Moje życie, moje pasje, moje miłości... trochę inne spojrzenie na Warszawę, Polskę, CZECHY <3 i cały zakręcony świat:)). CZECHY, muzyka, skoki narciarskie, wolontariat sportowy i o wiele więcej zajímavých věcí:)
Jestem Anička na pozór holka jak każda inna ale jest coś co mnie wyróżnia hehe przede wszystkim to, że mam wciąż dobrou náladu a úsměv na tváři:))). Dodatkowo kocham Česko, českou hudbu oraz skoki narciarskie:).
Moją pasją jest także historia ponieważ to: " Historia tworzy naszą tożsamość"
Ahoj,
nie tam miał wyglądać mój czerwiec. Powinnam być teraz w domu w Warszawie! Zdecydowałam się jednak po kuszącej propozycji pozostać jeszcze półtora miesiąca w Pradze. Pieczałowicie zaplanowałam cały czerwiec łącząc prace w CPD, prace nad projektem z serią koncertów i festiwalów. Szybko jednak dotarło do mnie, że nic nie należy planować z wyprzedzeniem.
Moje plany brutalnie pokrzyżowała pogoda... Przez kiludniowe opady deszczy w Pradze wylała Vltava i mamy tu aktualnie powódz. Nie wygląda to niestety zbyt optymistycznie. Wszystkie niżej położone części Pragi są pod wodą, prowadzone są ewakuacje, metro jest w zasadzie nieczynne... w całych Czechach wprowadzono stan klęski żywiołowej.
Na szczęście mieszkam na górce więc póki co jestem bezpieczna. Nie zmienia to jednak faktu, że z powodu powodzi odwołano już jeden z koncertów na który się wybierałam obawiam się, że odwołają i ten środowy....
Powódz powodzią, koncerty koncertami ale najgorsza informacja przyszła z Warszawy dzisiaj.
Chwilę przed godziną 8:15 rano odeszła moja ukochana szynszyla Renia.
Jestem zdruzgotana ponieważ była to najbliższa mojemu sercu istota. Kochałam ją najbardziej na świecie... Najgorsze, że nie byłam przy niej, że nie zdążyłam jej przytulić, pożegnać się z Nią. Ostatni raz trzymałam ją na rękach dwa miesiące temu :( Nie wybaczę sobie, że nie byłam przy Niej :( :( :( nigdy sobie tego nie wybaczę...
Pozostają tylko zdjęcia oraz wspomnienia tych wszystkich wspólnie spędzonych lat.
Ahoj,
w miniony poniedziałek odwiedził mnie w Pradze Ashek. Prawdę mówiąc wcale nie przyjechał ze względu na mnie chodziło jej raczej o koncert j-rockowego zespołu Plunklock :D ale o tym pózniej.
Poniedziałkowy wieczór upłyną nam pod znakiem rozmów, piwie oraz rewelacyjnej pizzy ze śmietaną, szpinakiem i kukurydzą w pizzerii Giovanni. Obie zgodnie stwierdziłyśmy, że była to najlepsza pizza jaką w życiu jadłyśmy. Abstrahując od tego, że była kaloryczna i ciężkostrawna. Ahh wszystko co pyszne jest niestety niezdrowe :/.
We wtorek zaplanowałam dla nas koncert czeskiej grupy Mandrage. Jak pisałam w poprzednich postach kiedyś bardzo lubiłam ten zespół...Teraz moje preferencje muzyczne z lekka się zmieniły ale nadal znam wszystkie piosenki. Zreszą nie będę ukrywać, że chodziło mi o małą zemstę na Ashku. Mianowicie skoro miałam się w środę męczyć na japońskim koncercie Ash miała się pomęczyć na czeskim :D. Przecież przyjechała do Czech hmm... :D
Moja podłość szybko obróciła się jednak przeciwko mnie... koncert zamiast o 19:30 rozpoczął się ok. 21.00... Niestety nikt nas nie uświadomił dlaczego doszło do takiego opóznienia. Czas umilać miał nam dj... ale mi zdecydowanie bardziej umilało piwo :D.
Koncert słaby niestety... zerowy kontakt z publicznością, widać było po chłopakach ewidentne zmęczenie... no cóż każdemu się zdarza ale... Dużo lepsze występy mieli na majalesu w Pradze i w Brnie. Także ten koncert trzeba uznać, za mały wypadek przy pracy. Mistrzem wieczoru starsza laska z różowym aparacikiem obijająca się o mnie :D. Mimo wszystko porządnie sobie pośpiewałam i poobserwowałam Fanu Borika, który nie wiedzieć czemu niemiłosiernie mnie fascynuje :D.
koule.cz
W telewizji utrzymywano, że koncert był niesamowitym wydarzeniem. Hmm polemizowałabym. Tak czy siak byłyśmy, odsłuchałyśmy i wyszłyśmy. Jeśli chodzi o wnioski to zdecydowanie preferuję MIG 21, Fast Food Orchestre i oczywiście Sunshine ;).
Po koncercie poszłyśmy sobie na spacer po vaclavaku, moście karola i malej stranie. Było ciepło więc spacer był naprawdę bardzo przyjemny. Księżyć wyglądał jak z logo Dreamworks... Ash bardzo się podobało :). Może z wyjątkiem złowieszczych spojrzeń ludzi na ulicy, kiedy rozmawiałyśmy po polsku ale cóż zrobić :D.
W domu byłyśmy jakoś ok 1:00. Prysznic, pogawędka i spaaaać.
