóż z nimi kontakt był trochę trudniejszy. Jeśli chodzi o komunikację to opierała się ona przede wszystkim na trenerze Ylipullim. Z chłopakami oprócz zdawkowego "hey" ciężko było nawiązać jakiś dialog. Wyjątek stanowił mój ulubiony młody fiński skoczek Juho Ojala. Od pierwszego dnia bardzo Go polubiłam :D.

W sumie każdy dzień na Mistrzostwach nie licząc dnia przyjazdu był wypełniony pracą. Rano jechałam na kombinacje (mój wybór), pózniej szybki obiad bądz w jidelne Jizerka w Babylone bądz w cudownej wegetariańskiej restauracji "Ananda", następnie powrót na Jested tym razem na skoki. Do hotelu docierałam dopiero w ok. godziny 20.00 wtedy też całą ekipą wychodziliśmy na piwo do pobliskiej włoskiej restauracji. 
Warto zaznaczyć, że i w Libercu spotkałam starych znajomych, których myślałam, że nie spotkam już nigdy w życiu. Ildar Fatkullin, Paolo Bernardi, Roger Kamber czy Michele Giuliani to tylko kilka z nich. Nie ukrywam, że były to w większości bardzo sympatyczne spotkania :). Poznałam też kilka nowych sympatycznych osób z którymi z pewnością pozostanę w kontakcie. 

Na początku Mistrzostw największą frajdę miałam z dwóch rzeczy po pierwsze z tego, że na akredytacji oprócz mojego imienia i nazwiska figurowała czeska flaga :) po drugie team capitan meetingi w których mogłam uczestniczyć. To niewątpliwie ciekawe doświadczenie dla kogoś kto od tylu lat interesuje się skokami. Bardzo mi się tam podobało i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała możliwość pojawić się na tego typu meetingu.

Mieliśmy szczęście również do pogody. Praktycznie przez wszystkie dni na skoczni Jested było bezwietrznie. Przedostatniego dnia wiatr przypomniał nam o sobie ale po małych przesunięciach wszystko odbyło się normalnie. Nam wolontariuszom doskwierały trochę niskie temperatury szczególnie rano ale na szczęście mieliśmy gorącą herbatę i sympatyczne miejsce z fajnym widokiem :D w pomieszczeniu z cateringiem dla teamów. 

Wydrzeniem godnym odnotowania jest też ogromny zaszczyt jaki mnie spotkał. Ostatniego dnia Mistrzostw wspólnie z Mistrzem Adamem Małyszem wręczałam kwiaty najlepszym drużynom. Dodam, że wręczałam je naszym chłopakom, którzy w konkursie zajęli drugie miejsce.
Najważniejsza w tym wszystkim jest jednak osoba MISTRZA!!!


W moim prywatnym plebiscycie na najfajniejszy team Mistrzostw bezsprzecznie wygrali japońscy kombinatorzy norwescy. Chłopcy cały czas się uśmiechali, zagadywali a w wolnej chwili rozegrali z wolontariuszami mecz piłki nożnejw którym oczywiście brałam udział. Również na ceremonii medalowej byli najbardziej swobodni tańczyli, śpiewali. Nie obyło się również bez odtańczenia hitu minionego roku "Gangnam Style"....



Jak na każdej tego typu imprezie sportowej miałam też swoją miłość. Ów osobnik nie dość, że był niesamowicie przystojny to jeszcze sympatyczny i miał coś co jest dla mnie niezwykle istotne mianowicie nieziemski uśmiech. Po prostu nie mogłam oderwać od Niego swojego wzroku więc w każdej wolnej chwili spoglądałam sobie na Niego z nadzieją, że się uśmiechnie. A uśmiechał się bardzo często :). Szczegóły choć ciekawe zostawiam dla siebie.... Dlaczego w ogóle o tym wspominam? cóż po prostu nie mogłam sie oprzeć :).

Niestety nie zawsze jest tak jak człowiek by sobie tego życzył. Czasami życie ma dla nas zupełnie inny scenariusz. Tym razem najbardziej zaskoczyło mnie to, że potwierdziło się przysłowie: "Co ma wisieć nie utonie" i , że coś co zaczęło się trzy lata temu miało swoją kontynuację właśnie na Mistrzostwach Świata Juniorów....

