15 lutego 2013

Mistrzostwa Świata Juniorów - Liberec 2013


Ahoj,
po harrachovskich emocjach mogę zabrać się do opisania przecudownych 10 dni jakie spędziłam w Libercu w związku z Mistrzostwami Świata Juniorów w narciarstwie klasycznym. Sama nie wiem od czego zacząć tyle się wydarzyło. Może od tego jaką właściwie rolę pełniłam na MSJ. Otóż byłam wolontariuszką pracującą w sekcji attache. Pierwotnie miałam opiekować się polskimi skoczkami ale po małych roszadach pod opiekę otrzymałam dwa inne teamy: Estonię i Finlandię. Jak się miało pózniej okazać to była bardzo dobra wymiana :), ale o tym później.
Najwięcej czasu podczas całej imprezy spędzałam jednak z wolontaiuszami pracującymi nie przy skokach a przy kombinacji norweskiej. Tak się jakoś złożyło, że zarówno większość dziewczyn z którymi mieszkałam w pokoju było właśnie z kombinacji a i sąsiedni pokój męski też był z nią związany. Nie będę ukrywać, że już pierwszego dnia nawiązałam świetny kontakt z współlokatorkami. Dziewczyny były po prostu niesamowite. Cały czas żartowałyśmy a uśmiech w sumie nie schodził z naszych twarzy :) nie przeszkadzał mi nawet fakt, że cdziennie musiałam myć włosy w umywalce heh. Z upływem dni coraz bardziej się z nią zaprzyjazniałam :P.
Ta wspaniała atmosfera pokoju 642 sprawiła, że chociaż nie musiałam każdego ranka jezdziłam z moją ekipą na skocznię, na treningi i zawody kombinatorów norweskich. Chciałam spędzić z tymi ludzmi jak najwięcej czasu a przy okazji poobserwować z bliska równie ciekawą dyscyplinę sportu jak skoki narciarskie. Cóż stało się tak, że większy fun miałam właśnie na kombinacji. Być może dzieki świetnym ludziom, być może dzięki sportowcom, którzy byli bardziej pozytywni niż młodzi skoczkowie....




Nasze międzynarodowe towarzystwo: Tanya (Rosja), Tomas,  Zuzka, Lukas (Słowacja) i ja ...


Tutaj my z częścią teamu estońskich kombinatorów norweskich....

Najlepiej rozumiałam się z koordynatorką attache Zuzą, która stała się nową fanką starej polskiej piosenki "Mieszko, Mieszko mój koleżko" ha ha ha w ogóle mamy podobne sarkastyczne podejście do życia oraz specyficzne poczucie humoru. Mam nadzieję, że zostaniemy koleżankami na bardzo długo. Tym bardziej, że Zuza mieszka w Pradze. W ogóle licze, że z całą ekipą pozostaniemy w kontakcie bo w ostatnim czasie rzadko się zdarza, żeby poznać tak fantastycznych ludzi. 
Od pierwszego dnia Mistrzostw przylgnęła do mnie etykietka barevnej holky co w tłumaczeniu oznacza kolorowa dziewczyna. Było to najprawdopodobniej spowodowane moją kolorową czapką i butami, które wzbudziły wiele zainteresowania :D. Muszę przyznać, że jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało ponieważ w moim mniemaniu kolorowy człowiek znaczy wesoły :). Pózniej jeszcze dzięki moim różowym spodniom, które w sumie miały kolor fuksji nazywano mnie ruzovou princeznou (różową księżniczką) a to już dzięki "wielkiemu mistrzowi ceremonii" PJ-owi. Swoją drogą crazy człowiek, a piosenka, którą wybrał na motyw przewodni każdej ceremonii wręczenia medali jeszcze długo będzie moim przekleństwem :D.

Odnośnie moich teamów w ogólnym rozrachunku trafiłam chyba całkiem niezle. Estońskich chłopaków nie wymieniłabym na nikogo innego. Sympatyczni, uśmiechnięci i to z Nimi jezdziłam każdego dnia na skocznie i do hotelu. Złapałam fajny kontakt z Matsem Piho, który był tak miły, że to aż niewiarygodne. Nie tylko ze skoczkami z Estonii ale również z kombinatorami z tego kraju po prostu fajnie sie dogadałam. Tym większa była moja radość gdy najpierw Kristjan Ilves a następnie Han Hendrik Piho (btw brat Matsa) zdobyli brązowe medale w kombinacji norweskiej. 


Kristjan Ilves, Karl Mustjõgi, Martti Nõmme, Rauno Loit, Siim-Tanel Sammelselg


Siim-Tanel Sammelselg, ja i Martti Nõmme


ja i Han Hendrik Piho

Drugi mój team to skoczkowie z Finlandii no cóż z nimi kontakt był trochę trudniejszy. Jeśli chodzi o komunikację to opierała się ona przede wszystkim na trenerze Ylipullim. Z chłopakami oprócz zdawkowego "hey" ciężko było nawiązać jakiś dialog. Wyjątek stanowił mój ulubiony młody fiński skoczek Juho Ojala. Od pierwszego dnia bardzo Go polubiłam :D.

W sumie każdy dzień na Mistrzostwach nie licząc dnia przyjazdu był wypełniony pracą. Rano jechałam na kombinacje (mój wybór), pózniej szybki obiad bądz w jidelne Jizerka w Babylone bądz w cudownej wegetariańskiej restauracji "Ananda", następnie powrót na Jested tym razem na skoki. Do hotelu docierałam dopiero w ok. godziny 20.00 wtedy też całą ekipą wychodziliśmy na piwo do pobliskiej włoskiej restauracji. 
Warto zaznaczyć, że i w Libercu spotkałam starych znajomych, których myślałam, że nie spotkam już nigdy w życiu. Ildar Fatkullin, Paolo Bernardi, Roger Kamber czy Michele Giuliani to tylko kilka z nich. Nie ukrywam, że były to w większości bardzo sympatyczne spotkania :). Poznałam też kilka nowych sympatycznych osób z którymi z pewnością pozostanę w kontakcie. 

Na początku Mistrzostw największą frajdę miałam z dwóch rzeczy po pierwsze z tego, że na akredytacji oprócz mojego imienia i nazwiska figurowała czeska flaga :) po drugie team capitan meetingi w których mogłam uczestniczyć. To niewątpliwie ciekawe doświadczenie dla kogoś kto od tylu lat interesuje się skokami. Bardzo mi się tam podobało i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała możliwość pojawić się na tego typu meetingu.

Mieliśmy szczęście również do pogody. Praktycznie przez wszystkie dni na skoczni Jested było bezwietrznie. Przedostatniego dnia wiatr przypomniał nam o sobie ale po małych przesunięciach wszystko odbyło się normalnie. Nam wolontariuszom doskwierały trochę niskie temperatury szczególnie rano ale na szczęście mieliśmy gorącą herbatę i sympatyczne miejsce z fajnym widokiem :D w pomieszczeniu z cateringiem dla teamów. 

Wydrzeniem godnym odnotowania jest też ogromny zaszczyt jaki mnie spotkał. Ostatniego dnia Mistrzostw wspólnie z Mistrzem Adamem Małyszem wręczałam kwiaty najlepszym drużynom. Dodam, że wręczałam je naszym chłopakom, którzy w konkursie zajęli drugie miejsce.
Najważniejsza w tym wszystkim jest jednak osoba MISTRZA!!!


W moim prywatnym plebiscycie na najfajniejszy team Mistrzostw bezsprzecznie wygrali japońscy kombinatorzy norwescy. Chłopcy cały czas się uśmiechali, zagadywali a w wolnej chwili rozegrali z wolontariuszami mecz piłki nożnejw którym oczywiście brałam udział. Również na ceremonii medalowej byli najbardziej swobodni tańczyli, śpiewali. Nie obyło się również bez odtańczenia hitu minionego roku "Gangnam Style"....



Jak na każdej tego typu imprezie sportowej miałam też swoją miłość. Ów osobnik nie dość, że był niesamowicie przystojny to jeszcze sympatyczny i miał coś co jest dla mnie niezwykle istotne mianowicie nieziemski uśmiech. Po prostu nie mogłam oderwać od Niego swojego wzroku więc w każdej wolnej chwili spoglądałam sobie na Niego z nadzieją, że się uśmiechnie. A uśmiechał się bardzo często :). Szczegóły choć ciekawe zostawiam dla siebie.... Dlaczego w ogóle o tym wspominam? cóż po prostu nie mogłam sie oprzeć :).

Niestety nie zawsze jest tak jak człowiek by sobie tego życzył. Czasami życie ma dla nas zupełnie inny scenariusz. Tym razem najbardziej zaskoczyło mnie to, że potwierdziło się przysłowie: "Co ma wisieć nie utonie" i , że coś co zaczęło się trzy lata temu miało swoją kontynuację właśnie na Mistrzostwach Świata Juniorów....

