22 kwietnia 2013

Top 7/7 - Spotify rulez!

Ahoj,
po krótkiej przerwie spowodowanej natłokiem zadań i brakiem czasu powracam do cyklu najlepszych moim zdaniem piosenek tygodnia. Żeby być precyzyjną są to piosenki, których słuchałam najczęściej w ubiegłym tygodniu. Ponieważ się rozchorowałam i kilka dni spędziłam w łóżku mogłam delektować się muzyką bez której jak już wielokrotnie wspominałam nie potrafię żyć.
W poprzedniej notce dotyczącej muzyki wychwalałam stronę internetową last.fm teraz opócz niej używam jeszcze nowinki dostępnej w Polsce (w Czechach jeszcze jej nie ma) a mianowicie programu Spotify. Wszystko w jednym miejscu, bez piratowania, bez długiego wyszukiwania. Do tego możliwość przygotowania swoich własnych playlist oraz śledzenia list znajomych. Teraz już się nie ukryje czego się słucha i czy jest się fanem np. Roxette czy tylko się tak mówi :D. Zdecydowanie polecam tym wszystkim, którzy jeszcze nie korzystali... bije na głowię iTunes.
A wracając do mojej muzyki tygodnia... o to czego słuchałam:

1) Daft Punk, Pharrell Williams - "Get lucky"



Rewelacyjny powrót francuskiej grupy Daft Punk, która do współpracy zaprosiła amerykańskiego wokalistę Pharrella Williamsa i wspólnie stworzyli świetny funkowy kawałek, który zdecydowanie pozytywnie nastraja.

2) Fall Out Boy - "Where did the party go"



Popowo-punkowa czwórka z Chicago powraca z nowym, genialnym krążkiem. Muszę przyznać, że znajduje się na nim kilka świetnych piosenek ale to "Where did the party go" najbardziej wpadła mi w ucho.

3) The Kelly Family - "Why don't You go"



Powrót do mojej młodości i muzyki jednego z pierwszych ulubionych zespołów. Głos Paddiego dalej niesamowicie mnie wzrusza a ta piosenka również przejmującym tekstem trafia do mojego wnętrza.

4) Bon Jovi - "Army Of One"



Jedna z piękniejszych piosenek Bon Jovi z najnowszej płyty pt: "What about now". Niesamowicie motywująca, świetna do słuchania wieczorem.

5) Fast Food Orchestra - "Jump Around"



Trochę reggae + ska zawsze spoko, szczególnie w wykonaniu praskiej grupy Fast Food Orchestra. Wprowadzająca w świetny nastrój na cały dzień... aż chce się skakać...

6) 3OH!3 - "Back to life"



Kolejny głośny powrót tego roku... bynajmniej poza granicami Stanów Zjednoczonych. Świetny, klimatyczny kawałek o teledysku już nawet nie wspominam. Po prostu idealne połączenie.

7) Placebo - "Fuck U"



Piosenka już nie pierwszej młodości ale jakże aktualna... Wyraża to czego na co dzień nie mówimy głośno. Fuck U jako przekaz ... Aktualnie kieruję go do pewnej osoby, której zabrakło cywilnej odwagi....

Oprócz tego słuchałam, słucham i będę słuchać Michaela Jacksona i Queen. Ta muzyka nigdy się nie nudzi :)

Mejte se hezky
Anci

20 kwietnia 2013

Finał badmintonowej Play - Off Compo Praha Extraligi 2013


Ahoj,
w związku z moją dość świeżą fascynacją badmintonem zapoczątkowaną ponad miesiąc temu udziałem w Yonex Polish Open w Warszawie w miniony weekend wybrałam się na finały Compo Praha Extraligi drużyn mieszanych. Weekend z badmintonem odbywał się w Pradze dlatego nie musiałam zapuszczać się nigdzie dalej. Tzn dzielnica zwana Vinor to co prawda peryferia Pragi ale w sumie bez większego problemu udało mi się tam dotrzeć i zlokalizować halę w której rozgrywano finały. Vivat strona internetowa idos.cz dzieki, której w Czechach trafi się wszędzie :). Nie mogę zapomnieć też o sympatycznej pani, która z wielką dokładnością wyjaśniła mi jak dotrzeć do hali:)

Muszę przyznać, że badminton w Czechach jest zdecydowanie bardziej popularny niż w Polsce a na meczach pojawia się spora liczba kibiców. Cała otoczka meczów jest atrakcyjna a i reklama zachęca do przyjścia na turniej i zapoznania się z tym sportem.
Tym razem i ja byłam zwykłym kibicem. To genialne uczucie nie musieć nic robic i spokojnie siedząc oglądać mecze. Dawno tak nie było....Żeby być precyzyjną zabrałam ze sobą aparat i porobiłam trochę fotek. Był to mój debiut z większym obiektywem i chyba mogę uznać go za udany.