W środę rano poszłam do pracy więc Ash miała szansę się wyspać. Kiedy wróciłam skoczyłyśmy na kubełek do KeFsa a potem na Zizkov w poszukiwaniu klubu w którym miał się odbyć koncert japońskiego zespołu Plunklock. Ash jest fanką j-rocka hmm... nie rozumiem tego ale cóż mam zrobić muszę akceptować :P. Ponieważ kupiła bilet VIP-owski również dla mnie postanowiłam się przemóc i iść. Japońska muzyka to zupełnie nie moje klimaty ale był sweet Pinky (perkusista Plunklocka) co było tak naprawdę jedyną mą motywacją :D. Kiedy dotarłyśmy pod klub mym oczom ukazał się obraz rodem z serialu Rodzina Adamsów. O Panie czego tam nie było wymalowani, dziwacznie ubrani ludzie... laska w sukience lalki tylko w większym formacie to była jak dla mnie psychodelia. Mimo wszystko byłam dzielna. Bilet VIP-owski umożliwał wcześniejsze wejście do klubu i gwarantował spotkanie z zespołem przed koncertem. Och jak wielka była ma radość, że zobaczę wymalowanych Japońćzyków w lateksach hmmm. Kiedy podeszłam do stołu przy którym siedzieli, próbowałam nawiązać dialog. Zagadałam do Pinkiego i powiedziałam, że też grywam na perkusji. No i tak przylgnęła do mnie etykietka "drummer girl". Cały zespoł już mnie tak nazywał :D... w sumie ciężko się dziwić byłam chyba jedyną osobą z innej bajki. W czapce z daszkiem i koszulce z Michaelem Jacksonem zdecydowanie nie wpasowywałam się w klimat.
Kolejna ciekawa fotka do kolekcji. Szkoda tylko, że z lampą wrrh. Pinky zgodnie z moimi przypuszczeniami okazał się być naprawdę bardzo sympatyczny. Co do reszty no cóż. Wokalista ok ale blond gitarzysta wyglądał jak zjarana dziewczynka. Na koncercie zajęłam się piciem piwa i starałam się z całych sił włączyć do zabawy Po 10 minutach machania głową odpuściłam. Krzyki "kła, kła, kła", które miały zachęcać do śpiewania na mnie nie działały. Podobnie jak japoński monolog wokalisty.
Muzyka też nie dla mnie... po pierwsze nic nie rozumiałam, po drugie było w niej mnóstwo niedociągnięć technicznych.
Nie były to zupełnie zmarnowane godziny ale też nie należały do najciekawszych w moim życiu. Cieszę się, że Ash poszalała i uznała, że koncert w Pradze był o niebo lepszy niż ten warszawski. To najważniejsze nie o mnie przecież tutaj chodziło!. Mimo wszystko drummer girl było zdecydowanie sympatyczne ;).
Po koncercie powtórzyłyśmy zabieg wtorkowy czyli prysznic, pogawędka i spanko.
Czwartek był dniem spokojnym i bardzo dobrze ponieważ moje nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. To chyba jeszcze pozostałości po Majalesach no i wyżej opisanych atrakcjach.
Po powrocie z pracy wypiłyśmy po owocowym Gambrinusie i z aparatem poszłyśmy w miasto. Każda okazja do popstrykania fotek jest dobra. Dlatego korzystam a i kolejne fotki się przydadzą. Początkowo zahaczyłyśmy jeszcze o kefsa again :D. To już taki kubełkowy rytuał, pozostałość jeszcze z czasów gdy Ash była fanką MJ. Szkoda, że już nie jest a miejsce króla popu zajęli dziwni Japończycy :(...
Podobnie jak we wtorek przeszłyśmy przez Most Karola, zapuściłyśmy się również w zawiłe uliczki malej strany szukając ciekawych miejsc do robienia fotek. W pewnym momencie zainspirowałyśmy nawet jedną czeską parę po tym jak pozowałyśmy przy starym murze. Nareszcie udało nam się również zrobić sobie wspólną fotkę. Okropne, że znamy się tyle lat i miałyśmy zaledwie dwie fotki i to słabej jakości. Nigdy nie było okazji a "fotka z rąsi" nie jest niczym specjalnym. Brawo dla Pani z Rosji, która pomimo iż najprawdopodobniej pierwszy raz w życiu trzymała lustrzankę była w stanie zrobić tę oto fotkę.
Most Karola ma swój klimat, nawet fotki wychodzą tam bardzo fajne. Pogoda zaczęła się zmieniać ale my dzielnie nadal spacerowałyśmy co chwilę zatrzymując się i utrwalając kolejne ciekawe miejsca. Coraz sprawniej posługuję się lustrzanką i czuję, że niedługo będę robić naprawdę dobre zdjęcia. Sprawia mi to wielką frajdę a to jest chyba w tym najważniejsze. Ash czym dalej wędrowałyśmy tym bardziej była zafascynowana stolicą Czech. Chyba nawet bardziej niż ja.
Znalazł się i czas na wygłupy. Tutaj pod muzeum Absyntu. Tym razem nie weszłam do środka ale chyba niedługo to zrobię. Może być to ciekawe doświadczenie.
W niektórych miejscach do których udało nam się dotrzeć nigdy wcześniej nie byłam. Także była w tej wyprawie również nutka edukacyjna i poznawcza.
Mogłam się też po prawie 9 miesiącach mieszkania w Pradze poczuć jak prawdziwy turysta biegający z aparatem i podąrzający za tłumem.
Aby jednak nie być do końca postrzeganymi jako turystki przeszłyśmy się trochę innym szlakiem niż tym, które opisane są w przewodnikach. Zeszłyśmy na dół do samej Vltavy i spojrzałyśmy na most Karola z innej perspektywy. Taki widok jest zdecydowanie ładniejszy....