Jak pokazała sobotnia impreza w klubie w Babylone młodzi sportowcy zupełnie nie umieją się bawić. Nadmiar alkoholu oraz zabawowe młode dziewczynki to dla niektórych było zdecydowanie zbyt wiele. Na parkiecie zachowywali się jak zwierzęta w ZOO lol gubiąc pieniądze, ipody itd...
Jednego dość już popularnego skoczka (nie będę wymieniała nazwiska) karetka odwiozła do szpitala a pewien kombinator spędził noc w izbie wytrzezwień za którą związek musiał zapłacić 174 euro. 
Nasza girlsowa, wolontariacka parta na szczęście w odpowiednim czasie zmieniła miejsce imprezy. Wspólnie z Włoską kadrą przenieśliśmy się do miejsca zwanego Dabelska Hut. Celowo nie nazywam tego disco ponieważ sama nie wiem co to jest :D. Byłam tam kilkukrotnie i zawsze wychodziłam mega zdezorientowana. Tego wieczoru jednak długo nie zapomnę :). Bawiłam się rewelacyjnie, wytańczyłam się za wszystkie czasy prawie w ogóle nie schodząc z parkietu. Przystojni włoscy i niemieccy faceci, dobra muzyka i świetny humor idealna kombinacja. Nowe buciki nike idealnie zdały egzamin :). Do hotelu wróciłam ok. 5.30 i po szybkim prysznicu zdążyłam się jeszcze przespać. 
W niedzielę jeszcze stawiliśmy się na Vesci żeby zobaczyć ostatnie biegi tych Mistrzostw. Na trasie spotkałam Martynę z którą zamieniłam kilka zdań. Miło było się spotkać :).
Nastepnie wróciłam, spakowałam się i wspólnie z Lukasem, Tomasem i Barou autobusem studentagency pojechaliśmy do Pragi. 

To co dobre niestety szybko się kończy. Te magiczne dni sprawiły, że teraz jestem bogatszym intelektualnie i niewątpliwie szczęśliwszym człowiekiem. Wzrosła też moja samoocena nie wiem na jak długo ale na trochę na pewno :). 


W tym miejscu pragnę podziękować Petre, dzięki której w ogóle zgłosiłam się do bycia wolontariuszem na tych Mistrzostwach. Dziękuję też organizatorom i Marusce za to, że zdecydowali się postawić na zakręconą dziewczynę z Polski, moim kochanym dziewczynom z pokoju 642 za wspaniałe towarzystwo, Zuzu za to, że jest, Lukasovi za piękne fotki oraz pozostałym wolontariuszom z ekipy - Jesteście najlepsi :). Strasznie się cieszę, że Was poznałam!

Jeszcze jedno to właśnie podczas trwania Mistrzostw Świata Juniorów swoje dwa pierwsze zwycięstwa w karierze w konkursach Pucharu Świata odniósł Jan Matura. Wiem, że pisałam o tym kilka notek wcześniej ale te wydarzenia były ważną częścią MSJ i nie mogę ponownie o nich nie wspomnieć. Mój wybuch radości, łzy wzruszenia, skok z piętrowego łóżka oraz bieg przez korytarz o godzinie 5. rano zdecydowanie przejdzie do historii :D....Konkursy w Japonii dorzuciły jakieś 30 % do mojego świetnego humoru :). Kolejne 15 % to codzienne facebookowe konwersacje z moim prywatnym Geroge :).

Anička

6 lutego 2013

Harrachov 2013 - KING Jan Matura!!!


Ahoj,
ostatnio w moim życiu dzieje się sporo ciekawych, sportowych rzeczy. Korzystając z okazji, że aktualnie przebywam w Czechach pojawiłam się na Mistrzostwach Świata Juniorów w narciarstwie klasycznym w Libercu (półtora tygodnia temu) a w ponidziałek wróciłam z Harrachova gdzie w weekend odbywały się konkursy Pucharu Świata na mamuciej skoczni Certak. Relację rozpocznę od Harrachova ponieważ emocje są świeże i naprawdę jest o czym pisać.
Do Harrachova jechałam chora. Prawie 39 topniowa gorączka, katar, ból głowy a przede wszystkim gardła sprawiły, że wahałam się czy w ogóle wsiąść w autobus. Nafaszerowana lekami jednak wsiadłam.... Harrachov przywitał mnie okropną pogodą. Mokry, gęsto sypiący śnieg, minusowa temperatura i silny wiatr. Czyli w sumie harrachovska klasyka. To miasteczko słynie z tego, że pogoda w zimie zawsze jest kapryśna. Dodam, że tego samego dnia w Pradze było jakieś + 8-10 stopni i całkowity brak sniegu. Ah mój organizm doznał szoku. Szczęśliwie jednak dotarłam do hotelu Svrnost po ponad 20 min oczekiwaniu na transport. Sam hotel to mieszanka prl-owskiego stylu ze szczyptą nowoczesności ale jak to się mawia darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Odebrałam akredytację OC, zaniosałam rzeczy do pokoju i spotkałam się z Ondrą i Anicką. Wspólnie skoczyliśmy na kolacje najlepszą ze wszystkich jakie otrzymaliśmy podczas krótkiego pobytu w Svrnosti. Panierowany filet z ryby zdecydowanie dawał radę:).

Muszę przyznać, że atmosfera panująca u organizatorów była dość napięta. Wyczuwało się spore zdenerwowanie i podirytowanie niektórych osób. W sumie nie ma co się dziwić ten PŚ był swoistą próbą przed przyszłorocznymi Mistrzostwami w lotach a pogoda jak zawsze chciała pokrzyżować plany zaprezentowania się obiektu z jak najlepszej strony.
Czwartek skończył się dla mnie dość szybko. Z powodu wysokiej gorączki zaprzyjazniłam się  najpierw z prysznicem a następnie z łóżkiem i telewizorem :). Popisałam jeszcze z George, któremu przekazałam % smutku spowodowany Jego nieobecnością w Harr a potem dość spokojna zasnęłam.

Piątkowe przedpołudnie było wolne także porządnie się wyspałam, pouczyłam się norweskiego ale niestety dalej dokuczało mi kiepskie samopoczucie. Gorączka nie dawała za wygraną ale ja nie zamierzałam się poddać. Chciałam zobaczyć skoki i żadna choroba nie mogła pokrzyżować mi planów.
Treningi i kwalifikacje odbyły się bez większych problemów. Wiadomo wiało ale skończyło się na kilku przerwach i skakało się dalej.
Niestety do Harrachova nie przyjechało wielu czołowych zawodników PŚ takich jak Andreas Kofler, Thomas Morgenstern, Anders Bardal czy Tom Hilde. W związku z tym momentami bywało nudnawo.
Kwalifikacje wygrał mój dobry znajomy z Liberca :D Jaka Hvala. Mnie jednak najbardziej ucieszył 200 metrowy skok Janka. Cieszę się również, że moja akredytacja umożliwiała mi dostęp do wszystkich zakamarków skoczni Certak. Dzięki temu przemieszczałam się i oglądałam skoki z przeróżnych miejsc i perspektyw.  Akcją dnia była zdecydowanie rekacja pewnego trenera na mój widok (mina po prostu epicka). Hmm ewidentnie był zaskoczony, że widzi mnie na skoczni po prawie 3 latach :D.
Nie ma co ukrywać, że na skoczni dostrzegłam wielu starych znajomych. Z niektórymi porozmawiałam z innymi nie ale cóż rzec niewątpliwie to kolejny wyjazd z cyklu tych wspomnkowych.
Piątek dobiegł końca a ja ponownie  zamiast imprezy wybrałam łóżko z nadzieją, że w sobotę obudzę się zdrowa.

Kiedy obudziłam się w sobotę faktycznie czułam się lepiej. Zaaplikowałam sobie zdwojoną dawkę leków i nareszcie nie bolała mnie głowa. Do godziny 13.00 siedzieliśmy w hotelu oglądając telewizję, przeglądając strony internetowe a ja starałam się też wygospodarować trochę czasu na norweską gramatykę.
Na skocznie razem z Anickou udałyśmy sie busem którym również podróżowali trenerzy. Ahh był taki jeden na którego miło było popatrzeć zwłaszcza wtedy gdy się uśmiechał :) ale Jego tożsamość zachowam dla siebie :). Dzień zatem rozpoczął sie bardzo ale to bardzo przyjemnie. Wychodząc z busa zauważyłam, że wiatr zaczął się wzmagać. Wierzchołki drzew kołysały się to w jedną to w drugą stronę. Niestety z minuty na minutę robiło się coraz gorzej...
Było jasne, że w takich warunkach nie będzie się skakać. Mimo wszystko z różnych przyczyn, których nie będę tutaj opisywać decyzję odkładano kilkukrotnie. Ostatecznie jednak konkurs przełożono na niedzielę na godzinę 9.00.
Szczególnie mnie to nie zmartwiło ponieważ ponownie dała o sobie znać gorączka. Najlepsi skoczkowie na czele z Jankiem weszli na skocznię aby pomachać publiczności, która o dziwo zjawiła się dość tłumnie. 80 % stanowili Polacy w większości niestety pijani ale cóż zrobić....
Udało mi się porozmawiać chwilę z Jankiem (który cóż powiedzieć jest teraz rozchwytywany) i zrobić zdjęcie na fan page, który wspólnie prowadzimy.