W finałach brały udział cztery drużyny: Sokol Veselý Brno Jehnice, BaC Kladno, BK 1973 Deltacar Benátky nad Jizerou oraz Sokol Meteor Praha – Radotín. W klubie z Brna gra dwójka doskonale znanych mi  Polaków: Kamila Augustyn, którą miałam okazję obserwować na korcie w Warszawie oraz Łukasz Moreń specjalizujący się w grze deblowej. Również w klubie z Pragi gra nasz reprezentant Adam Cwalina, który wspólnie z Przemysławem Wachą wygrał Yonex Polish Open w grze debowej.
Świetnie, że polscy zawodnicy w dużej mierze przyczyniają się do wspaniałych osiągnięć czeskich drużyn. Tak to właśnie powinno funkcjonować w wielu obszarach nie tylko w sporcie.  Jesteśmy z Czechami najbliższymi sąsiadami, mamy wiele cech wspólnych a jakoś tak prawie we wszystkim jest nam nie po drodze. Dobrze, że chociaż w badmintonie potrafimy ze sobą współpracować zarówno na korcie jak i poza nim.

Przed południem odbywała się walka o trzecie miejsce. Na przeciwko siebie stanęły drużyny z Pragi i Kladna. Kibicowałam oczywiście Prazanom po pierwsze dlatego, że gra tam rewelacyjny Adam Cwalina po drugie, że od kilku miesięcy mieszkam w Pradze i zaczęłam czuć się z tym miastem jakoś związana.
Rywalizacja zakończyła się wynikiem 5-3 dla reprezentantów Meteora.



Adam Cwalina, Pavel Drancak


Maximilian Koreny


Jaroslav Sobota, Josef Rubas

O godzinie 16:00 rozpoczęły się najważniejsze zmagania.  O pierwsze miejsce walczyły dwie najlepsze drużyny sezonu. Pierwszy mecz był dla mnie najistotniejszy ponieważ grał w nim Petr Koukal. Miło było spotkać Go ponownie i zamienić kilka słów. Niestety Petr przegrał swój mecz z Valeriyem Atrashchenkovem 19:21, 19:21. Zmagania na korcie nr 4 obserwowałam z bardzo bliskiej odległości (swoboda poruszania się kibiców na imprezach sportowych w Czechach ponownie mnie zaskoczyła) i muszę przyznać, że tego dnia Petr niemiłosiernie się męczył. Lotka w ogóle się Go nie słuchała a Jemu samemu z minuty na minutę zaczęły puszczać nerwy. Już w Warszawie zauważyłam, że im bardziej się denerwuje tym gorzej mu idzie...



Petr Koukal

No cóż czasem tak bywa... nie zawsze odnosi się zwycięstwo... Na szczęście Jego koleżanki i koledzy nie zawiedli wygrywając pozostałe mecze i to reprezentanci klubu Sokol Vesely Brno - Jehnice zdobyli mistrzostwo.... :) wygrywając 6-1.
Nie mogę nie wspomnieć, że właśnie w tym klubie gra kilku przystojniaków. Oprócz Petra uwagę przyciąga Jarolim Vicen oraz Adam Mendrek. 


Jarolim Vicen, Petr Koukal, Adam Mendrek

Warto podkreślić, że świetny mecz w deblu pań zagrały Kamila Augustyn i Alzbeta Basova. Oj działo się na korcie... Do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto wygra. Ostatecznie dziewczyny dały radę pokonując Hane Milisovou i Denise Sikalovou... W taki oto sposób kolejny punkt został dopisany na konto drużyny z Brna.



Kamila Augustyn

Najlepszym jak dla mnie meczem było jednak drugi mecz singlistów, w którym grali: Jarolim Vicen oraz Petr Jelinek. W fantastycznym stylu wygrał Słowak 21:16, 21:19. Po odniesieniu zwycięstwa ogromnie się cieszył. Trzeba dodać, że to bardzo sympatyczny chłopak na którego grę zdecydowanie przyjemnie patrzeć. Widać, że wkłada w ten sport całe serce....


Jarolim Vicen


Radość po wygranym meczu :)

Cała drużyna z Brna jest bardzo miła i bardzo się cieszę, że to właśnie oni odnieśli zwycięstwo. Na koniec wszyscy dziękując kibicom pojawili się na korcie w specjalnie przygotowanych koszulkach z napisem "Mistři".



Sokol Veselý Brno Jehnice

Podsumowując badminton wymiata a cały weekend w hali uważam za bardzo sympatyczny. Jestem zadowolona ze swoich zdjęć, które znalazły się na oficjalnych stronach oraz profilach kilku badmintonistów:). Pozostaje mi tylko czekać na kolejne turnieje badmintonowe....
Anička

foto: by me

10 kwietnia 2013

10.04 ... ...

Ahoj,
w związku z przypadającą dzisiaj trzecią rocznicą katastrofy smoleńskiej w której przypomnę zginęło 96 osób na czele z Prezydentem RP. Lechem Kaczyńskim oraz Jego małżonką Marią Kaczyńską postanowiłam napisać kilka słów na temat zachowań niektórych ludzi.