Kiedy zaczęło porządnie padać postanowiłyśmy usiąść przy piwku pod parasolem. Ja ostatnimi czasy tak się zaklimatyzowałam, że dzień bez piwa jest dla mnie dniem straconym. Im więcej tym lepiej :D.
Znalazłyśmy zatem sympatyczną restauracje w jednej z bram. Piwo było drogie ale smakowało wyśmienicie. Spokojnie przeczekałyśmy największy deszcz i postanowiłyśmy wrócić do domu. W drodze powortnej wypowiedziałyśmy jeszcze życzenia na moście Karola. Miejmy nadzieję, że wszystkie się spełnią ;)
Żeby nie było dzień zakończyłyśmy w Maku wcinająć kurczakburgery fresh, których w Polsce nie mamy. Hmm kolejne puste kalorie... ale jak sobie założyłam w poniedziałek przez ten tydzień żadna dieta nie wchodzi w grę. Tak też było.
Czekając na tramwaj spotkałam wokalistę zespołu Imodium, który bardzo lubię. Nie zagadałam a może powinnam.... jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to wydarzenie zapoczątkuje kolejne podobne, które zakończy się niemałą wpadką, ale o tym nie warto pisać.
Widziałyśmy też sympatycznego dziadka Mikołaja, który jak wysiadał z tramwaju pomachał nam na pożegnanie. Hehehe serio wyglądał jak Mikołaj.
Spać ponownie poszłyśmy bardzo, bardzo pózno. Na szczęście w piątek mogłam zrobić sobie wolne w pracy. W związku z tym rano wstałyśmy i poszłyśmy na pizze. Ash bardzo chciała jeszcze raz zjeść pizze Giovanni. Ja tym razem postawiłam na lunch składający się z zupy pomidorowej oraz makaronu z kurczakiem, pomidorami i śmietaną. Mniaaaaam!
Resztę dnia spędziłam w Jihlave... ale o tym zdecydowanie nie warto wspominać. Jeśli myślałam, że zaliczyłam już kiedyś przypał życia to chyba jednak się myliłam. Spektakularnie zabłysnęłam właśnie w piątek. Chociaż być może zbytnio przeżywam coś co w rzeczywistości nie było wcale takie straszne. Zobaczymy czy będą tego konsekwencje czy też nie.
Wróciłam wieczorem i zabrałam się z Ashem za zgrywanie fotek, których było sporo.
W sobotę rano Ash pojechała do Warszawy. Szkoda, że spędziła tutaj tylko kilka dni ale dobre i to. Wydaje mi się, że gdyby nie koncert w ogóle by się tu nie pojawiła ale lepsza taka motywacja niż żadna.
Ash girl, dzięki za te kilka dni :) i sorry za to, że mimo Twoich starań nie kumam japońskiej muzyki i fascynacji całą tą otoczką.
Ahoj,
tak jak sobie zakładałam po niesamowitych przeżyciach na prazskym majalesu w miniony wtorek wybrałam się do Brna na kolejną odsłonę tegoż festiwalu. Tym razem w trochę innej roli, ponieważ udało mi się załatwić akredytację a w zasadzie opaskę medialną. Zabrałam więc ze sobą aparat i szalałam pod scenami ale o tym pózniej.
Brno od Pragi dzieli zaledwie dwie i pół godziny, także nie jest to jakoś bardzo daleko. Jechałam autobusem student agency, więc droga upłynęła pod znakiem psychodelicznego czeskiego filmu "Skritek" oraz muzyki i gorącej czekolady :). Btw uwielbiam jezdzić student agency :)
Jeśli chodzi o samo Brno, to naprawdę bardzo sympatyczne miasto posiadające specyficzny klimat. Jedno z moich ulubionych miejsc w Czechach oczywiście nie licząc Liberca...
Na majales wybrałam się z moją fantastyczną słowacką koleżanką Zuzi. Uwielbiam ją, jest prawie tak samo zakręcona jak ja. Na miejscu spotkałyśmy się z Jej bratem Palim i wspólnie szaleliśmy na brnenskym vystavisti.
my w obiektywie smileboxa :)
Program był jeszcze lepszy niż ten w Pradze. Oprócz moich ukochanych zespołów: MIG 21 i Fast Food Orchestra występowali min. Sunshine czy Cocotte minute. Było to dodatkową motywacją, żeby jechać. Zarówno z mojej jak i z Zuzu strony decyzja o wyjezdzie była mega spontaniczna. Stwierdziłyśmy jednak, że należy nam się chwila odpoczynku. Z pewnością nie żałujemy tej decyzji, ponieważ zabawa była przeeeednia :). Oj jeszcze długo będę wspominać ten długi dzień. Wyjechałyśmy o 10:30 a o 13:00 byłyśmy już na miejscu. Szybki obiad, piwko, odbiór biletu dla Zuzu i spacer na miejsce gdzie odbywał się festiwal. Swoją drogą to vystaviste jest gigantyczne. Byłam w szoku kiedy je zobaczyłam. No ale w sumie gdzieś trzeba było rozstawić 8 staeagów. Trzy mniejsze umieszczono w zadaszonych pawilonach, reszta znajdowała się na zewnątrz.
Brnenske vystaviste zdecydowanie robi wrażenie.
Jedynym dostrzegalnym mankamentem była zmienna pogoda. Przez 10 minut padał deszcz, następnie przez 20 minut świeciło słońce. Wieczorem się ochłodziło ale na szczęście przestało padać.