I ten fakt jak widać nie umknął czujnym oczom paparazzi :D

Staram się zrozumieć to wielkie zainteresowanie osobą Janka. Od kilku sezonów czeskie skoki nie miały  bardzo dobrego skoczka a tu nagle niespodziewanie jakby fenix z popiołów pojawił się "doświadczony, weteran skoczek Jan Matura",  jak zwykli o Nim mówić "mądrzy" komentatorzy. Wszystko pięknie ale nie mogę nie zauważyć, że jestem świadkiem strasznego zakłamania. Ludzie, którzy jeszcze do niedawna skreślali Janka, sugerowali, że powinien zakończyć karierę teraz opalają się w blasku Jego sukcesu opowiadając, że mają w tym swój udział. Ja się pytam gdzie byli, gdy Jankowi się nie wiodło?, gdzie byli gdy rozważał zakończenie kariery?, gdy musiał sam organziować sobie pieniądze żeby jechać na zawody?, gdy plątał się po konkursach pucharu kontynentalnego?.... Czy ten Pan, który teraz tak bardzo się cieszy i przypisuje sobie zasługi, których nie ma może patrzeć w lustro?... ŻENADA!!!
Jestem ciekawa co ma teraz do powiedzenia Pan Schallert, który w 2009 roku nie nominował Janka na Mistrzostwa Świata w Libercu i mówił o Nim wiele niekoniecznie miłych słów....

Sobotni wieczór spędziłam już poza hotelowym pokojem. Zdecydowałam, że skoczę na piwo a potem się zobaczy. Pierwszy przystanek Jeam Beam Bar gdzie udałam się wspólnie ze starymi znajomymi.... Był Dave był Hubert, był Mosin i reszta starej dobrej bandy.... spotkałam też Janka Mazocha i pogadałam z Luckou.... Tak jak wspominałam powrót do dawnych lat hej!


Po piwku udaliśmy się na disco... klub Appache - dziwaczne miejsce...ciemno, a wnętrze w surowym stanie. Wylany beton i tyle. Nie miało to dla mnie jednak większego znaczenia. Miałam ogromną ochotę potańczyć i się wyładować. Do Harrachova przyjechały ViVi i Socze a więc zaczęłyśmy wspólnie okupować parkiet. Mistrzem wieczoru był zdecydowanie Vitek Hacek :D i perkusista który po prostu wymiatał na bębnach. Wyskakałam się i mogłam udoskonalić swój Jackson style ;). Do hotelu wróciłam przed 3.00 i po szybkim prysznicu wskoczyłam do łóżka. 

Największe emocje miały miejsce jednak w sobotę. Opłacało się wcześnie wstać, żeby zobaczyć to co na skoczni wyczyniał Janek. Nadal brakuje mi słów, żeby opisać to co czułam. Powinnam już przywyknąć do wysokich lokat zajmowanych przez Honze ale po raz pierwszy widziałam to z tak bliska. Mogłam mu pogratulować, uścisnąć dłoń, widzieć Jego uśmiech. Lol to zdecydowanie jedne z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Po pierwszym konkursie w którym Janek zajął trzecie miejsce dzięki skokom na odległość: 206,5 m oraz 183,5 m łzy popłynęły mi z oczu. Czułam prywatną satysfakcję, ponieważ wiedziałam, że ten moment kiedyś przyjdzie. Niejednokrotnie rozmawiałam o tym z Jankiem. Teraz wiem, że warto było czekać i wierzyć... 
Przed Jankiem znalezli się tylko Jego dobry kolega Robert Kranjec i niestety Gregor Schlierenzauer, który wygrał 47 raz w swojej karierze i tym samym pobił rekord Mattiego Nykaenena.  To jednak kompletnie umknęło mojemu zainteresowaniu. Liczył się tylko jeden MISTRZ - JAN MATURA!!!!


Drugi konkurs zakończył się na jednej serii. Warunki atmosferyczne były ciężke oprócz wiatru zawodnikom przeszkadzał jeszcze padający śnieg. Wielu skoczków ledwo przekraczało granicę 160 m. Na szczęście Janek poradził sobie z tylnim wiatrem i skoczył 194,5 m co tym razem pozwoliło mu zająć 2 miejsce. Tuż za Gregorem Schlierenzauerem do którego stracił zaledwie 4,6 pkt.
Kolejna wielka dawka szczęścia zarówno dla Janka i Jego uroczej rodzinki jak i dla mnie :)



sport.cz

Ha w niedzielę i ja miałam swoją chwilę sławy ... w przerwie pojawiłam się w telewizji. Śmieje się, że miałam na wyłączność 3 min zarówno na skoczni jak i w telewizorach na całym świecie :) tv-star :D.

Rozpisałam się dlatego chyba już skończę resztę przemyśleń zachowując dla siebie. Honzo Děkuju!!!! - Jsi Mistř!!!

Podsumowując.... abstrahując od tego co przeżyłam dzięki Jankowi nadal nie lubię Harrachova i mam nadzieję, że minie sporo czasu zanim ponownie się tam pojawię.

Anička

28 stycznia 2013

Jan Matura Mistrz Sapporo

Ahoj,
to co stało się w zeszły weekend przeszło moje najśmielsze oczekiwania i marzenia. Jan Matura wygrał dwa konkursy Pucharu Świata w japońskim Sapporo. Tak, tak to nie jest żaden żart Janek po kilkunastu sezonach obecności w zawodach najwyższej rangii oraz różnorakich perypetiach udowodnił, że potrafi skakać. Tym samym zamknął usta tym wszystkim "ekspertom", którzy sugerowali mu mniej lub bardziej subtelnie, że powinien zakończyć karierę. Jak widać determinacja, wiara w to, że sukces kiedyś przyjdzie oraz wsparcie najbliższych i najwierniejszych kibiców opłaciły się.
Cóż mam powiedzieć do tej pory kiedy wspominam ten moment mam łzy w oczach dlatego najlepiej obejrzeć skok z drugiej serii, który zagwarantował Jankowi pierwsze zwycięstwo.






Drugie zwycięstwo to już euforia, której nie opiszę bo po prostu brakuje mi słów. Czekaliśmy na to wszyscy mam na myśli samego Janka, Jego rodzinę, przyjaciół i prawdziwych fanów 9 lat. Kiedy ta chwila nadszła z oczu po prostu popłynęły łzy...



Honzo ještě jednou gratuluju a děkuju moc !!!!.... to opravdu velka čest Ti fandit a znát Tě osobně :)

Ancik

zdjęcia: iSport.cz, EPA

12 stycznia 2013

6 miejsca Jana Matury w PŚ w Zakopanem :)

Ahoj,
wielkim wydarzeniem dzisiejszego dnia jest 6 miejsce Jana Matury w konkursie Pucharu Świata w Zakopanem. Dla mnie to najlepsze miejsce Janka jakie zajął w swojej karierze. Co prawda było już 4  wywalczone w Japonii ale wszyscy wiemy jak jest z obsadą azjatyckich konkursów. Nie biorę oczywiście pod uwagę również LGP 2005.  Warto odnotować, że na "Wielkiej Krokwi" Janek przeskoczył samego Gregora Schlierenzauera... oraz wielu innych bardzo dobrych skoczków.
Jego wysoka pozycja nie była dziełem przypadku czy sprzyjających warunków. Już w kwalifikacjach w bardzo dobrym stylu skoczył 128 m. W pierwszej serii powtórzył ową odległość i plasował się na 16 pozycji. W drugiej serii genialny skok na odległość 129,5 m i bardzo dobre noty za styl pozwoliły mu znacząco przesunąć się do przodu. Ostatecznie skończył na 6 miejscu a w Jego oczach było widać ogromną radość. Opłaciły się te wszystkie lata ciężkich treningów i wiary, że jeszcze przyjdą sukcesy.

O swojej radości już nawet nie wspominam. Tym bardziej, że kilka dni temu przewidziałam mu TOP 10.
Teraz pozostaje tylko życzyć Jankowi ale i sobie miejsca na podium i czemu by nie w Harrachovie gdzie i ja sie wybieram :)


Honzo Veeeelka gratulace :) a jen tak dal :)

Nie można nie dodać, że ten sezon jest dla Janka bardzo udany. Po słabym poczatku i długim poszukiwaniu pierwszych punktów do generalnej klasyfikacji przyszedł bardzo udany Turniej Czterech Skoczni. Zaczęło się od 16 miejsca w noworocznym konkursie w Ga-Pa, następnie 20 miejsce w Innsbrucku oraz 14 w finałowym konkursie w Bischofschofen. W generalnej klasyfikacji Turnieju był 26 zdobywając 108 punktów. Bardzo blisko pierwszej dziesiątki Janek znalazł się w loteryjnym konkursie w Wiśle. Zajął tam 11 miejsce. Dobra passa trwa... a coś czuję, że dalej będzie tylko lepiej.