Nie jestem w stanie zrozumieć tego co aktualnie dzieje się w Polsce. Mam na myśli marginalizację całego tego tragicznego wydarzenia.
W samolocie Tu-154 M lecącego na obchody 70 rocznicy zbrodni katyńskiej znajdowały się osoby mające różne poglądy polityczne, reprezentujące różne ugrupowania. Oprócz pary prezydenckiej byli tam przedstawiciele zarówno PiS-u, Platformy Obywatelskiej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej jak i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Nie można zapomnieć również o przedstawicielach duchowieństwa, wojska, urządnikach wielu ważnych instytucji państwowych, pracowników kancelarii Prezydenta, funkcjonariuszy BOR oraz członkach załogi.
Dlaczego zatem tylko do PiS-u i jego zwolenników przylgnęła łatka ludzi chcących wyjaśnienia przyczyn tej katastrofy? czy ludzie związani z PO czy SLD, zapomnieli o swoich przedstawicielach, którzy zginęli w Smoleńsku? Czy zapomniano o tym, że zginęli tam przede wszystkim ludzie nie politycy?
Dlaczego cały czas mówi się tylko o PiS-ie? to już naprawdę jest jakaś obsesja...
W moim mniemaniu wszystkim Polakom w równej mierze powinno zależeć na poznaniu całej prawdy o tym co wydarzyło się rankiem 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku. Tam zginęli przecież nasi rodacy...

Przez kilka dni po 10 kwietnia potrafiliśmy się zjednoczyć. Potrafiliśmy wspólnie w zadumie modlić się i wspominać wszystkie ofiary. Wielką liczbą wyszliśmy na ulice polskich miast. W końcu w Warszawie oddawaliśmy hołd parze prezydenckiej  nie zważywszy na kilkunastogodzinne oczekiwanie w kolejce na Starym Mieście. Niestety niewiele zostało z tych dni....

Czymś najpodlejszym jest dla mnie jednak to, że temat tej niewyobrażalnej tragedii został tak zochydzony. Teraz nawet niewiele wiedzący o życiu młodzi (uważający się za trendy) ludzie szydzą ze śmierci tylu wybitnych przedstawicieli naszego kraju.
Kiedy dzisiaj czytam niektóre statusy i komentarze na facebooku zastanawiam się jakim trzeba być człowiekiem, żeby obrażać nieżyjących. Od małego byłam uczona, że o zmarłych jacy by nie byli za życia nie mówi się źle albo nie mówi się wcale. Jestem w stanie zrozumieć, że nie każdy był zwolennikiem śp. Prezydenta Kaczyńskiego, że nie każdy popierał Jego decyzje ale na miłość Boską szydzić z tego, że umarł, że umarł w taki sposób..... WSTYD bo innego słowa na tego typu zachowania nie ma. Tym bardziej przykry jest fakt, że często robią to ludzie wykształceni... Szydzenie z takich wydarzeń nie jest fajne, nie zaszpanowałeś jeden z drugim pisząc o obchodach rocznicy tragedii smoleńskiej. Każdy ma prawo robić co chce... jedni biorą udział w marszu inni modlą się w kościele jeszcze inni oglądają wspominkowe filmy.....
Musimy pamiętać, że zanim cokolwiek napiszemy czy powiemy powinniśmy się zastanowić!  kto wie co nas jeszcze w życiu czeka.....

Cześć pamięci wszystkich tych, którzy zginęli 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie samolotu rządowego w Smoleńsku!!!!



A

27 marca 2013

Yonex Polish Open Badminton 2013

Ahoj,
ostatni weekend a właściwie i dwa dni przed weekendem były dla mnie dość pracowite. Po emocjach skokowych o których mimo końca sezonu niewątpliwie jeszcze napiszę zdecydowałam się na udział w wolontariacie na Yonex Polish Open tzn otwartych mistrzostwach Polski w badmintonie.
Hmm badminton to jednak coś zupełnie innego niż dotychczas znane mi dyscypliny sportowe. Początkowo nie wywoływał u mnie zbyt wielu emocji pomimo iż już ponad 20 lat jest dyscypliną olimpijską. Generalnie w pamięci miałam zaledwie to jak sama w niego grywałam mając kilka i kilkanaście lat i to jak daleko wybijałam lotkę nie meszcząc jej w boisku :D.
Po całych czterech dniach (dosłownie całych) spędzonych w Arenie Ursynów zmieniłam jednak zdanie na temat tego sportu i muszę przyznać, że na poważnie się nim zainteresowałam. Nie przypuszczałam, że oglądając mecze z bliska doświadczę tylu niesamowitych emocji.
Sam wolontariat niestety był jednym z nudniejszych w jakich uczestniczyłam. Kompletnie nieprzygotowany a wręcz nieogarnięty ale ja słynę z tego, że zawsze znajdę sobie coś co będzie mnie pozytywnie nakręcać. Tym razem było kilka takich "cośiów" :D
Po pierwsze KTOŚ tzn. badmintonista, którego nazwisko jest mi znane już ponad dwa lata. Mowa o czeskim zawodniku Petre Koukalu. To w sumie właśnie Jemu zawdzięczam moją minimalną wiedzę o zawodowym badmintonie. A to mianowicie dlatego, że oglądałam kilkanaście meczów z Jego udziałem (łącznie z tymi na IO w Londynie), czytałam o Nim w kilku czeskich gazetach, oglądałam materiały oraz film "Cesta Snu" opowiadająca o Jego walce z chorobą nowotworową oraz powrocie po wyniszczającej chemii do pełnej sprawoności oraz sportu. Niesamowita osobowość, która nie będę ukrywać mi imponuje... a do tego to bardzo przystojny facet :D. Od ponad roku śledzę też Jego fan page na facebooku. Nic więc w tym dziwnego, że chciałam Go zobaczyć i zamienić z Nim słowo, skoro już uczę się czeskiego :) Taki był priorytet na te mistrzostwa reszta miała byc tylko dobrą zabawą.