Pierwszy koncert na który się wybrałam to oczywiście Fast Food Orchestra. Nie wiem czemu ale chłopcy zawsze grają dość wcześnie. Tym razem koncert rozpoczął się o godzinie 15:00. Zuzu udała się na występ jakiegoś słowackiego zespołu. Wyciągnęłam zatem z plecaka aparat i wbiłam pod samą scenę robiąc fotki. Przez pierwsze trzy piosenki mogłam stać dosłownie pod sceną. To umożliwiała mi wspomniana wcześniej opaska prasowa. Po trzech songach przetransportowałam się za barierki i zaczęłam się bawić. Śpiewałam, tańczyłam a kiedy rozbrzmiały pierwsze nuty piosenki "Fire" strasznie się ucieszyłam. Ahh uwielbiam ten bicik "I still remember da fire, da fire in your eyes" hell yeah!.
FFO jest po prostu genialna a w połączeniu z Doktorem Karym ahhh fenomenalna. Ich muzyka zdecydowanie pozytywnie mnie nastraja i pozwala zapomnieć o wszystkich problemach a o to chyba w tym chodzi.
Po FFO odnalazłam Zu i Paliego i wspólnie wypiliśmy piwko z wymiennych kubków. Te kubki zdecydowanie wymiatały. Dwa zabrałam ze sobą ponieważ nie dość, że to fajna pamiątka to jeszcze bardzo praktyczna rzecz.
A tak Pali pozbywał się z mojego piwka zbędnej piany :D przelewanie z kubka do kubka hahahaha...
Następny koncert to występ trash metalowej grupy Sunshine. Od kilku lat namiętnie słucham ich kawałków np: "K.I.D.S", "Tokyo Bassline", "Moon Rats" czy "Top! Top! The Radio!" nie wszystkie z wymienionych zagrali w Brnie ale i tak koncert był rewelacyjny! Solista Kay jest genialny, chociaż nie jest już pierwszej młodości :D ma świetny styl i pro tatuaże. Dodatkowo jest wysoki i szczupły. Ahhhhh a Jego głos cóż powiedzieć brzmi zawodowo :) mrauu. Jestem wręcz zakochana w piosence "Astrogen Nostalgia" ciemne klimaty rządzą....
Po koncercie przyszedł czas na kolejne piwo + jedzenie ahhh festiwalowe bramboraky to jest to. Puste kalorie ale raz na jakiś czas można sobie pozwolić. Wielki ziemniaczany placek z sosem śmietanowym, zimne piwko 11, świetni ludzie obok i rewelacyjna muzyka w tle czegóż chcieć więcej?!
Gdy uporaliśmy się już z plackami poszliśmy jeszcze na kawałek koncertu Xindla - X. Niby nie moje klimaty ale piosenki nie wiedzieć czemu doskonale znam. Kawałek "Hele, hele" do dzisiaj podśpiewuję.
Dodatkowo muszę wyznać, że uwielbiam czeski Xindla. Jest jak dla mnie perfekcyjny. Mogłabym słuchać jak mówi godzinami :).
O 17.00 rozpoczynał się koncert chłopaków z Mandrage. Tym razem poszłam pod scenę tylko po to, żeby porobić fotki i popróbować różnych ustawień aparatu przed koncertem MIG 21. Koncert Machacka i spółki był priorytetem tego wyjazdu. Btw pstrykanie fotek z pod sceny to bardzo fajna opcja. Pod stopami czuje się rytm a zespół jest dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Nie wiem czemu ale fascynuje mnie ten typ :D
Po trzech piosenkach, udałam się na spacer po całym arealu. Odebrałam kolejne piwko, pochodziłam po stoiskach partnerów festiwalu i zatrzymałam się pod sceną AVG gdzie swój koncert kończyła właśnie grupa Skyline. Wcześniej w ogóle o niej nie słyszałam ale strasznie spodobało mi się jak grają. Po powrocie do Pragi porządnie przesłuchałam wszystkie płytki i muszę przyznać, że są świetni. Takie pomieszanie kilku stylów ale najważniejsze, że pozytywne no i śpiewa tam dziewczyna.
Około godziny 20:00 zaczynałam odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Mimo wszystko szalałam dalej. Miałam małą przerwę zważywszy na to, że kolejny zespół, który chciałam zobaczyć grał dopiero o 21:40 uległam zatem namowom Zu i wbiłam do jednego z pawilonów, w którym grała słowacka grupa Puding Pani Elvisovej. Jak się potem okazało członkowie grupy pochodzą z miasta w którym urodziła się Zu tzn z Kosic. Początkowo byłam sceptyczna ponieważ nie przepadam za graniem elektro. Z minuty na minutę było jednak lepiej. W momencie kiedy zagrali piosenkę, której motywem przewodnim był Michael Jackson nie miałam już żadnego ale.
Dokładnie przyjżałam się scenie ponieważ za dwie godziny właśnie tam miał grać Mig 21 także musiałam wybrać sobie optymalne miejsce. Kolejne półtorej godziny to trochę mocniejsze granie. Zespół Cocotte minute to jeden z nielicznych nu-metalowych zespołów w Czechach. Świetne teksty, mocny vocal i rewelacyjne gitary. To chyba dlatego kilka lat temu przykuli moją uwagę. Płyta "Sado disco vol 2" po prostu genialna. Jeśli chodzi o koncert, w pawilonie było bardzo gorąco to po pierwsze. Po drugie solista ostry do granic możliwości. Cięty język i sprośne dowcipy. Mimo wszystko skala głosy powalała. Byłam usatysfakcjonowana.