Trzymam kciuki i mam nadzieję, że jeszcze nie raz odtańczę w swoim pokoju wielki taniec radości tak jak to było dzisiaj:)

Ancik

15 grudnia 2012

Top 7/7


Ahoj,
aby nie stracić z pamięci (a z wiekiem niestety staje się ona coraz krótsza i krótsza) fajnych piosenek, które w danym czasie nadmiernie katuję na ipodzie, macbooku i telefonie postanowiłam raz w tygodniu zamieścić tutaj 7 piosenek tzw. moich piosenek tygodnia. Oczywiście nie skupiam się tylko na najnowszysch wydawnictwach ale również sięgam w lata wręcz zamierzchłe.
W "rachunku sumienia" pomoże mi w tym genialna strona lastfm. oraz tamtejszy scrobbler który serdecznie wszystkim polecam. Ja go używam już od roku 2009 i zdecydowanie wymiata. Fajnie spojrzeć czego słuchało się np. 3 lata temu.

Przechodząc do pierwszej top 7 muszę zaznaczyć, że zapewne w każdym tygodniu pojawi się jakaś piosenka Michaela Jacksona. Cóż zrobić tak to już jest, że nie wyobrażam sobie dnia bez muzyki MJ. Kolejność piosenek jest przypadkowa.

Earth, wind and fire - "Let's Groove" - (1981)


Nie ma to jak szczypta boogi... szczególnie rano. Polecam remixy :)

Lil Wayne ft. Bruno Mars - "Mirrors" - (2012)


Inteligentny tekst, boski głos Bruno Marsa + nawiązanie do MJ!

Austin Brown - "Menage a Trois" - (2011)



Pozytywna nuta z głosem młodego pokolenia z rodziny Jacksonów ... idelane połączenie :)

Michael Jackson - "Slave To The Rhythm" - (2001)

Piosenka nieznana, niewydana napisana w roku 2001 z myślą o płycie Invincible.  Wpadła w ucho i nie chce wypaść :).

Bon Jovi - "It's my life" - (2000)



Przede wszystkim tekst i gitara. It's my life i wszystko jasne!

Linkin Park - "Castle of Glass" - (2012)



Ciekawy utwór LP z którym długo musiałam się przegryzać zanim zaczął mi się podobać.

Ektor, Dj Wich feat. Hugo Toxxx - "Zmiz" - (2012)



Genialny tekst szczególnie w sytuacji gdy trafiasz na człowieka którego wolałbyś nigdy nie spotkać.

I to by było na tyle, pozostaje tylko życzyć miłego słuchania :)

Mejte se hezky
Anci

12 grudnia 2012

Mój Liberec...

Ahoj,
podjęłam decyzję o rezygnacji z napisania drugiej części tekstu o On-arrival meetingu ponieważ chwil spędzonych w Tresniovce nie uważam, za godne pozostawienia w mojej pimięci.
Taką chwilą z pewnością jest jednak fakt iż zostałam zakwalifikowana do pocztu wolontariuszy na Mistrzostwa Świata Juniorów w narciarstwie klasycznym, które w styczniu odbędą się w Libercu. Będę pełniła tam rolę attache polskich skoczków narciarskich. Fajna opcja tym bardziej, że ostatnio mało operuję mówionym językiem polskim. Będzie więc szansa nadrobić...
Uwielbiam tego typu imprezy sportowe. Cały czas wspominam Mistrzostwa Świata w narciarstwie klasycznym Liberec 2009, w których też brałam czynny udział. Mam nadzieję, że na MŚJ będzie tak samo fajna atmosfera. Wszystko na to wskazuje ponieważ na sobotnim szkoleniu było bardzo sympatycznie. Samo szkolenie oczywiście odbyło się w Libercu. Jakaż byłam szczęśliwa, że nareszcie po dość długim czasie zawitałam do mojego ukochanego miasta. Choć szkolenie rozpoczynało się dopiero o godzinie 12:15 do Lbc wyruszyłam już o 8.00. Wypasiony autobus Student agency w którym mogłam obejrzeć film oraz zagrać w gry na monitorze znajdującym się tuż przede mną dojechał do celu punktualnie o godzinie 9.15. Zatem miałam dużo czasu by powspominać stare dobre czasy kiedy to jako dość młode dziewcze przechadzałam się ulicami tegoż miasta.
Brodząc w kilkudziesięcio centymetrowym śniegu po kilkunastu minutach dotarłam do ratusza... oczywiście nic się nie zmienił :)


Hmm jakież szczęście, że pogoda dopisała. -7 stopni i  cudne słoneczko, ktore oświetlało całe Namesti Dr. E. Benese na którym nie mogło zabraknąć świątecznej choinki. Szłam wolnym krokiem ekscytując się wszystkimi budynkami, które kiedyś przecież tak dobrze znałam. Weszłam do paru sklepów, niestety i tu zniknęło Kenvelo. Hmm chyba zniknęło w całej Czeskiej Republice....
Zdecydowanie zainwestowano w nowe centra handlowe. Przeszłam się po wszystkich i kupiłam kilka świątecznych prezentów. Muszę przyznać, że wyglądają imponująco. Już wiem gdzie pojadę po wiosenne buty :P. Szkoda, że nie miałam czasu żeby wybrać się do Dinoparku ale co się odwlecze to nie uciecze. Na MŚJ spędze przecież ponad tydzień.
Fugnerka w sumie nadal taka sama, dalej trzeba dziko biegać przez tory tramwajowe, chociaż niekiedy ma to swój klimat np. nocą ha ha ha..... Stare dobre KFC w którym tyle ciekawych rzeczy się wydarzyło nadal stoi na swoim miejscu. Wstąpiłam zamówiłam twistera i kubełek frytek i znalazłam swój ulubiony stolik. Hmm i zatraciłam się we wspomnieniach....




Po drodze na przystanek tramwajowy spotkałam Danni. Pokonwersowałyśmy torchę i wspólnie pojechałyśmy na szkolenie, które odbywało się dokładnie w Lidovych sadech. Okazuje się, że nie jestem jedyną bardzo nakręconą na Czechy osobą. Sa i inne mi podobne istoty ale one nie mogą pochwalić się takim zacnym tatuażem jak ja :). Lidove sady ulokowane są na górzy, niedaleko libereckiego ZOO oraz legendarnego Harcova :D. Kolejne miejsca wspomnień...
Pierwszym punktem szkolenia była rozmowa z koordynatorką wszystkich attache Maruskou. Ponieważ znam ją doskonale z MŚ nie musiałam uczestniczyć w tych oficjalnych wprowadzeniach. Drugi punkt to wizyta w arealach: Jested i Vesec....
Skocznia ah skocznia jak bardzo mi jej brakowało. Muszę przyznać, że jest tak samo piękna jak dawniej no i cały czas jest dopieszczana.


Niestety nie udało nam się dokładnie obejrzeć arealu Vesec ponieważ napadało tyle śniegu, że autokar nie mógł się do niego dostać. Pojechaliśmy więc z powrotem....Kiedy dojechaliśmy czekało nas jeszcze nudne szkolenie BHP i kilka innych monotonnych wystąpień. W przerwie udałam się jeszcze na osobisty meeting z Maruskou, która potwierdziła moje zadania na styczeń. Następne szybka herbatka, kolac i chwila odpoczynku w oczekiwaniu na Zanete. Kiedy Jej grupa skończyła meeting udałyśmy się na piwko i pizze oczywiście na Harcov. Ah Esko, Esko.... kiedyś jadłam tam najlepszą pizze serową na świecie. Niestety ewidentnie zmienił się szef kuchni bo tym razem pizza była średnia. To już nie to co było podczas MŚ i wcześniej.
Ale jestem przeszczęśliwa, że po prawie 3 latach znowu spotkałam się z Zaneta i mogłyśmy sobie porozmawiać :). Zdecydowanie teraz będziemy umawiały się na piwko częściej :).

Sobota w Libercu minęła niestety szybko ale ogromnie się cieszę, że niedługo tam wrócę i mam nadzieję, że spędzę kolejny niezapomniany tydzień.

Mejte se hezky
Ancik

13 listopada 2012

Země česká domov můj.../ EVS część pierwsza.