Jak pokazała sobotnia impreza w klubie w Babylone młodzi sportowcy zupełnie nie umieją się bawić. Nadmiar alkoholu oraz zabawowe młode dziewczynki to dla niektórych było zdecydowanie zbyt wiele. Na parkiecie zachowywali się jak zwierzęta w ZOO lol gubiąc pieniądze, ipody itd...
Jednego dość już popularnego skoczka (nie będę wymieniała nazwiska) karetka odwiozła do szpitala a pewien kombinator spędził noc w izbie wytrzezwień za którą związek musiał zapłacić 174 euro. 
Nasza girlsowa, wolontariacka parta na szczęście w odpowiednim czasie zmieniła miejsce imprezy. Wspólnie z Włoską kadrą przenieśliśmy się do miejsca zwanego Dabelska Hut. Celowo nie nazywam tego disco ponieważ sama nie wiem co to jest :D. Byłam tam kilkukrotnie i zawsze wychodziłam mega zdezorientowana. Tego wieczoru jednak długo nie zapomnę :). Bawiłam się rewelacyjnie, wytańczyłam się za wszystkie czasy prawie w ogóle nie schodząc z parkietu. Przystojni włoscy i niemieccy faceci, dobra muzyka i świetny humor idealna kombinacja. Nowe buciki nike idealnie zdały egzamin :). Do hotelu wróciłam ok. 5.30 i po szybkim prysznicu zdążyłam się jeszcze przespać. 
W niedzielę jeszcze stawiliśmy się na Vesci żeby zobaczyć ostatnie biegi tych Mistrzostw. Na trasie spotkałam Martynę z którą zamieniłam kilka zdań. Miło było się spotkać :).
Nastepnie wróciłam, spakowałam się i wspólnie z Lukasem, Tomasem i Barou autobusem studentagency pojechaliśmy do Pragi. 

To co dobre niestety szybko się kończy. Te magiczne dni sprawiły, że teraz jestem bogatszym intelektualnie i niewątpliwie szczęśliwszym człowiekiem. Wzrosła też moja samoocena nie wiem na jak długo ale na trochę na pewno :). 


W tym miejscu pragnę podziękować Petre, dzięki której w ogóle zgłosiłam się do bycia wolontariuszem na tych Mistrzostwach. Dziękuję też organizatorom i Marusce za to, że zdecydowali się postawić na zakręconą dziewczynę z Polski, moim kochanym dziewczynom z pokoju 642 za wspaniałe towarzystwo, Zuzu za to, że jest, Lukasovi za piękne fotki oraz pozostałym wolontariuszom z ekipy - Jesteście najlepsi :). Strasznie się cieszę, że Was poznałam!

Jeszcze jedno to właśnie podczas trwania Mistrzostw Świata Juniorów swoje dwa pierwsze zwycięstwa w karierze w konkursach Pucharu Świata odniósł Jan Matura. Wiem, że pisałam o tym kilka notek wcześniej ale te wydarzenia były ważną częścią MSJ i nie mogę ponownie o nich nie wspomnieć. Mój wybuch radości, łzy wzruszenia, skok z piętrowego łóżka oraz bieg przez korytarz o godzinie 5. rano zdecydowanie przejdzie do historii :D....Konkursy w Japonii dorzuciły jakieś 30 % do mojego świetnego humoru :). Kolejne 15 % to codzienne facebookowe konwersacje z moim prywatnym Geroge :).

Anička

6 lutego 2013

Harrachov 2013 - KING Jan Matura!!!