Petr Koukal fot. Robert Vano www.robertvano.cz

Czwartek był zdecydowanie najdłuższym dniem. Poznawanie organizatorów, sędziów, zawodników (w ogóle fajni ludzie, którzy się złaszają na wolontariat i nie przychodzą nawet nikogo o tym nie informując ehh). Pierwsze zadania, pierwsze mecze no i pierwsze spotkanie z Petrem. Hmm nie ukrywam, że chciałam poprosić Go o podpis na plakacie ale jakoś się nie składało. Rozmowy też niestety nie było... no ale cóż miałam nadzieję, że co się odwlecze to nie uciecze. Do domu wróciłam ok 22.00 a na facebooku czekała na mnie niespodzianka mianowicie wiadomość od samego Petra z pytaniem, czy przypadkiem nie widzieliśmy się dzisiaj w hali. Oj ależ ogromne było moje zaskoczenie ale nie ukrywam, że było to coś niesamowicie miłego. Tym bardziej, że zadeklarował, że następnego dnia porozmawiamy :). Bycie braną za Czeszkę zawsze spoko :).
Piątek to dzień na który czekałam najbardziej. O godzinie 12:40 swój pierwszy mecz miał rozegrać Petr. Jego rywalem był Szkot Calum Menzies. Dodam, że Petr w całym turnieju był rozstawiony z szóstym numerem. Około 12:00 zasiadłam na trybunach i obserwowałam najpierw rozgrzewkę zawodników a potem już to co dzieje się na korcie.



Sam mecz trwał zaledwie 22 minuty. Petr wygrał bez większego problemu w dwóch setach. Pierwszy 21:12 a drugi 21:14. Nie ukrywam, że świetnie ogląda się Go na korcie... i to oczko puszczone po zwycięstwie mmm :). Straszna szkoda, że nie zabrałam większego obiektywu ponieważ mogłam poszaleć z fotkami a tak pozostają tylko te zrobione z trybun, ale przynajmniej nie straciłam nic z meczu :). Po meczu znowu nie udało mi się porozmawiać z Petrem... poszłam na obiad a On się zregenerować. Następnie pojechałam z grupą zawodników do hotelu, żeby pozmieniać listy startowe... ahh uwielbiam podróżowanie w autokarach ze sportowcami zawsze jest tak sympatycznie :)
Kiedy wróciłam była wolniejsza chwila, którą spędziłam razem z pozostałymi wolontariuszami a właściwie wolontariuszkami na trybunach. Na szczęście udało mi się wymixować od noszenia tej fatalnej żółtej koszulki. Właśnie to kolejny wielki minus tego wolontariatu. Brak pamiątowych koszulek uważam za poważne uchybienie...


W oczekiwaniu na drugi mecz Petra siedziałam na trybunie dla zawodników rozmawiając z jedną z wolontariuszek Eweliną. Pochłonięta dialogiem nawet nie zauważyłam, że na hali pojawił się już Petr. Ogarnęłam się dopiero wtedy gdy podszedł do mnie i oficjalnie się przedstawił podając mi rękę. Początkowo byłam strasznie zawstydzona (jednak nie jest łatwo gdy mówi do Ciebie, ktoś kto Ci imponuje) ale po chwili zaczęłam normalnie mówić po czesku. Hehehe 20 minut niesamowitej frajdy,  a Petr okazał się bardzo sympatyczny i inteligentny. Rozmowa zdecydowanie się kleiła :). Niestety musieliśmy przerwać.... ale rozgrzewka i odpowiednie skupienie bezpośrednio przed meczem to przecież podstawa.
Mecz niestety nie ułożył się po myśli ani Petra ani mojej. Byłam przekonana, że bez problemu pokona On małego Japończyka Takuto Inoue sklasyfikowanego w ogólnym rankingu badmintonistów na odległym 326 miejscu dodam, że Petr w rankingu jest 70. Niestety po świetnym pierwszym secie wygranym 21:15 przyszedł jakiś kryzys.... Nie pomogły moje kciuki ani tarcie czerwonej nitki.... drugi set przegrany do 14 trzeci do 18. W badmintonie niestety nie ma żadnej litości przegrywasz jeden mecz odpadasz i nie masz szans walczyć dalej. Dla Petra to był koniec turnieju Polish Open :(.
Byłam smutna ale i jakaś rozdrażniona... w sumie nie tak miało być. Petr miał dojść do finału a ja miałam porobić fajne zdjęcia. Skończyło się na tym, że podeszłam do Niego i powiedziałam, że bardzo mi przykro porozmawialiśmy jeszcze chwilę i umówiliśmy się co do planów na kolejne dwa dni, które były już dla Niego wolne.
Sobota to dzień półfinałów... jeśli chodzi o mecze to interesujące dla mnie były w zasadzie tylko te, w których grała Czeszka Kristina Gavnholt oraz polskie deble i mixty.  Polacy poradzili sobie świetnie natomiast Czeszka przegrała swój mecz... Coś Czesi nie mieli szczęścia na tym turnieju przegrywając przede wszystkim z Japończykami.