Ahoj,
właśnie mijają dwa miesiące mojego pobytu w Pradze (pisząc precyzyjnie prawie dwa miesiące ponieważ kilka dni spędziłam w Polsce) pomyślałam więc, że przydałoby się jakieś podsumowanie. Zacznę zdecydowanie od plusów i minusów czeskiej stolicy a następnie przejdę do opisania EVS-u.
A więc jeśli chodzi o Pragę nadal nie jestem fanką tego miasta. Irytują mnie wszechoobecni Cyganie, którzy w większości wyglądają jakby dopiero co wyszli z kryminału. Druga sprawa to turyści uuh są wszędzie... miał racje mój kolega, który kiedyś powiedział mi, że jeśli w Pradze spotkam Czecha to powinnam się cieszyć bo to rzadkość.
Nie lubię również praskiego metra, które jest zagmatwane, przerażają mnie długie schody prowadzące w dół oraz przesiadki z jednegej lini na drugą. O tym, że na kilku stacjach przerazliwie śmierdzi nie będę się rozpisywać. Niestety jest też sporo drożej niż w Polsce. Np. jeśli chodzi o kosmetyki czy ubrania :(... czyli zdecydowanie towar pierwszej potrzeby.
Tyle jeśli chodzi o minusy plusów jest zdecydowanie więcej.


Po pierwsze dzielnica w której mieszkam (Ladvi), przyjazna, spokojna i co najważniejsze oddalona od centrum. Z okna mam piękne widoki o czym wspominałam już wcześniej a jeśli chcę gdzieś dojechać jest metro :), które generalnie w odróżnieniu od Warszawy dowiezie mnie wszędzie.
Ladvi jest super :)
Kolejna rzecz, która jest dla mnie ważna to ludzie, sympatyczni, uśmiechnięci w metrze czy w tramwaju chętni do rozmowy... Trzeba wspomnieć, że nawet motorniczy poczeka kiedy widzi, że biegniesz do tramwaju... Nie ma opcji zamknięcia ci drzwi przed nosem i złośliwego uśmiechu kiedy już to zrobi. W ogóle tu jest jakoś tak bardziej pozytywnie...Kasjerka podejmuje dialog, samochody w większości zatrzymują się gdy chcesz przejść przez ulicę a i jeśli chodzi o sposób ubierania się szczególnie młodych ludzi jest zdecydowanie bardziej kreatywnie.
Kolczyki,  kolorowe włosy czy, ciekawe fryzury nie są tutaj tematami do burzliwych dyskusji. Zdecydowanie większa tolerancja niż w Polsce.
Nie można oczywiście generalizować bo w każdym koszyku znajdzie się zgnile jabłko ale opisuję swoje doświadczenia a te są zdecydowanie bardzo dobre. Wspominałam o wysokich cenach ubrań ale rekompensatą jest znacznie większy wybór firm. Np. Ed Hardy czy australijska firma Hot Tuna.... o oryginalnych gadżetach z Michaelem Jacksonem już nawet nie wspominam.
Lubię też sprawnie działającą czeską pocztę. Pierwszy raz spotkałam się z brakiem awiza i odbieraniem listów poleconych po pokazaniu smsa lub maila. Hmm bardzo dobra opcja Polsko ucz się. Nawet powszechnie nielubiany kontroler biletów jest tutaj kulturalny.
Aaaa i zapomniałam dodać bardzo przystojni faceci... hmm nie wiem w którą stronę patrzeć tylu ich tutaj jest :).
Mam nadzieję, że z dnia na dzień w Pradze będę się czuła coraz lepiej. Bo przecież wszystko zależy przede wszystkim od spotkanych ludzi a jak się ostatnio przekonałam w metrze, pociągu czy tramwaju można poznać interesujących ludzi z którymi znajomość z biegiem czasu rozkwita :)

Przez ten miesiąc zdąrzyłam być w kilku ciekawych miejscach w Czechach między innymi w Zeleznym Brodzie, Vrate (czyt. Czeski Raj), Nymburku, Libercu, Ceskych Budiejovicach czy niesamowitym Ceskym Krumlovie. To właśnie te wspaniałe miejsca sprawiły, że czułam się rewelacyjnie, że nareszcie byłam szczęśliwa. Dla mnie Czechy to nie Praga a właśnie mój Liberec, Jablonec czy Cesky Krumlov.


Czeski Raj 


Cesky Krumlov 

Oprócz obowiązków mam tutaj sporo czasu dla siebie. Spaceruję, rysuję, spotykam się z czeskimi znajomymi a z miesiąca na miesiąc powinno być tego czasu jeszcze więcej ponieważ odpadną mi wszystkie zadania związane z urządzaniem się i aklimatyzacją. 
Skoro już wspomniałam o obowiązkach napiszę kilka zdań o EVS.
Europejski wolontariat bo chyba tak brzmi polskie tłumaczenie... póki co niestety mnie rozczarowuje. Spowdziewałam się zdecydowanie większej ilości ciekawych zadań i tego, że będę używała tylko języka czeskiego.. Niestety ponieważ inni wolontariusze nie znają czeskiego cały czas słyszę angielski. Z drugiej strony zastanawia mnie to jak można przebywać w Czechach rok i prawie nie mówić po czesku. Najwyraźniej brakowało motywacji... ja tę motywację mam nieprzerwanie od kilku lat :)

Organizacja goszcząca to Dum deti a mladeze Ulita... sympatyczne miejsce tylko bardzo niezorganizowane. Ludzie pracujący tam są w większości nieogarnięci ale to już nie mój problem. Ja tak jak sobie zakładałam pracuję w Centrum pro predskolni deti i tam zdecydowanie czuję się świetnie. Klara (kobieta z którą pracuję) jest fantastyczna a i same dzieciaki bardzo pozytywnie mnie przyjęły.
Nastawiałam się na normalną 8 godzinną pracę a pracuję dziennie 4 ....cóż...


 

moje dzieciaki :)
(Radim, Andulka i Matysek)

Jeśli chodzi o samą organizację wolontariatu to tu jest już niestety trochę gorzej. Nasza koordynatorka średnio (najłagodniej mówiąc) sobie radzi ze wszystkimi formalnościami. Ta praca najwyrazniej ją przerasta. Nie idzie jej załatwianie spraw kluczowych takich jak pieniądze, lokal czy kurs językowy.
Na początku bardzo mnie to irytowało teraz staram się już przyzwyczajać i zbędnie się tym nie przejmować. Sama przecież dam sobie radę ze wszystkim :)
Pozostali wolontariusze Paulina (z Polski), Abbi (z Irlandii) oraz Carmen ( z Hiszpanii) są w porządku ale każda z nas mieszka gdzie indziej więc nie spędzamy ze sobą zbyt wiele czasu. Najwięcej czasu spędzam z Abbi ponieważ przyjechałyśmy w tym samym czasie no i razem byłyśmy na On-arrival meetingu... (tzn przetrwałyśmy on-arrival meeting).

On-arrival Meeting
Każdy wolontariusz, który przyjeżdża do danego kraju musi na początku swojej przygody wziąć udział w tzw on-arrival meetingu, który ma być swoistym szkoleniem na którym ów wolontariusz powinien dowiedzieć się wszystkiego o funkcjonowaniu EVS.  Powinien to bardzo dobre słowo bo ja np. nie dowiedziałam się na OAM zupełnie nic, ale o tym za chwilę.
Szkolenie odbywało się w dziwacznym miejscu położonym gdzieś pomiędzy Ceskymi Budejovicami a Ceskym Krumlove. Gdzieś bo Statek Vystice znajdował się po prostu na środku szczerego pola. W promieniu kilku jak nie kilkunastu kilometrów nie było po prostu nic pomijając las.


by @Diego

Warunki iście spartańskie, prysznice i toalety w innym budynku, zimno, pełno komarów i wielkich pająków fuuu. Do tej pory kiedy myślę o tym miejscu mam gęsią skórę :D
24 osoby z całej Europy wywiezione na całkowitą prowincję. Szkolenie a właściwie "szkolenie" prowadziła trójka instruktorów najstarszy ok 40 letni Jan (Honza), Helena oraz Petr, który był w moim wieku.
Już pierwszego dnia wiedziałam, że nie dojdę do porozumienia z Honzou.
Aj a miałam przeżyć tam całe 5 dni...
Pierwszy wieczór to wzajemne poznawanie i idiotyczne bieganie z zeszytem i zapisywanie imion. Hmm jak w szkole podstawowej.... byłam zdegustowana. Na szczęście humor trochę poprawiła mi bardzo dobra kolacja oraz to, że miałam pokój tylko i wyłącznie z Abbi. Jeszcze tego by brakowało, żeby spać z jakimiś obcymi ludzmi. Z Abbi od samego poczatku złapałyśmy bardzo dobry kontakt. Pracujemy w tej samej instytucji a i nasze opinie często się pokrywają.
Jakoś przeżyłam pierwszą noc chociaż ok 2:00 obudziłam się z krzykiem bo wydawało mi się, że spada  na mnie wielki pająk o wędrówce po dworze do toalety już nawet nie wspominam.
Drugi dzień to zajęcia hmm nawet nie wiem jak je określić poziom irytacji wzrastał. Apogeum nastąpiło wtedy kiedy Honza dosłownie złapał małego kotka, który przybiegł i wszedł do kółka, które uprzednio utworzyliśmy i rzucił nim z dużą siłą. Psychol po prostu psychol.