Ahoj,
ostatnio w moim życiu dzieje się sporo ciekawych, sportowych rzeczy. Korzystając z okazji, że aktualnie przebywam w Czechach pojawiłam się na Mistrzostwach Świata Juniorów w narciarstwie klasycznym w Libercu (półtora tygodnia temu) a w ponidziałek wróciłam z Harrachova gdzie w weekend odbywały się konkursy Pucharu Świata na mamuciej skoczni Certak. Relację rozpocznę od Harrachova ponieważ emocje są świeże i naprawdę jest o czym pisać.
Do Harrachova jechałam chora. Prawie 39 topniowa gorączka, katar, ból głowy a przede wszystkim gardła sprawiły, że wahałam się czy w ogóle wsiąść w autobus. Nafaszerowana lekami jednak wsiadłam.... Harrachov przywitał mnie okropną pogodą. Mokry, gęsto sypiący śnieg, minusowa temperatura i silny wiatr. Czyli w sumie harrachovska klasyka. To miasteczko słynie z tego, że pogoda w zimie zawsze jest kapryśna. Dodam, że tego samego dnia w Pradze było jakieś + 8-10 stopni i całkowity brak sniegu. Ah mój organizm doznał szoku. Szczęśliwie jednak dotarłam do hotelu Svrnost po ponad 20 min oczekiwaniu na transport. Sam hotel to mieszanka prl-owskiego stylu ze szczyptą nowoczesności ale jak to się mawia darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Odebrałam akredytację OC, zaniosałam rzeczy do pokoju i spotkałam się z Ondrą i Anicką. Wspólnie skoczyliśmy na kolacje najlepszą ze wszystkich jakie otrzymaliśmy podczas krótkiego pobytu w Svrnosti. Panierowany filet z ryby zdecydowanie dawał radę:).

Muszę przyznać, że atmosfera panująca u organizatorów była dość napięta. Wyczuwało się spore zdenerwowanie i podirytowanie niektórych osób. W sumie nie ma co się dziwić ten PŚ był swoistą próbą przed przyszłorocznymi Mistrzostwami w lotach a pogoda jak zawsze chciała pokrzyżować plany zaprezentowania się obiektu z jak najlepszej strony.
Czwartek skończył się dla mnie dość szybko. Z powodu wysokiej gorączki zaprzyjazniłam się  najpierw z prysznicem a następnie z łóżkiem i telewizorem :). Popisałam jeszcze z George, któremu przekazałam % smutku spowodowany Jego nieobecnością w Harr a potem dość spokojna zasnęłam.

Piątkowe przedpołudnie było wolne także porządnie się wyspałam, pouczyłam się norweskiego ale niestety dalej dokuczało mi kiepskie samopoczucie. Gorączka nie dawała za wygraną ale ja nie zamierzałam się poddać. Chciałam zobaczyć skoki i żadna choroba nie mogła pokrzyżować mi planów.
Treningi i kwalifikacje odbyły się bez większych problemów. Wiadomo wiało ale skończyło się na kilku przerwach i skakało się dalej.
Niestety do Harrachova nie przyjechało wielu czołowych zawodników PŚ takich jak Andreas Kofler, Thomas Morgenstern, Anders Bardal czy Tom Hilde. W związku z tym momentami bywało nudnawo.
Kwalifikacje wygrał mój dobry znajomy z Liberca :D Jaka Hvala. Mnie jednak najbardziej ucieszył 200 metrowy skok Janka. Cieszę się również, że moja akredytacja umożliwiała mi dostęp do wszystkich zakamarków skoczni Certak. Dzięki temu przemieszczałam się i oglądałam skoki z przeróżnych miejsc i perspektyw.  Akcją dnia była zdecydowanie rekacja pewnego trenera na mój widok (mina po prostu epicka). Hmm ewidentnie był zaskoczony, że widzi mnie na skoczni po prawie 3 latach :D.
Nie ma co ukrywać, że na skoczni dostrzegłam wielu starych znajomych. Z niektórymi porozmawiałam z innymi nie ale cóż rzec niewątpliwie to kolejny wyjazd z cyklu tych wspomnkowych.
Piątek dobiegł końca a ja ponownie  zamiast imprezy wybrałam łóżko z nadzieją, że w sobotę obudzę się zdrowa.