Poza kortami wygłupom nie było końca nawet autograf na plakacie złożyłam :D....
Mecze, konwersacje, zadania specjalne i nieporozumienia czyli klasyczny dzień z życia wolontariusza. Trzeba przyznać, że dużo się działo. Przeprowadziłam kilka zakręconych dialogów z trenerem kadry  Polski Panem Jackiem Hankiewiczem, gdzie motywem przewodnim była czapeczka i parówki :D... Poznałam również bardzo sympatycznego sędziego z Portugalii, który generalnie cały czas się uśmiechał. Uwielbiam takich ludzi :). Panie z biura zawodów zdecydowanie były pro :).... Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że w związku badmintonowym pracuje nauczyciel wf-u z gimnazjum do którego uczęszczałam. Ahh kolejne wspomnienia :)... świat jest jednak bardzo mały i nigdy nie można przewidzieć kogo i gdzie się spotka.
Skoro już piszę o okołomeczowych atrakcjach to dodam jeszcze, że poznałam nowych strasznie fajnych wolontariuszy Ewelinę, Marka, Danę i naprawdę dobrze się z Nimi bawiłam :).

W niedzielny poranek wzięłam jeszcze udział w półmaratonie warszawskim gdzie strasznie zmarzłam ale w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej może nie licząc tego, że spóźniłam się na spotkanie z Petrem
:(.... W związku z tym, że nie pojawiłam się w hali On po prostu sobie poszedł. Na szczęście udało mi się z Nim jeszcze zobaczyć:). Mimo wszystko półmaraton to kolejna akcja sportowa w której uczestniczyłam. Lista imprez sportowych których byłam częścią robi się naprawdę imponująca :).


Z Placu Krasińskich przetransportowałam się bezpośrednio do Areny Ursynów. Tam właśnie kończył się finał debla męskiego w którym wygrali Polacy: Adam Cwalina i Przemysław Wacha. W finale mixtów stanęły na przeciwko siebie dwie polskie pary: Nadiezda Zięba i Robert Mateusiak oraz Agnieszka Wojtkowska i Wojciech Szkudlarczyk. Wygrali Ci pierwsi...
Halę opuściłam stosunkowo wcześnie ponieważ miałam zaplanowane jeszcze spotkanie z Petrem. Porozmawialismy sobie porządnie a w prezencie dostałam od niego film "Cesta snu Petra Koukala" z autografem :).... Jestem przekonana, że z Petrem spotkam się znowu tym razem w Pradze :).


Podsumowując Polish Open muszę przyznać, że spędziłam miłe cztery dni, pełne czeskich akcentów i dialogów. Cieszę się, że poznałam  nowe osoby i zdobyłam następne doświadczenia. Kolejny plus to sam badminton... Z pewnością wybiorę się jeszcze na jakiś turniej tym razem jednak w roli kibica. Być może w kwietniu w Pradze :).....
Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że na mojej buzi pojawił się uśmiech. Dziękuję Petrovi, ogromnym zaszczytem było poznanie Ciebie :)
Dziękuje Michałowi za towarzystwo, i dostarczenie jedzonka... szkoda, że nie mogłam Cię wykorzystać również w niedzielę, może wtedy nie zjadłabym obiadu, który mi nie przysługiwał :D.
Mimo wszystko dziękuję Kasiom i innym wolontariuszom. Fajnie było Was poznać :) 


Mějte se

Anička

10 marca 2013

CoC Liberec 2013

Ahoj,
kolejne po Wiśle konkursy Pucharu Kontynentalnego odbyły się w moim ukochanym Libercu. Zważywszy na to, że w Wiśle bawiłam się świetnie oraz na to, że z Pragi do Liberca jest tylko godzina drogi nie mogło mnie tam zabraknąć. Ten wyjazd w odróżneniu od Wisły planowałam od bardzo dawna. Do Liberca pojechałam w piątek najwcześniej jak tylko mogłam tzn. o godzinie 10:00. Prawda jest taka, że w tym mieście zawsze mam co robić... Po godzinie byłam już na miejscu trochę zdenerwowana bo nie wiedziałam co przyniesie los ale z uśmiechem na twarzy poszłam do hotelu. Po zameldowaniu się i oczywiście skontrolowaniu facebooka udałam się do mojej ulubionej wegetariańskiej restauracji "Anandy", gdzie zjadłam kilka niesamowicie smacznych obiadów podczas Mistrzostw Świata Juniorów. Ahh karbanatki s pecenymi bramborami i miska wymyślnych sałatek po prostu palce lizać. Jak widać bezmięsne jedzenie może być naprawdę smaczne a człowiek nie przyczynia się do zabijania świnek i krówek :)
W drodze powrotnej urządziłam sobie długi spacer.... Skoro w tym dniu na skoczni nie odbywały się żadne treningi mogłam sobie na to pozwolić. 
Wieczór spędziłam w towarzystwie mojej koleżanki Misi, (którą poznałam na MSJ) oraz jej znajomych. Bar Panda kilka piw i sympatyczne a zarazem inteligentne historyczne rozmowy a przed tym jak wyładowała mi się bateria w telefonie również słodka konwersacja z prywatnym George na facebookowym czacie :D... Ok godziny 1:00 wróciłam do hotelu,  długi prysznic a następnie zasłużony odpoczynek.