Do konceru Mig 21 pozostało jeszcze trochę ponad godzine. Wyszłam więc na świeże powietrze, wypiłam kolejne piwko i dotarłam pod bus red bulla gdzie trwał koncert słowackiego rapera Majka Spirita. Słowacki rap mnie przerasta ale pogibałam się chwilę w rytm zapodanego beata. Nie było najgorzej. Chwilkę przed 23.00 przetransportowałam się do pawilonu G2. Przy barierkach stała już spora grupa ludzi mimo wszystko udało mi się zająć dogodne miejsce w pierwszym rzędzie. Tym razem świadomie zrezygnowałam z wykorzystania prasowej opaski i nie poszłam na trzy pierwsze piosenki pod scenę. Było to spowodowane tym, że potem nie miałabym dobrego miejsca ponieważ pawilon dosłownie pękał w szwach. Zupełnie nie rozumiem dlaczego koncert tak popularnego zespołu odbywał się wewnątrz... no ale cóż.
Było niesamowicie gorąco i ten ścisk uhh. Zaledwie po 20 minutach moja koszulka była już zupełnie mokra. Odezwały się też moje nogi, które po kilku godzinach pracy miały naprawdę dość. Na szczęście Jiri Machacek bardzo szybko rozruszał całą publiczność w tym mnie:). Odpoczywałam robiąc zdjęcia. Swoją drogą jestem z nich zadowolona... zważywszy na fatalne światło są naprawdę ok.
Cóż rzec o Migu ahh kocham ich koncerty. Są mega energetyczne i ta nutka sarkazmu... a Jirka Machacek jest taki uroczy, że nie da się od Niego oderwać oczu. Charakterystyczny głos i atrakcyjna nieporadność tak chyba należy podsumować Jego osobę. Nie jest może zbyt przystojny ale czy to jest najważniejsze? - zdecydowanie NIE!. Mnie się podoba i jak się okazuje nie tylko mnie. Z rzędów za mną padały stwierdzenia "asi jsem se zamilovala" hehehe nic w tym dziwnego.
Kolejną osobą w Migu, która po prostu mnie rozbraja jest Pavel Hrdlicka. Gra na trąbce i syntezatorze...To może nie jest zbyt oryginalne ale to w jaki sposób tańczy, porusza się po scenie i jakie robi miny to już zdecydowanie. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałam. Strasznie mnie to bawi i nie wiedzieć czemu mam ochotę widzieć więcej i więcej :D.
Ten człowiek zdecydowanie ma coś w sobie... a we wtorek miał też świetną koszulę :D.
Pavel Hrdlicka
Porządnie sobie pośpiewałam i poskakałam. Przypuszczam, że podczas tej półtoragodzinnej zabawy spaliłam cały placek, który zjadłam kilka godzin wcześniej :D. Ile kilogramów stracił Machacek? hmm z pewnością sporo ponieważ pot lał się z Niego dosłownie strumieniem :P. Czarna koszula to zdecydowanie nie był najlepszy pomysł.
Skoro już podsumowuję muszę dodać, że kontakt Jirki z publicznością jest rewelacyjny, rozmawia, uśmiecha się, skacze po głośnikach aby być bliżej no i tańczy. Jak już wspominałam nieporadnie, wręcz prześmiewczo ale patrzy się na to z niesamowitą przyjemnością. W pawilonie nie było chyba osoby, która by nie tańczyła i nie była to bynajmniej spowodowane ilością wypitego piwa :D.
Do moich ulubionych piosenek zespołu MIG 21 należą "Tancim", "Slepic pirka", "Malokratem", "Jestli jsem stastnej", "Chci Ti rict", "Na zotavenou" a przede wszystkim "Ho-ka-he" (szczególnie w wykonaniu live).
O co chodzi w tej piosence? - nie mam pojęcia! co to jest za język? - nie wiem... ale wpadła mi w ucho i nie chce wypaść. Śpiewam "Hyama Mahata Hyama Mahata". Na powyższym video widać wszystko co oferuje zespół MIG 21 podczas swoich występów. Ahh i ten taniec Pavla yeah!
Panowie bisowali trzykrotnie, ponieważ nie pozwalaliśmy im zejść ze sceny. Niesamowity moment gdy razem z tłumem śpiewałam po czesku " Ne, ne, ne, ne, ne, ne, ne nemel jsem tu cikanskou holku potkat za lesem" co jest fragmentem piosenki "Slepic pirka". Polska dziewczyn, na koncercie czeskiej grupy i śpiewająca po czesku hmm dziwna mieszanka :D.
Niestety to co dobre szybko się kończy i po koncercie w zasadzie bezpośrednio razem z Zuzu udałyśmy się na dworzec autobusowy skąd o godzinie 2:45 jechał autobus do Pragi. Podróży nie pamietam ponieważ ze słuchawkami w uszach usnęłam i obudziłam się dopiero jak wjeżdżaliśmy do Pragi.
Wtorek w Brnie był naprosto uzasny. Miło spędziłam czas z Zuzu, wybawiłam się, popstrykałam fotki, zjadłam placka i miałam przyjemność zobaczyć zespoły MIG 21, Sunshine i Fast Food Orchesta.
Majales to naprawdę fantastyczny festiwal i jeśli tylko będę miała możliwość z pewnością pojawię się na nim za rok zarówno w Pradze jak i w Brnie.