Kiedy obudziłam się w sobotę faktycznie czułam się lepiej. Zaaplikowałam sobie zdwojoną dawkę leków i nareszcie nie bolała mnie głowa. Do godziny 13.00 siedzieliśmy w hotelu oglądając telewizję, przeglądając strony internetowe a ja starałam się też wygospodarować trochę czasu na norweską gramatykę.
Na skocznie razem z Anickou udałyśmy sie busem którym również podróżowali trenerzy. Ahh był taki jeden na którego miło było popatrzeć zwłaszcza wtedy gdy się uśmiechał :) ale Jego tożsamość zachowam dla siebie :). Dzień zatem rozpoczął sie bardzo ale to bardzo przyjemnie. Wychodząc z busa zauważyłam, że wiatr zaczął się wzmagać. Wierzchołki drzew kołysały się to w jedną to w drugą stronę. Niestety z minuty na minutę robiło się coraz gorzej...
Było jasne, że w takich warunkach nie będzie się skakać. Mimo wszystko z różnych przyczyn, których nie będę tutaj opisywać decyzję odkładano kilkukrotnie. Ostatecznie jednak konkurs przełożono na niedzielę na godzinę 9.00.
Szczególnie mnie to nie zmartwiło ponieważ ponownie dała o sobie znać gorączka. Najlepsi skoczkowie na czele z Jankiem weszli na skocznię aby pomachać publiczności, która o dziwo zjawiła się dość tłumnie. 80 % stanowili Polacy w większości niestety pijani ale cóż zrobić....
Udało mi się porozmawiać chwilę z Jankiem (który cóż powiedzieć jest teraz rozchwytywany) i zrobić zdjęcie na fan page, który wspólnie prowadzimy.



I ten fakt jak widać nie umknął czujnym oczom paparazzi :D

Staram się zrozumieć to wielkie zainteresowanie osobą Janka. Od kilku sezonów czeskie skoki nie miały  bardzo dobrego skoczka a tu nagle niespodziewanie jakby fenix z popiołów pojawił się "doświadczony, weteran skoczek Jan Matura",  jak zwykli o Nim mówić "mądrzy" komentatorzy. Wszystko pięknie ale nie mogę nie zauważyć, że jestem świadkiem strasznego zakłamania. Ludzie, którzy jeszcze do niedawna skreślali Janka, sugerowali, że powinien zakończyć karierę teraz opalają się w blasku Jego sukcesu opowiadając, że mają w tym swój udział. Ja się pytam gdzie byli, gdy Jankowi się nie wiodło?, gdzie byli gdy rozważał zakończenie kariery?, gdy musiał sam organziować sobie pieniądze żeby jechać na zawody?, gdy plątał się po konkursach pucharu kontynentalnego?.... Czy ten Pan, który teraz tak bardzo się cieszy i przypisuje sobie zasługi, których nie ma może patrzeć w lustro?... ŻENADA!!!
Jestem ciekawa co ma teraz do powiedzenia Pan Schallert, który w 2009 roku nie nominował Janka na Mistrzostwa Świata w Libercu i mówił o Nim wiele niekoniecznie miłych słów....

Sobotni wieczór spędziłam już poza hotelowym pokojem. Zdecydowałam, że skoczę na piwo a potem się zobaczy. Pierwszy przystanek Jeam Beam Bar gdzie udałam się wspólnie ze starymi znajomymi.... Był Dave był Hubert, był Mosin i reszta starej dobrej bandy.... spotkałam też Janka Mazocha i pogadałam z Luckou.... Tak jak wspominałam powrót do dawnych lat hej!


Po piwku udaliśmy się na disco... klub Appache - dziwaczne miejsce...ciemno, a wnętrze w surowym stanie. Wylany beton i tyle. Nie miało to dla mnie jednak większego znaczenia. Miałam ogromną ochotę potańczyć i się wyładować. Do Harrachova przyjechały ViVi i Socze a więc zaczęłyśmy wspólnie okupować parkiet. Mistrzem wieczoru był zdecydowanie Vitek Hacek :D i perkusista który po prostu wymiatał na bębnach. Wyskakałam się i mogłam udoskonalić swój Jackson style ;). Do hotelu wróciłam przed 3.00 i po szybkim prysznicu wskoczyłam do łóżka. 