W sobotę obudziłam się o godzinie 7.00 stosunkowo wcześnie ale emocje nie dawały pospać dłużej. O 10:00 wraz z Danni pojechałyśmy samochodem na skocznię. Muszę przyznać, że droga na górę była bardzo niebezpiczna i w ogóle nie przygotowana. Ahhh kocham organizację tego Pucharu kontynentalnego  . Wszyscy robili co chcieli, nie było akredytacji o kibicach już nawet nie wspominam. Puste trybuny do których przejście torował wysoki na kilkadziesiąt centymetrów śnieg.



Po kilkudziesięciu minutach na skocznie dotarła Agnieszka razem ze swoją siostrą. Po krótkiej konwersacji rozpoczęłyśmy operację o nazwie - robienie zdjęć.
Naszą największą radość wzbudziła obecność na skoczni Floriana Liegla. Aktualnie trenera austriackiej kadry B a kilka lat temu świetnego skoczka. Dodam, że jednego z moich ulubionych. Zawsze fascynowała mnie Jego niebanalna uroda oraz specyficzne poczucie humoru. Kiedy tylko dowiedziałam się, że pojawi się w Libercu wiedziałam, że jedną z misji tego wyjazdu będzie zrobienie sobie z Nim zdjęcia. Misja została zrealizowana!!!



Muszę przyznać, że niewiele się zmienił. Nadal tak samo przystojny, nadal tak samo sympatyczny i strasznie wysoki. Było mi niezmiernie miło móc Go spotkać po tylu latach. Ahh skokowych wspomnień ciąg dalszy.

W wirze dziwnej fascynacji koreańskim zawodnikiem Heung Chul Choiem, która trwa od PK w Wiśle i z Nim musiałam zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Zdecydowanie kolejny przeuroczy skoczek.


Po zrobieniu kilku zdjęć skupiłam się na obserwowaniu konkursu. Kiedy na belce startowej zasiadł Vegard Swensen mocno zacisnęłam kciuki. Niestety na niewiele się to zdało.... W pierwszej serii Vegard skoczył 92,5 metra co dało mu 23 pozycję. W drugiej serii poprawił się zaledwie o metr i ostatecznie był 24.
Mimo to bawiąc się aparatem Agnieszki udało mi się zrobić mojemu ulubionemu Norwegowi kilka fajnych zdjęć.




Mina Vegarda po zepsutym skoku jest zdecydowanie sweet.  Konkurs wygrał Niemiec Marinus Kraus, dla którego było to drugie zwycięstwo w konkursie PK w karierze. Drugie miejsce zajął Norweg Kim Rene Elverum Sorsell a trzeci był Słoweniec Matic Kramarsic. Trzeba przyznać, że Słoweńcy w tym sezonie spisują się rewealacyjnie nie tylko w Pucharze Świata ale również i Pucharze Kontynentalnym. 




Marinus Kraus


Kim Rene Elverum Sorsell

Po konkursie wspólnie z redaktorką naczelną portalu skoky.net Simonou poszłysmy na pizze. Było bardzo sympatycznie i mogłyśmy sobie nareszcie porządnie porozmawiać. Cóż utwierdziłam się w przekonaniu, że sytuacja w czeskim związku narciarskim jest bardzo skomplikowana, ale to nie mój problem.
Po konsumpcji szybko wróciłam do hotelu, żeby porozmawiać z George :). Jak zwykle było bardzo miło tylko musieliśmy walczyć ze złym sygnałem internetowym ahh.

W niedziele wstałam jakaś bardzo zestresowana. Nie miałam jednak dużo czasu żeby się nad tym zastanawiać. Zebrałam się i wspólnie z Agnieszką pojechałam na skocznie. Niestety pogoda nie była dla nas już tak łaskawa jak w sobotę. Słońce tym razem zapomniało o Jestade ale za to pojawił się wiatr, który sprawił, że nastąpiły małe zmiany w programie. Zrezygnowano z rozegrania serii próbnej i postanowiona od razu rozpocząć konkurs. Zamysł generalnie dobry tylko, że wiatr i tak przeszkadzał zawodnikom. Pierwsza seria ciągnęła się niemiłosiernie a mi było coraz zimniej. W duszy modliłam się, żeby jury odwołało drugą serię. Tak też się stało. Jednoseryjny konkurs wygrał ponownie Niemiec Marinus Kraus, drugie miejsce ex aequo zajęli Norweg z genialnymi włosami Fredrik Bjerkeengen oraz Słoweniec Matic Kramarsic. 