Jak można było rzucić takim kotkiem? 

To była przeginka i po tym zdarzeniu nie miałam do tego typa już żadnego szacunku.
Ponownie muszę zwrócić uwagę na świetne jedzenie. Był mój ukochany knedlik s omackou bez masa i w sumie to wywołał On wielki uśmiech na mojej buzi. Pierwszy tego dnia.


Dodatkowym faktem, który sprawiał, że byłam wściekła i chciałam jak najszybciej wracać do Pragi było to, że instruktorzy mówili tylko po angielsku. Ok wszystko rozumiem ale w formularzu aplikacyjnym zaznaczałam, że proszę o to aby mówiono do mnie po czesku bo chcę jak najwięcej osłuchiwać się z językiem a 5 dni nieposługiwania się czeskim czyniło w moich postępach wielkie spustoszenie. Oczywiście mojej prośby nie uwzględniono i tylko w sytuacji kiedy prosiłam o tłumaczenie Helena wyjaśniała mi sens wypowiedzi. Często musiałam udawać, że nie rozumiem po angielsku, żeby wymusić na instruktorach krótką rozmowę po czesku.
Na szczęście nawiązałam fajny kontakt z pracującymi na Statku ludźmi  Z nimi konwersowałam w każdej wolnej chwili. W sumie gdybym pojechała tam w lipcu to nie byłoby tak źle. Obcowanie
ze zwierzakami, które tak lubię, sporo miejsca na grę w piłkę, ale wrzesniowy wypad to zdecydowanie zły pomysł....




O łamaniu granic własnego lęku, walce z kleszczami, cudownym Ceskym Krumlove oraz tym jak bardzo chcę żyć w Czechach w drugiej części.

Zatím se mějte krásně!

Anička

23 października 2012

BAD tattoo :)


Ahoj,
ponieważ głównym atutem tego bloga jest to, że funkcjonuje jako przechowalnia najistotniejszych wydarzeń z mojego życia i pomaga mi o nich pamiętać powinnam napisać notkę o tym, że zrobiłam nowy tatuaż. Co niniejszym czynię.

Sam fakt zrobienia tatuażu może nie jest zbyt interesujący ale cała historia jego powstania oraz poszukiwania właściwego pomysłu już jak najbardziej tak.

Jeśli chodzi o miejsce tym razem padło na nadgarstek lewej ręki. Hmm jakoś tak jeśli chodzi o tatuaże skłaniam się stanowoczo ku lewej stronie :D. Pierwszy tatuaż również znajduje się z lewej strony dokładnie za lewym uchem. Warto wspomnieć, że inspiracją co do tego miejsca był Robbie Williams.

Nadgarstek to miejsce zdecydowanie bardziej trafione niż szyja. Mam tu na myśli stopień bólu przy wykonywaniu tatuażu. Jedyne co odczułam to litera "S" bo na środku żyły ale ból był do zniesienia.

Pierwszy swój tatuaż zrobiłam ponad rok temu i prawdą jest opinia, że jak się zrobi pierwszy chce się kolejnych. Tak właśnie było ze mną i od kilku miesięcy szukałam pomysłu na nowy. Wiedziałam tylko jedno mianowicie z jaką tematyką ma być związany.
Zdecydowanie wychodzę z założenia, że jesli już decydować się na tatuaż to ma on symbolizować rzecz która jest dla mnie ważna.
Od kilku lat jestem zafascynowana Czechami dlatego też mam wytatuowaną czeską flage w sercu. Ponieważ jestem wielką fanką Michaela Jacksona chciałam mieć na zawsze coś co będzie o tym świadczyło. Miałam różne pomysły począwszy od autografu króla popu na fragmencie mojej ulubionej piosenki "Smooth criminal" kończąc. Cały czas jednak czegoś mi brakowało. Aż tu nagle, któregoś dnia w internecie rozpoczęła się kampania promująca wielką rocznicę (25-lecie) wydania najlepszej płyty Michaela Jacksona - BAD.


Dla przypomnienia teledysk do piosenki "Bad" reż: Martin Scorsese

Tak , tak dokładnie 25 lat temu świat oszalał na punkcie nowego wizerunku Michaela i piosenki "Bad".  Nie tylko firma Pepsi przygotowała wielką akcję przypominającą wydanie tego przełomowego w historii muzyki pop krążka. Powstała również specjalna strona informująca o wszystkich atrakcjach związanych z tą rocznicą.
Na owej stronie pojawiła się specjalna grafika, która bardzo mi się spodobała i gdy tylko pierwszy raz ją zobaczyłam wiedziałam, że ją właśnie chce mieć na swoim nadgarstku.



Wspomniana grafika

Dodatkową motywacją wyboru motywu związanego z Bad był fakt, że płyta ma dokładnie tyle samo lat co ja -  całe 25!....
Jeśli natomiast rozłożymy liczbę 25 na czynniki pierwsze (2+5) da nam to 7.... tzn. moją szczęśliwą liczbę.
Chociaż sam napis w moim mniemaniu jest fantastyczny znowu czegoś mi brakowało. Długo myślałam aż wymyśliłam, żeby "WhosBad" ozdobić finezyjnym autografem Michaela.
 Od razu przed oczami stanął mi rysunek Michaela pt: "Childhood" gdzie na dole znajdował się perfekcyjny podpis Króla Popu.
Właśnie ten podpis zdecydowałam się wykorzystać.


Posklejałam wszystko w paincie i dopiero wtedy tatuaż stał się kompletny. Studio, które wybrałam przygotowało kilka profesjonalnych projektów różnej wielkości oraz w róznym rozmieszczeniu. 
Najbardziej spodobał mi się projekt numer 7 :D... co mnie jakoś specjalnie ne dziwi. Ostatnio cały czas stykam się z siódemkami....

Samo wykonywanie tatuażu trwało ok. 30 minut. Jak wspominałam na początku prawie nie odczuwałam bólu może z wyjątkiem litery S.... Oto efekt :




Trzeba przyznać, że bardzo szybko się goi. To chyba zasługa specjalnej maści na tatuaże. Takie specyfiki oferuje czeska apteka :)

Jestem dumna z tego tatuażu a wszystkim, którym się nie podoba i którzy mają coś do mnie chcę powiedzieć jedno : Kiss my ass!

WhosBAD?!

Anci


zdjęcia: michaeljackson.com, michaeljacksonart.com

8 września 2012

III Memoriał Kamili Skolimowskiej - podsumowanie


Ahoj,
przyszedł czas na podsumowanie Memoriału...
Te trzy fantastyczne dni wspaniale wpłynęły na mój aktualny nastrój. Od 18 sierpnia uśmiech nie znika z mej twarzy i jestem jakaś taka zmotywowana do różnorakiego działania.

Na poczatku warto wspomnieć, że Memoriał (już trzeci) jest organizowany przez Fundację Kamili Skolimowskiej założnej przez rodziców i przyjaciół Kamili. Głównym celem organizatorów jest złożenie hołdu nieodżałowanej Mistrzyni Olimpijskiej z Sydney w rzucie młotem Kamili Skolimowskiej, która zmarła trzy lata temu podczas zgrupowania w Portugalii. Przyczyną śmierci był zator tętnicy płucnej. Kamila miała zaledwie 26 lat...
Osobiście do tej pory ciężko jest mi uwierzyć, że tej przesympatycznej dziewczyny nie ma już z nami...
Mimo wszystko cieszę się, że przez ten Memoriał ma się wrażenie, że cały czas jest gdzieś blisko, że Jej dokonania zarówno te sportowe jak i te pozasportowe nie poszły na marne, że są ludzie którzy propagują i będą propagować idee Jej bliskie.
To niezwykły zaszczyt móc uczestniczyć w tej misji, i dorzucić do tej pięknej inicjatywy swoje dwa grosze...


źródło: sfd.pl

Cieszę się, że mogłam pracować z częścią "mojej ekipy" i, że przydzielono mi przywiezienie z lotniska Czechów a przede wszystkim Steve Lewisa, z którym przecież złapałam wspólny język :)

A propos Steve to tak mu się spodobały fotki, które mu zrobiłam, że opublikował je na swoim oficjalnym profilu na fb, stronie internetowej oraz twitterze :)


Praca w Marriocie, dobre jedzenie, świetny humor oraz fajne znajomości to wielkie korzyści tego wolontariatu. Warto wspomnieć też, że poznałam Anitę Włodarczyk i nawet z Nią rozmawiałam i nie była to rozmowa o sporcie ;). Ten fakt jakoś tak najbardziej mnie ucieszył nie licząc oczywiście Steve :D.... Dodatkowo długi, pasjonujący dialog z Panem trenerem i wymiana informacji na temat zespołu Queen :)

Wielkie dzięki dla Marcina, który dał nam szansę i dla całego zarządu Fundacji za zaufanie jakim nas obdarzyli :)....
Mam nadzieję, że w przyszłym roku też będę miała szansę pomagać przy organizacji a do tego czasu mam kilka fajnych pomysłów na zdobycie sportowych giftów na licytacje dla Fundacji. Oby wszystko się udało ponieważ bardzo chciałabym i w taki sposób pomóc dzieciakom czekającym na operację.