Zu, Pali dekuju za vsechno :) jste nejlepsi! ne, jsme nejlepsi :)
Ahoj,
wielką niespodziankę w czwartkowe popołudnie sprawiła mi koleżanka Agnieszka, która zadzwoniła i zakomunikowała, że za godzinę przybędzie do Pragi. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w ogóle się Jej nie spodziewałam. Nie ma co dziewczyna zadziałała na spontanie.... Będąc w Libercu, wspólnie ze swoim austriackim kolegą Lukasem postanowiła zahaczyć również o le Pragę :).
Agnieszka podobnie jak ja lubi skoki narciarskie a aby być precyzyjną czeskie skoki narciarskie :D. Pewnie dlatego złapałyśmy wspólny język.... Mieszka blisko polsko - czeskiej granicy, dlatego bardzo często pojawia się na czeskich konkursach krajowych.
Bardzo się cieszę, że akurat trafiło mi się wolne popołudnie i mogłam spędzić z miłymi goścmi kilka godzin. Najperw skoczyliśmy na smaczną włoską pizzę do znanej pizzerii na moim Ladvi.
Skoro już o pizzerii Giovani mowa to masełko czosnkowe z bułeczką serwowane jako przystawka po prostu paluszki lizać :)
Po pysznym obiedzie zaproponowałam, że przejdziemy się trochę po Pradze. Był to dobry pomysł ponieważ Agnieszka po raz pierwszy odwiedziła czeską stolicę.
Spacer niestety niezbyt długi ale mieliśmy ograniczenia czasowe. Vaclavske namesti i obowiązkowa sesja fotograficzna pod pomnikiem świętego Vaclava i jego konia. Właśnie skoro o koniu mowa, to zważywszy na moje ostatnimi czasy wielkie zamiłowanie do tegoż zwierzęcia stał się on motywem przewodnim szalonego czwartku. Wszędzie szukaliśmy koni, i w sumie cały czas prowadziliśmy o nich dyskusję. Ihaaaa i do przodu tak brzmiało motto dnia :D
Ah Aga i jej aparat. Mam takie wrażenie, że Ona chyba nigdy się z nie rozstaje. Są tego jednak ogromne plusy np. taki, że mam ładne zdjęcia, których by mi pewnie nikt inny nie zrobił, ponieważ to zazwyczaj ja biegam z aparatem. Takie już życie...
Przechadzając się urokliwymi uliczkami Pragi, dywagowałyśmy nie tylko o koniach ale również o dietach, skokach i przytojniakach, których mijałyśmy na ulicy. Kolega Lukas trochę się nudził ale musiał mi wybaczyć. Dość długo nie mówiłam po polsku (nie licząc krótkich rozmów telefonicznych i pisania wiadomości) więc po prostu musiałam się nagadać :D.
Czwartek to w Pradze istny natłok turystów. Nie da się spokojnie przejść przez centrum... jakoś za tym nie przepadam dlatego podczas swojego kilkumiesięcznego pobyty jak nie musiałam nie pojawiałam się w tamtych okolicach.
Najbardziej irytują mnie te sklepiki z pamiątkami... badziewnymi dodam. Zastanawiam się czemu wszystkie są prowadzone przez Cyganów, Turków itp...
Podobnie jak sklepy spożywcze prowadzone przez Wietnamczyków hmm. To coś bardzo dziwnego i niespotykanego w Polsce, ale do tego przyzwyczaiłam się już podczas swoich częstych wypraw do Harrachova czy Liberca.
Ahhh nie ma to jak moje spokojne, lekko odizolowane Ladvi. Tutaj żyje się jakoś inaczej :).
Najładniejsze fotki wyszły w niebieskiej bramie jak zwykłam ją nazywać. Uwielbiam to miejsce. Zawsze gdy jestem zła albo smutna udaję się właśnie tam i zapominam o wszystkim co negatywne. To takie moje miejsce w Pradze :). Dopasowałam się swetrem :D
Dość fascynacji koniami, końmi (zważywszy na zastosowania obu form w języku polskim) i fotkami.
Cieszę się, że Agnieszka mnie odwiedziła i, że mogłam poznać Jej przesympatycznego kolegę. Szkoda tylko, że nie zostali dłużej...
Wielkie dzięksy za świetne fotki i miłe czwartkowe popołudnie :)
Ahoj,
30 kwietnia w Pradze odbywał się studencki festiwal o nazwie Majales. To coś w stylu naszych juwenaliów aczkolwiek o niebo lepiej zorganizowane. Na czterech scenach rozstawionych w największym praskim parku o nazwie Stromovka wystąpili najlepsi reprezentanci czeskiej sceny muzycznej. Zważywszy na moją dziką fascynację czeską muzyką nie mogło mnie tam zabraknąć. Bilet nabyłam już dużo wcześniej i zapłaciłam za niego zaledwie 380 kc tzn ok 60 zł. Jak za cały dzień przedniej zabawy to zdecydowanie nieduża suma. Z wielką precyzją zaplanowałam własny program na ten dzień. Pierwszy występ na jakim się bawiłam to koncert niesamowitej grupy Fast Food Orchestra, która gra ska oraz reggae. Uwielbiam chłopaków, ich piosenki zawsze poprawiają mi humor. Na żywo widziałam ich jednak po raz pierwszy...
Zajęłam miesjce pod samą sceną. Wyskakałam się, wytańczyłam i wyśpiewałam. Prawda jest taka, że podczas ich występu po prostu nie dało się stać w miejscu.