Błahahaha a mogłam poprosić o fotkę ze stojącymi włosami :D

Niestety jeszcze gorzej niż w sobotę spisał się Vegard. Po skoku na 91 metrów zajął dopiero 34 miejsce     tym samym nie zdobywając żadnych punktów do generalnej klasyfikacji :(
Po konkursie udało mi się zamienić z Nim kilka słów i uświadomił mnie, że trafił na naprawdę niesprzyjające warunki :( 
Następnie pobawiłam się jeszcze trochę w paparazzi korzystając z okazji, że miałam w ręku dobrą lustrzankę :)



Ossi - Pekka Valta


Danny Queck

Niewątpliwie wróciła mi frajda z robienia zdjęć. Teraz już wiem, że następną rzeczą w jaką zainwestuję będzie właśnie lustrzanka. 
Zamykając temat pobytu na skoczni serdecznie dziękuję Agnieszce i Eli za towarzystwo, świetne fotki i oczywiście transport :). 

Niedzielny wieczór to jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Spędzony w najukochańszym mieście z cudowną osobą u boku. Jestem pewna, że jeszcze długo będę go wspominać. 
Ten wyjazd potwierdził, że w Libercu spotykają mnie same magiczne rzeczy. To zdecydowanie moje miejsce na świecie. 


Prawie zapomniałam.... z Liberca przywiozłam fajny gadżet, który sprawił mi wielką radość. Mianowicie od jednego z norweskich skoczków otrzymałam opaskę, którą teraz z dumą noszę. 


Niestety cztery dni w Libercu zleciały bardzo szybko :( -  za szybko... 
Moje wyjazdy skokowe dobiegły końca i teraz przyszedł czas na marazm i stagnację... ale cóż zrobić mam nadzieję, że kolejne akcje sportowe w które już niebawem się zaangażuję przyniosą mi następną dawkę pozytywnych emocji i radości. 

Mejte se hezky 
Anicka

"Kto wymyślił naszą miłość, kto ją w środku nocy wyśnił. Czy to wszystko się zdarzyło czy tak było rzeczywiście"

5 marca 2013

CoC Wisła 2013


Ahoj,
właśnie wróciłam do Pragi z Liberca i korzystając z wolnej chwili postanowiłam, że napiszę kilka słów o zeszłym weekendzie, który spędziłam w Wiśle. Pojechałam tam na Puchar Kontynentalny w skokach narciarskich. Zdecydowanie był to jeden z najbardziej ekstremalnych wyjadów na skoki ever. Po pierwsze dlatego, że dosyć późno w ogóle się na niego zecydowałam. Po drugie dlatego, że wszystko załatwiłam dosłownie w dwa dni. Bilety na pociąg do Katowic o których cenie nawet nie będę wspominać bo jest to jakieś totalne nieporozumienie, kwaterę oraz wolne w pracy. Na szczęście wszystko udało się jakoś ogarnąć. Prawda jest taka, że ja po prostu musiałam tam być :D....
W dość długą podróż wyruszyłam w piątek rano. Po ponad pięciu godzinach spędzonych w pociągu dojechałam do Katowic. Na szczęście przyjazd pociągu idealnie zgrał się z odjazdem busa do Wisły.
Na miejsce dotarałam po godzinie 20.00 następnie taksówką pojechałam do domu wczasowego w którym znalazłam wolny pokój i po porządnej kąpieli poszłam spać.
Po raz pierwszy w całej mojej długiej historii wyjazdów na skoki nie byłam obecna na treningach. No  cóż nie dostałam wolnego czwartku w pracy. Z tym jednym dniem poślizgu nie mogłam się ogarnąć podczas całego pobytu. Po prostu czegoś mi brakowało....

W sobotę po smacznym śniadaniu poszłam na spacer na "mini Krupówki" i kolejny raz doszłam do wniosku, że  Wisła jest nudna. Zdecydowanie nic tam nie ma.
Po szybkich zakupach spotkałam Ewelinę z którą w oczekiwaniu na Socze i Biedronkę poszłyśmy na ciacho mistrza do cukierni "U  Janeczki".  Byłoby wielkim nietaktem być w Wiśle i nie zjeść tego regionalnego już produktu :D. Trzeba przyznać, że wspomniana cukiernia to zdecydowanie najjaśniejszy punkt głównej ulicy w Wiśle. Świetnie zaopatrzona a i wypieki mniam po prostu palce lizać :)


Kiedy byłyśmy już w komplecie i dziewczyny zameldowały się u siebie w pensjonacie (swoją drogą trzeba przyznać, że trafiły na crazy właściciela.... ha ha ha uwielbiam takich podstarzałych czarusiów i amantów :D)  pojechałyśmy autobusem na skocznie. Kolejna rzecz, którą "uwielbiam" w Wiśle to komunikacja miejska jeśli w ogóle te kilka kursujących autobusów można tak nazwać. 
Na szczęście wszelakie niedogodności wynagrodziła pogoda. Konwersując z dziewczynami starałam się obserwować to co dzieje się na skoczni. Wspominałam już kiedyś, że nie jest to proste na obiekcie im. Adama Małysza. Mianowicie dlatego, że stojąc na dole nie ma możliwości przyjrzenia się najistotniejszej części skoku czyli wyjściu z progu. Skoczka dostrzega się dopiero nad bulą.... to znacząco psuje efekt wizualny.