***********************************************************************

A tym czasem przybyłam do Pragi... nie wszystko w związku z EVS jest tak jak miało być ale liczę, że z czasem się rozkręci. Póki co mam fajny pokój w bardzo spokojnej okolicy. Wszystko pod ręką sklepy, apteka, restauracje. Jest i kino :) także z pewnością nudzić się nie będę. Mam też świetną trasę biegową i cudowny widok z okna :) (szczególnie nocą).... Dom znajduje się na górce więc widzę pół Pragi. Jestem pełna optymizmu i wierzę, że szybko się zaaklimatyzuję.

Także Ahoj Prago :)


wspomniany widok z mojego okna :)

Anci


4 września 2012

Euro - American Chellange (futbol amerykański)


Ahoj,
zanim przejdę do podsumowania III Memoriału Kamili Skolimowskiej muszę napisać kilka słów o tym co działo się na Stadionie Narodowym w sobotę 1. września. Otóż dzięki staraniom naszego klubu Warsaw Eagles doszło do meczu futbolu amerykańskiego na najwyższym poziomie. Na przeciwko siebie stanęły drużyny Europy i Ameryki. W drużynie Europy grało kilku Polaków w tym czterech z WE.

Dla mnie osobiście był to bardzo długi dzień ponieważ na stadionie musiałam pojawić się już o godzinie 8:00 rano a opuściłam go jakoś po godzinie 20:00. Mimo wszystko zdecydowanie było warto. Te emocje, najlepsza ekipa, sympatyczni wolontariusze, uroczy zawodnicy oraz moje "depozytowe" dziewczyny sprawiły, że nie odczuwałam zmęczenia :) a uśmiech nie schodził mi z buzi.
Eeee troszkę sobie ponarzekałam ale nie byłabym sobą gdybym tego nie zrobiła... :P
Tym razem byłam liderką grupy odpowiedzialnej za depozyty: zwykły oraz wózkowy. Rano kiedy stadion był jeszcze całkowicie pusty poznawaliśmy jego kuluary poszukując pomieszczenia na pokój mamy i dziecka. Łatwo nie było go znaleźć ale dzięki temu natrafiłam na przeróżne ciemne zaułki Stadionu Narodowego. Jest tam jedno calkiem sympatyczne pomieszczenie w którym chętnie zorganizowałbym wielką imprezę :).
Około godziny 10:00 wszyscy liderzy mieli szkolenie dla stewardów... wynudziłam się jak nigdy:/:/:/ ale cóż zrobić mus to mus...
Potem było już tylko lepiej... fajne dziewczyny w mojej grupie, inteligentne rozmowy i rysowanie misia :).... Ha ha ha i Pani Campbell była z nami :)


część najlepszej ekipy :)

Prawie zapomniałam wspomnieć, że tym razem mieliśmy naprawdę świetne koszulki. Niezmiernie się cieszę, że organizatorzy zdecydowali się na kolor czerwony i logo naszych kochanych Eagelsów na piersiach :)
Kolejna fantastyczna rzcz, jaką zabiorę do Czech i z dumą będę paradowała po Pradze z warszawskimi orłami, które to na dobre zagościły w moim sercu.
Biegając pomiędzy murawą, pokojem wolontariuszy a depozytami i szpanując krótkofalówką :D znalazłam chwilę na pogawędkę z Kasią i spółką przy udkach z kurczaka i podpiekanych ziemniakach :D.
 Według mnie największym niewypałem oprócz zachowania jednej osoby był występ rozkapryszonej Patricii Kazadi. Co też Ona zrobiła z piosenkami wielkiej grupy Queen???. Masakra po prostu masakra ale trzeba przyznać, że włosy ma wygolone bezbłędnie. I love it :).

Pod koniec czwartej kwarty znalazlam się na murawie gdzie razem z Pawłem i Kamilem oddelegowano nas do pilnowania dziennikarzy i fotoreporterów.  Było sympatycznie i to chyba najprzyjemniejsza część całego Euro - American Challenge :)... Obserwowanie radości zwycięzców z tak bliskiej odległości świetna sprawa :).


Po meczu, który zakończył się wynikiem 34 : 7 dla drużyny Amerykańskiej na środku murawy odbyło się uroczyste wręczenie nagród oraz szampańska celebracja. Nie ukrywam, że w obu drużynach grało wielu egzotycznych i przystojnych zawodników... Zdecydowanie było na kim oko zawiesić.

Już przed meczem zlokalizowałam na jednej z amerykańskich koszulek czesko brzmiące nazwisko "Vacha".... postanowiłam zatem po meczu zapytać czy moje przypuszczenia są prawdziwe.
Kiedy wykonałam już swoje obowiązki podeszłam do Dereka (bo tak miał na imię) i nieśmiało rozpoczęłam rozmowę. Okazało się, że Jego dziadek pochodził z Czech ale połowę swojego życia spędził w Ohio. Także rodzice Dereka oraz On sam już niestety po czesku nie mówili :(.... Fajnie nam sie rozmawiało i muszę przyznać, że to bardzo ale to bardzo sympatyczny chłopak z którym jak sam napisał na facebooku mam pozostać w kontakcie :).... mam nadzieję, że tak właśnie będzie. Ha ha ha nie ma co ja to wszędzie znajdę jakieś czeskie akcenty a Dereka nazwałam "prawie Czechem" :)
Była to częściowa rekompensata braku zawodników czeskich... Nie rozumiem czemu nie zdecydowali się Oni wziąć udziału w takim fajnym przedsięwzięciu tym bardziej, że w Czechach również jest kilka drużyn futbolowych reprezentujących całkiem niezły poziom gry.... no cóż....


Derek Vacha

Oprócz Dereka, który stał się moim ulubionym zawodnikiem swoim poczuciem humoru zaimponował mi (MVP) meczu Clarence Anderson.
Generalnie odnoszę wrażenie, że wszyscy Amerykanie to mega sympatyczni, otwarci i cieszący się grą chłopcy. Na boisku widać było ogromną pasję i zaangażowanie. Prawie takie jak u ludzi w czerwonych koszulkach rozlokowanych za liniami boiska i na trybunach:)


Clarence Anderson

Warto również odnotować, że futbol amerykański staje się w Polsce coraz bardziej popularnym sportem. Tym razem na Stadion Narodowy dotarło ponad 25 tys. ludzi :).
Fantastycznie, że nareszcie mamy bezpieczny sport na który można zabrać dzieciaki w każdym wieku a sam mecz poprzedza pełno atrakcji dla maluchów :) Atmosfera iście piknikowa :)



Po ogarnięciu rzeczy na stadionie całą liderską grupą udaliśmy się na epickie after party do Challenge Sportbaru gdzie było po prostu wszystko tańce,  doborowe towarzystwo, jedzonko i trunki.... zabrakło tylko piosenki "Buona Sera Seniorina" (tak Kasiu pamiętam, że mi jej nie zamówiłaś :P) ale jakoś przeżyłam.... Do domu dotarłam powiedzmy krótko późno, zbyt późno :)

Podsumowując Euro - American Challenge dostarczyło mi naprawdę dużo wrażeń i cieszę się, że przesunęłam mój wyjazd do Pragi o kilka dni. Dziękuję mojej ekipie, która jest po prostu najlepsza (szczególnie Kasi S, która mnie w to wszystko wciągnęła, Kasi B, że mnie przyjęła, Pawełkowi i Dorotce :)), szefostwu Warsaw Eagles za cały wspaniały sezon i za przyjęcie mnie do tej wielkiej futbolowej rodziny, koleżankom i kolegom wolontariuszom z którymi świetnie się bawiłam zarówno na Obrońców Tobruku jak i w innych miejscach.... To był dla mnie świetny czas pełen emocji i dobrego humoru :) jeszcze raz wielkie dzięki...