Jeśli ktoś gustuje w takich klimatach muzycznych serdecznie polecam. Zdecydowanie kawał dobrego, pozytywnego grania. I w zasadzie wszystkie piosenki są w języku angielskim.
foto: fastfoodorchestra.cz
Natępną grupą, którą bardzo chciałam zobaczyć byli chłopcy z Mandrage. To jedna z moich pierwszych zajawek czeską muzyką. Fasynowali mnie przede wszystkim dlatego, że grali elektronicznego rocka i śpiewali po czesku. Odgrywało to dla mnie sporą rolę wtedy kiedy dopiero zaczynałam się uczyć języka. Koncert był świetny, chociaż nie obyło się małych problemów technicznych. Tym razem porządnie sobie pośpiewałam a po trzecim piwku szło mi naprawdę całkiem niezle. Niezauważalne były nawet moje niedociągłości akcentowe :).
Trzeba też przyznać, że look chłopaków hmm pierwsza klasa.
foto: supermusic.sk
Po koncercie Mandrage zrobiłam sobie małą przerwę i w oczekiwaniu na największe emocje udałam się po kolejne piwo i coś do jedzenia. Niestety w tłumie ludzi zgubiłam swoich znajomych... Poszukiwania były żmudne ponieważ z powodu przeciążeń nie funkcjonowały sieci komórkowe. Zajadając się wielkim bramborakiem tzn plackiem ziemniaczanym (i tu umarła moja dieta) i sącząc kolejne piwko z cudowenego kubka zwrotnego (bo tak chyba należy przetłumaczyć tą nazwę) chłonęłam klimat czeskiego, studenckiego życia.
Z kubkiem w ręku przyczłapałam pod scenę B, gdzie swój koncert zaczynała właśnie grupa Wohnout. Ponieważ piosenki tej grupy również nie są mi obce zaśpiewałam kilka, poskakałam z tłumem i wyruszyłam pod główną scenę, ponieważ za 30 min rozpoczynał się koncert na którym najbardziej mi zależało.
Grupa MIG 21 bo o niej mowa należy do moich ulubionych zespołów (nie dzieląc upodobań na czeskie i zagraniczne) już jakieś 6 lat. Zespół słynie z lekko psychodelicznych piosenek. Jego solistą jest bardzo popularny i jednocześnie fantastyczny aktor Jiri Machacek. Uwielbiam większość filmów w których grał, ale szczególnie w pamięć zapadł mi "Horem padem" ("Na złamanie karku") z którego fragmenty dialogów zaadoptowałam do swojego własnego slangu.
Po chłopakach spodziewałam się wielkiego show i dobrej zabawy ale to co wyczyniali na scenie przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Mistrzostwo to chyba najtrafniej dobrane słowo. Zdecydowanie najlepszy i najbardziej energetyczny występ podczas całego Majalesu. Niesamowity kontakt z publicznością, nieporadny ale iście zabawny taniec i prowokujące ruchy to zdecydowanie było to. Publiczność szalała, a okrzyki "I love You - I lovu You, Fuck You - Fuck You" niewątpliwie miażdżyły system. Na koniec Jirka zafundował wszystkim mini sprawdzian z patriotyzmu. Wyszedł na środek i odegrał na ukulele hymn Czech. Oczywiście i ja włączyłam się do śpiewania udowadniając, że pamiętam cały tekst. W tym momencie poczułam, że ponownie obudziła się w moim sercu wielka miłość do Czech. Pierwszy raz też poczułam, że jestem u siebie. To chyba dobry objaw i najlepsze co podczas koncertu MIG 21 mogło mi się przydarzyć.
foto: supermusic.sk
Kolejne koncerty to słowacka grupa ska Polemic i czeska Sto Zvirat. Dobre granie ale po tym co zaprezentował MIG 21 nie było to już niczym porywającym. Postanowiłam więc przejść się trochę i popatrzeć co mają do zaoferowana partnerzy i sponsorzy Majalesu. Rozglądałam się również za swoimi znajomymi ale przy takiej liczbie ludzi znalezienie kogokolwiek graniczyło z cudem. Bardzo fajne zabawy były przygotowane w namitach Tic-tac i Gambrinus. Można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia z czego oczywiście nie omieszkałam skorzystać.
Świetna rzecz i przy tym ogromny fun. Trzeba też zaznaczyć, że pomimo niezbyt optymistycznych prognoz pogody nie było najgorzej. Padać zaczęło dopiero w okolicach godziny 22.00 a ja wtedy byłam już w drodze do domu. Po tym jak opuściłam teren parku odwiedziłam jeszcze pobliski Luna Park, w którym przełamałam kolejne swoje lęki. Zdecydowałam się na przejażdżkę turbo blasterem i wznosząc się do góry nogami na jakąś niebotyczną wysokość spoglądałam na tłumy obecne na Majalesu :).
Skoro wróciłam jeszcze do Majalesu to zrobiłam kilka fotek, co prawda zaledwie telefonem ale zawsze jest to pamiątka :)...
Nie udało mi się też uchwycić specjalnego uśmiechu JM skierowanego do mnie ale zamiast trzymać telefon w ręku wolałam po prostu odwzajemnić :)
Podsumowując bawiłam się niesamowicie.... wróciłam co prawda z bolącymi nogami ale zdecydowanie było warto.
Na pochwałę zasługuje świetna oranizacja oraz oprawa. Byłam i jestem pod tak ogromnym wrażeniem, że już we wtorek wybieram się na kolejną odsłonę tegoż festiwalu tym razem do Brna i już nie mogę się doczekać :).
Ahoj,
czas w Pradze biegnie niewiarygodnym tempem. Dopiero co przyjechałam a już niedługo trzeba będzie wyjechać. No cóż jakoś wyjątkowo się tym faktem nie smucę... Mam pełną świadomość, że wyruszam w dalszą drogę na której czeka mnie jeszcze wiele niesamowitych przygód i nowych doświadczeń.