Największe emocje miały miejsce jednak w sobotę. Opłacało się wcześnie wstać, żeby zobaczyć to co na skoczni wyczyniał Janek. Nadal brakuje mi słów, żeby opisać to co czułam. Powinnam już przywyknąć do wysokich lokat zajmowanych przez Honze ale po raz pierwszy widziałam to z tak bliska. Mogłam mu pogratulować, uścisnąć dłoń, widzieć Jego uśmiech. Lol to zdecydowanie jedne z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Po pierwszym konkursie w którym Janek zajął trzecie miejsce dzięki skokom na odległość: 206,5 m oraz 183,5 m łzy popłynęły mi z oczu. Czułam prywatną satysfakcję, ponieważ wiedziałam, że ten moment kiedyś przyjdzie. Niejednokrotnie rozmawiałam o tym z Jankiem. Teraz wiem, że warto było czekać i wierzyć... 
Przed Jankiem znalezli się tylko Jego dobry kolega Robert Kranjec i niestety Gregor Schlierenzauer, który wygrał 47 raz w swojej karierze i tym samym pobił rekord Mattiego Nykaenena.  To jednak kompletnie umknęło mojemu zainteresowaniu. Liczył się tylko jeden MISTRZ - JAN MATURA!!!!


Drugi konkurs zakończył się na jednej serii. Warunki atmosferyczne były ciężke oprócz wiatru zawodnikom przeszkadzał jeszcze padający śnieg. Wielu skoczków ledwo przekraczało granicę 160 m. Na szczęście Janek poradził sobie z tylnim wiatrem i skoczył 194,5 m co tym razem pozwoliło mu zająć 2 miejsce. Tuż za Gregorem Schlierenzauerem do którego stracił zaledwie 4,6 pkt.
Kolejna wielka dawka szczęścia zarówno dla Janka i Jego uroczej rodzinki jak i dla mnie :)



sport.cz

Ha w niedzielę i ja miałam swoją chwilę sławy ... w przerwie pojawiłam się w telewizji. Śmieje się, że miałam na wyłączność 3 min zarówno na skoczni jak i w telewizorach na całym świecie :) tv-star :D.

Rozpisałam się dlatego chyba już skończę resztę przemyśleń zachowując dla siebie. Honzo Děkuju!!!! - Jsi Mistř!!!

Podsumowując.... abstrahując od tego co przeżyłam dzięki Jankowi nadal nie lubię Harrachova i mam nadzieję, że minie sporo czasu zanim ponownie się tam pojawię.

Anička

28 stycznia 2013

Jan Matura Mistrz Sapporo

Ahoj,
to co stało się w zeszły weekend przeszło moje najśmielsze oczekiwania i marzenia. Jan Matura wygrał dwa konkursy Pucharu Świata w japońskim Sapporo. Tak, tak to nie jest żaden żart Janek po kilkunastu sezonach obecności w zawodach najwyższej rangii oraz różnorakich perypetiach udowodnił, że potrafi skakać. Tym samym zamknął usta tym wszystkim "ekspertom", którzy sugerowali mu mniej lub bardziej subtelnie, że powinien zakończyć karierę. Jak widać determinacja, wiara w to, że sukces kiedyś przyjdzie oraz wsparcie najbliższych i najwierniejszych kibiców opłaciły się.
Cóż mam powiedzieć do tej pory kiedy wspominam ten moment mam łzy w oczach dlatego najlepiej obejrzeć skok z drugiej serii, który zagwarantował Jankowi pierwsze zwycięstwo.






Drugie zwycięstwo to już euforia, której nie opiszę bo po prostu brakuje mi słów. Czekaliśmy na to wszyscy mam na myśli samego Janka, Jego rodzinę, przyjaciół i prawdziwych fanów 9 lat. Kiedy ta chwila nadszła z oczu po prostu popłynęły łzy...



Honzo ještě jednou gratuluju a děkuju moc !!!!.... to opravdu velka čest Ti fandit a znát Tě osobně :)

Ancik

zdjęcia: iSport.cz, EPA