WAAAAAAAARSAW EAAAAAAAAGLES !!!! :)

Anci

28 sierpnia 2012

III Memoriał Kamili Skolimowskiej część druga


Ahoj,
niedziela miała być najbardziej pracowitym dniem podczas całego wolontariatu i faktycznie takim była. W hotelu pojawiłam się jakoś po 9:00.  Kasia z Anią pracowały tam dzielnie już od godziny 8:00...
Praca taka sama jak w sobotę: welcome desk, wydawanie numerów startowych i akredytacji oraz przyjmowanie ostatnich lekkoatletów. Pomijając oczywiście ciekawe rozmowy z tymi sportowcami, którzy właśnie szli na śniadanie albo chcieli przeczytać tzw. tablicę ogłoszeń. Tego ranka najbardziej rozwalił mnie Marek Plawgo pseudonim "Pan Plawgo", który przywitał się zdaniem: "Dzień dobry, Pani wygląda na taką, która wszystko wie i wszystko potrafi załatwić" ha ha ha wiedział jak rozpocząć rozmowę :)...To czego potrzebował oczywiście udało się zorganizować :)
Chwilę później na dole pojawił się Bartek Nowicki, który z wszystkich Polaków zrobił na mnie najlepsze wrażenie . Genialny facet po prostu genialny :)....
Miałam też burzliwy dialog z Ukraińcami: Maksymem Mazurykem i Olexiyem Sokyrskiyyem na temat zespołu Gogol Bordello aż dziwne, że Oni nigdy nie słyszeli o Eugene Hutzu :D

Kiedy (stricte) biuro zawodów przeniosło się na Stadion Orła, mieliśmy chwilę na obiad. Chwalę szefa kuchni z Marriottu ponieważ przez wszystkie dni ciepłe dania były naprawdę świetne.
W niedzielę zaserwowano pierś z kurczaka w sosie pomidorowym do tego małe gotowane ziemniaczki i pełno sałatek oraz oczywiście nieodłączna różowa pianka na deser :).
Cieszę się, że tym razem uniknęłam rozlania porzeczkowego soku na biały obrus.... niestety często mi się to zdarza... ot taki mały restauracyjny peszek :D.
Jeszcze zdanie komentarza co do wystroju sali w której jedli lekkoatleci. Według mnie jej wystrój przypominał zlot komunistycznej partii z czasów PRL-u... czerwone siedzenia i elementy zastawy stołowej oraz zbyt duża ilość bieli... wrrr...

Po obiedzie pojechaliśmy na stadion... biedny Marcin, który nie wiedział w co ma ręce włożyć przkeazał nam nasze zadania i z Kasią rozpoczęłyśmy działanie. Oczywiście jako dobre dziewczynki miałyśmy pracować z dzieciakami. Nadzór nad grupą "koszykową" oraz kierowanie dzieciaków i ich rodziców na specjalny sektor.
Żar lał się z nieba, zmęczenie dokuczało ale entuzjazm motywował nas do pracy. Ja jak to ja znalazłam czas również na zrobienie kilku zdjęć. Warta odnotowania na pewno była ceremonia otwarcia podczas której największe gwiazdy memoriału wjechały na bieżnię stadionu na dachu wielkiego samochodu. Był tam między innymi takie sławy jak: Pavel Maslak, Tatiana Lysenko, czy Reese Hoffa.



 Jak widać sportowcom humory dopisywały. A i nas dostrzegli Szymon Ziółkowski i przuroczy Marcin Lewandowski szeroko się do nas uśmiechając :).
Prawie przez całe zawody byłam na bieżni gdzie z niesamowicie bliskiej odległości mogłam obserwować przygotowania biegaczek i biegaczy. Ależ Oni są umięśnieni o prędkości z jaką pokonują dystans 100 czy 200 metrów już nawet nie wspominam. Do tej pory zawody lekkoatletyczne widziałam tylko w tv także nie przypuszczałam, że to jest takie tempo.


Miejsce pracy jakie mi przydzielono bardzo mi odpowiadało jeszcze z jednego powodu. Otóż znajdowałam się vis a vis areny zmagań tyczkarzy. Nie jest tajemnicą, że to właśnie ta dyscyplina na tym memoriale najbardziej mnie interesowała. To wszystko za sprawą Steve Lewisa, którego niesamowicie polubiłam i z którym (jesli chodzi o sportowców) spędziłam najwięcej czasu. 
Steve ku mojej radości wygrał konkurs skoku o tyczce i otrzymał okazałe trofeum.


Po dekoracji zabrałam Steve, który zasygnalizował, że jest głodny do pomieszczenia dla mediów gdzie był bardzo smaczny catering. Po drodze spotkaliśmy jeszcze Oscara Pistoriusa, któremu kibice po prostu nie dawali normalnie funkcjonować. Organizatorzy zadbali o to by miał On prywatnego ochroniarza, ale i On nie radził sobie z tłumem. Steve poprosił mnie aby Oscar mógł pójść z Nami. Oczywiście dało radę to zorganizować i Oscar mógł spokojnie zjeść i odetchnąć. Po ok 30 minutach załatwiłam chłopakom bus, który zabrał ich do hotelu. Oscar dziękując mi uściskał mnie a ja korzystając z mega sympatycznego dialogu ze Stevem postanowiłam zrobić sobie z nim zdjęcie.
Zdjęcia pomagają przecież utrwalić magiczne chwile z naszego życia :) a memoriał właśnie za takie uważam.


Jeśli mam być szczera to tak wkręciłam się w pracę, że nawet nie wiem kiedy skończył się memoriał. Zdążyłam wpaść jeszcze na wegetariańskiego kotleta ze szpinaku (rewelacja), napić się soku i trzeba było wracać na bieżnie. Większość sportowców bezpośrednio po zakończeniu konkursu w swojej dyscyplinie udała się do Marriottu więc i my mogliśmy na spokojnie, oficjalnie porobić sobie zdjęcia oraz przejść się po całym stadionie.
Kiedy zobaczyłam jednego z moich ulubionych biegaczy średniodystansowych Amerykanina Duane Solomona po prostu musiałam uchwycić Jego niesamowity uśmiech :)


Duane Solomon

Ah Ci lekkoatleci są zdecydowanie bardziej sympatyczni niż skoczkowie czy piłkarze. Może czas zmienić ulubioną dyscyplinę sportową?! :P

Moim prywatnym celem na memoriał było zrobienie sobie zdjęcia ze srebrną medalistką Igrzysk Olimpijskich z Londynu w rzucie młotem Anitą Włodarczyk. Od kilka lat jestem wielką fanką Jej włosów:). Ponieważ wcześniej Jej nie znałam nie mogłam wiedzieć jaka jest prywatnie chociaż obserwując zawody i wywiady można było przypuszczać, że jest sympatyczna. Teraz już wiem, że jest niesamowicie ciepłą i ambitną dziewczyną. Ha, to już druga taka osoba z Rawicza jaką przyszło mi poznać :)....
Każdy kto chciał mógł zrobić sobie z Nią zdjęcie, porozmawiać czy zdobyć Jej autograf. Z wielkiej kolejki jaka ustwaiła się przy wejściu na bieżnię po zakończeniu zmagań sportowych nikt nie został odprawiony z kwitkiem. I my wolontariusze chcieliśmy móc chociaż uścinąć Jej dłoń. Jako jedyna odważna posnawiłam zapytać czy jak już rozda wszystkim autografy poświęci chwilę naszej grupie. Zgodziła się bez wahania i po kilkunastu minutach podeszła do nas.  Ahh jestem pod ogromnym Jej wrażeniem. Swobodna, normalna chociaż niesamowicie silna i utalentowana osoba.... Pomimo kontuzji i różnych przeciwności losu zdobyła medal olimpijski... Niesamowicie imponują mi tacy ludzie.


Cel został osiągniety a kiedy stadion opustoszał zapakowaliśmy się do busa i wróciliśmy do Marriottu gdzie mieliśmy dopilnować by jak największa liczba sportowców trafiła na bankiet. Misja niemozliwa namówić zawodników aby wyszli z hotelu, wsiedli do autobusu i pojechali do restauracji oddalonej o kilka kilometrów. Po wielu perypetiach ostatecznie zebraliśmy kilkunastoosobową grupę sportowców i razem z Kasią podjęłyśmy się odstawienia Jamajczyków, Amerykanów oraz Ukraińców do samej restauracji. Z Kubą i Kasią mieliśmy tylko na chwilę wejść aby się napić a zostaliśmy prawie do samego końca... hmmm...Trzeba przyznać, że atmosfera była bardzo sympatyczna i każdy kto zdecydował się tam pojawić z pewnością wyszedł usatysfakcjonowany :)
Ja osobiście mogłam porozmawiać po czesku i słowacku z Zuzą (asystentką głównego menagera memoriału)... strasznie sympatyczna osoba, i cieszę się, że mogłam Ją poznać.
Mistrzem wieczoru a w zasadzie całego memoriału był Kenijczyk David Mutua, który delikatnie mówiąc przesadził z alkoholem i zaginął by potem odnalezć się pod Marriottem :).


Do domu dotarłam ok godziny 1:30... szybki prysznic, herbatka, i łóżko...  
Wcześniej zadeklarowałam, że w poniedziałek pomogę przy odjazdach zawodników, także trzeba było wstać ok. 6:00. Ale o tym w ostatniej części w której również podsumuję ten wspaniały wolontariat. 

Mějte se hezky

Anči

zdjęcia by Anyxx