Zanim przyjdzie czas pożegnania muszę napisać o tym co podczas tego EDS-u było dla mnie najfajniejsze. Mianowicie o dzieciakach z przedszkola, które po prostu uwielbiam. Nie jest ich zbyt wiele ale za to są naprawdę wyjątkowe. Ogromnie się cieszę, że bardzo szybko zostałam zaakceptowana zarówno przez nie jak i ich rodziców. W Polsce opcja wolontariusza bez doświadczenia (w moim przypadku oficjalnego doświadczenia, ponieważ nieoficjalnie posiadam spore) i bycia wykwalifikowanym pedagogiem raczej by nie przeszła. W Czechach nie było żadnego problemu.
Od września liczba dzieci cały czas ulegała zmianie. Jedne przychodziły inne odchodziły ale od kilku miesięcy mamy już stałą grupę. Początkowo do moich ulubieńców należał Matysek, z którym zawsze prowadzaliśmy udawane walki oraz rzucałam poduszką. Mniej więcej godzina rzucania jaśkiem i tak każdego dnia :) Niestety w grudniu mama Matyska wypisała Go z przedszkola :(. Nadal jesteśmy jednak z Nimi w kontakcie :).
Nie będę ukrywała, że praca z dziećmi wpływa na mnie bardzo korzystnie. Podczas wspólnych zabaw zapominam o wszystkich problemach jakie ostatnimi czasy mnie trapią. Kiedy widzi się uśmiech na twarzy maluchów świat staje się piękniejszy a szczególnie wtedy, kiedy one szczerze cię lubią. Chcą spędzać z tobą czas, rozmawiają, czy po prostu najzwyczajniej w świecie chcą się poprzytulać. Ostatnio usłyszałam od jednej mamy, że "mój synek tak bardzo się cieszył, że wróciłaś" a od Vilmy (jednej z dziewczynek uczęszczających do przedszkola) "Aniczko, ja ciebie tak bardzo lubię"... No i czy dla takich chwil nie warto jest żyć? - kurcze fantastyczne uczucie a i samoocena gwałtownie skacze do góry:)
Bo jak mawiał wielki Michael Jackson "Dzieci to najszczersze istoty na świecie. One nie znają kłamstwa..." Oprócz wspólnych zabaw wykonujemy również przeróżne prace plastyczne oraz przeprowadzamy zabawy edukacyjne. To ogromna frajda zarówno dla dzieciaków jak i dla mnie.
Przejdę teraz do charakterystyki (wiem trochę szkolny termin ale jakże właściwy) kilkorga dzieciaków z którymi złapałam najlepszy kontakt i które wręcz uwielbiam. Zacznę od Josifka.... małego sportowca. Chłopczyk ma niecałe 3 latka a już wykazuje ogromne zainteresowanie sportem. Kopie piłkę z taką siłą i precyzją, że czasem nawet ja nie nadążam...
Coś czuję, że za kilka lat usłyszę o Nim w tv :). Abstrahując od fascynacji sportem jest tak uroczy, że nie można nie zwrócic na Niego uwagi.
Prześliczny, bardzo pogodny i cały czas się uśmiecha. Do tej pory nie widziałam, żeby się smucił, płakał czy złościł. Początkowo miał problemy z wysławianiem się ponieważ w domu rozmawia się dwoma językami. Mama Josifka jest Czeszką a tata Tunezyjczykiem. Aktualnie zrobił spore postępy i buzia mu się wręcz nie zamyka.
Bardzo chciałabym mieć synka podobnego do Niego :).
Wspomniania wcześniej Vilma, to typowa dama. Lubi kolor różowy, lalki i sukienki. Jest inteligentna i strasznie sympatyczna. Czasem ma swoje gorsze dni ale kto ich nie ma :).
Uwielba się przytulać i jezdzić na rowerze i motorku (małe plastikowe motory bardzo popularne w Czechach).
Kaja jest najstarsza z wszystkich dzieciaków uczęszczających do naszego wesołego przedszkola. Ma 5 lat i uwielbia rysować. To właśnie z Nią spędzam najwięcej czasu nad kartką papieru i z kredkami w ręku oczywiście.
Rysujemy w zasadzie non stop.
Dziewczynka ma naprawdę spory talent. Otrzymałam od Niej w prezencie kilka obrazków. Zabiorę je ze sobą do Polski bo to wartościowa pamiątka dana prosto z serca :).
Wszyscy, którzy widzieli zdjęcia oszaleli na punkcie Jej jasno - niebieskich oczu :)
Marecek jest u nas stosunkowo krótko, ale kupił mnie już pierwszego dnia. Przesympatyczny dzieciak, który po prostu rozbraja. Podobnie jak Josifek również wykazuje spore zainteresowanie sportem. Kiedy nie mówi uwielbia łaskotki... Wszędzie Go pełno i zawsze chętnie pozuje do zdjęć.
Pozostałe dzieciaki również są fantastyczne ale zdecydowanie za bardzo się rozpisałam także nie będę każdego szczegółowo opisywać :).
No cóż nie ukrywam, że będę za nimi tęsknić... przez te kilka miesięcy naprawdę się z nimi zżyłam. A im bliżej wyjazdu tym jest sympatyczniej (jak zawsze)...
Mimo wszystko cieszę się, że miałam możliwość pracy z Nimi i, że sporo się od Nich nauczyłam.
Ahh potwierdziło się to co już dawno wiedziałam - ja po prostu wielbiam dzieci :)