Było więc sporo czasu na robienie fotek. O np. i ja się takiej jednej całkiem ładnej doczekałam... ;) (Dzięki Caryca :D)



z Socze :)

Największym zaskoczeniem soboty była obecność na skoczni Borka Sedlaka. Hmm Jego nazwisko nie figurowało na żadnym zgłoszeniu a w momencie kiedy zobaczyłam, że ma na sobie koszulkę startową przedskoczka przeżyłam szok. Po swoim skoku podszedł do mnie i konwersowaliśmy dobre 20 min. W sumie dawno się nie widzieliśmy więc bardzo fajnie było porozmawiać. Okazało się, że w niedzielę Antonin Hajek leciał na MŚ do Val Di Fiemme a Borek miał wskoczyć na Jego miejsce w konkursie PK. Nie rozumiem tych roszad tym bardziej, że Tonda nie wystartował w żadnym konkursie we Włoszech ale za czeskim związkiem narciarskim nikt nie trafi.



Największą frajdę sprawił mi jednak widok Vegarda Swensena, który zawsze robi takie urocze miny bez względu na to czy skok mu wyjdzie czy też nie. Tym razem nie było inaczej... Ewelinie udało sie uchwycić kawałeczek specjalnego uśmiechu :). Ahh ten skoczek jest zdecydowanie pro....


Konkurs wygrał reprezentant Niemiec Danny Queck, drugi był przesympatyczny Słoweniec Matic Benedik a trzeci reprezentant Polski Krzysztof Biegun. Vegard skończył na 14 miejscu a Antonin Hajek był 12. 


Danny Queck by Socze


a tu miejsca 3-6....

Wolałabym trochę inne podium ale cóż zrobić i tak nie było najgorzej. 
Wieczór to naleśniki ze szpinakiem oraz wspólne oglądanie konkursu Mistrzostw Świata na skoczni normalnej i wielka radość z wygranej Andersa Bardala. Schlierenzauer pokonany yeah!!!!. Warto dodać, że Jan Matura zajął bardzo dobre 12 miejsce :). 
Następnie krótki pobyt w Sofie i powrót do hotelu, żeby porządnie się wyspać i zdążyć na niedzielny konkurs. 

W niedziele było już dużo fajniej. Nerwy odpuściły i nastąpiło swoiste przełamanie. Hmm sama się tego po sobie nie spodziewałam, ale przy tak licznym gronie kibiców nie mogłam dać plamy :D.
Brawo dla organizatorów za to, że zrobili darmowe wejście co zaowocowało sporą liczbą ludzi na trybunach.. Przemieszczając się z miejsca na miejsce starałam się skupić na zawodach. 
Nie wiem czemu ale miałam wrażenie, że ciągnął się one niemiłosiernie. Pierwszy raz właściwie towarzyszyło mi takie uczucie. Hmm czyżbym się już starzała... 

W między czasie po 5 latach przerwy zrobiłam sobie zdjęcie z Borkiem. "Hmm tyle lat się znamy a mamy tylko jedną wspólną fotkę i to na dodatek z Maturinem" po takim właśnie tekście druga fotka z Borou stała się faktem hahahaha....


Warunki na górze skoczni niestety nie były równe dla wszystkich. Przekonał się o tym między innymi Vegard, któremu dość silnie powiało w plecy przez co zepsuł swoją próbę skacząc zaledwie 114,5 m. Tym samym zakończył udział w konkursie na pierwszej serii. Ostatecznie został sklasyfikowany na odległej 43 pozycji. Borek po zepsuciu drugiego skoku był trzydziesty. 


by Socze

Konwersacji tego dnia nie było końca. Kolejną osobą z którą zamieniłam parę słów był wspomniany już wcześniej mój ulubiony Norweg Vegard Swensen. Nie ma to jak rozmowa na skoczni o mięcie hahaha :D



paparazzi nie śpią :D

Chwile grozy wszyscy przeżyliśmy kiedy to po skoku na odległość 130,5 metra Norweski skoczek Ole Marius Ingvaldsen miał groźnie wyglądający upadek.  Otarcia twarzy i bardzo bolesny uraz kolana. Smutno ponieważ po tak dalekim skoku z pewnością znalazłby się na podium zawodów. 
Konkurs ostatecznie wygrał Atle Pedersen Roensen, drugi był ponownie Słoweniec Matic Benedik a trzeci Polak Jan Ziobro. 



Matic Benedik hmm czyżby kolejny skoczek, który zasługuje na miano uroczego? chyba tak :).
Ze skoczni razem z Eweliną przeniosłyśmy się do pensjonatu po drodze zamawiając wielką pizze. Hmm pizza ponad 50 cm - takie rzeczy tylko w Wiśle :D. A zapomniałam dodać, że cud się stał ponieważ jechał autobus :D. Po kilkudziesięciu minutach dołączyły do Nas Asia z Anetą i wspólnie urządziłyśmy sobie prezentację zrobionych fotek :).
Wieczór spędziłam oczywiście w Sofie no bo gdzie indziej w Wiśle... hmm odbyłam tam bardzo sympatyczną konwersację z jednym z norweskich skoczków. Zdecydowanie było to bardzo mile spędzony czas. Oby więcej takich inteligentnych ludzi w tym skokowym świecie.
Taki był właśnie Puchar Kontynentalny w Wiśle. Dziękuję Asi, Anecie i Ewelinie za towarzystwo, fotki oraz wsparcie. Vi za wsparcie telefoniczne :) bez Was byłoby trudniej!

Ancik