17 lipca 2013

Divokej Bill - 15 Praga

Ahoj,
właśnie wróciłam z dwutygodniowego, czeskiego obozu i mogę nadrobić blogowe zaległości. O obozie jeszcze będzie okazja napisać ale najpierw o tym co przyjemniejsze tzn. o ostatnim koncercie w Pradze na którym miałam okazję robić zdjęcia.
Pierwotnie praski koncert grupy Divokej Bill będący cześcią jubileuszowej trasy koncertowej "15" miał się odbyć 5. czerwca ale z powodu powodzi został przełożony na 25. czerwca. Zmianie uległo również miejsce w którym koncert się odbywał. Po pierwsze cieszę się, że w ogóle udało się znalezć termin rezerwowy i, że mogłam się na niego wybrać.
Grupa Divokej Bill ewidentnie nie miała szczęścia do pogody w Pradze. Również 25. czerwca cały dzień okropnie lało. Nie było też zbyt ciepło. Na szczęście wieczorem deszcz zdecydowanie zmalał i w nieprzemakalnej kurtce można było spokojnie szaleć pod sceną.
Już dużo wcześniej miałam załatwioną opaskę prasową, która podobnie jak na kilku poprzednich koncertach umożliwała mi robienie zdjęć pod samą sceną.
Szkoda, że na koncercie nie było Adama ale rozumiem Jego decyzję. Są rzeczy ważne i ważniejsze a samoloty to przecież Jego największa miłość. W związku z tym, że przez cały koncert miałam robić zdjęcia nie było sensu, żebym szła tam z kimś bo i tak nie miałabym czasu.
Koncert miał się rozpocząć o godzinie 19:30 a ja na miejscu pojawiłam się ok 19:00 było więc jeszcze sporo czasu na piwo. Hmm zdecydowanie nie umiem sobie już wyobrazić dnia bez piwa. Ahhh te Czechy, co one ze mną zrobiły :D.


Warto podkreślić, że podobnie jak grupy Sunshine, Mig 21, Vypsana Fixa, Mandrage, itd  również grupa Divokej Bill należy do jednych z pierwszych czeskich zespołów z którymi zetknęłam się kiedy rozpoczęła się moja wielka fascynacja Czechami. Skutkiem wieloletniego słuchania jest to, że znam  prawie wszystkie piosenki na pamięć. Często wracam pamięcią do sytuacji z PŚ 2008 z Zakopanego kiedy to wspólnie z czeskim skoczkiem narciarskim Borkiem Sedlakiem śpiewaliśmy Jego ulubioną  piosenkę "Plakala" z repertuaru DB idąc dość pózną porą Krupówkami :D.

Nowa jubileuszowa płyta DB zatytuowana po prostu "15" (od tylu lat istnieje grupa Divokej Bill) również zyskała moją sympatię. Energetyczne, pozytywne piosenki szybko wpadły mi w ucho.


Bezpośrednio przed rozpoczęciem koncertu miałam możliwość obserwowania przygotowań grupy do występu. Za kulisami zazwyczaj dzieją się ciekawe rzeczy tutaj nie było inaczej. Pogoda zaczęła się poprawiać dlatego też przeniosłam się pod scenę, żeby zając dogodne miejsce.
Ludzi było sporo jak na tak kapryśną pogodę. Większość wyposażona w płaszcze przeciwdeszczowe i kalosze. Hehe zabawny widok...
Jak w każdym zespole i w przypadku DB mam swojego ulubieńca. Jest nim grający na skrzypcach Adam Karlik, który ma naprawdę niesamowity uśmiech.


Aż miło robić mu zdjęcia. W ogóle cały zespół wygląda na bardzo pozytywny. Po raz pierwszy widziałam ich na żywo i muszę przyznać, że są świetni. Dobry kontakt z fanami, ciekawe wstawki tekstowe między piosenkami i dowcipny Stepan tworzą perfekcyjną całość. 
Zespół sprytnie łączy kilka gatunków muzycznych...wiodący to pop rock ale znaczącą rolę odgrywa również spora domieszka folku oraz co ciekawe celtic rocku. 
Ten mix brzmi naprawdę bardzo ciekawie a charakterystyczny głos głównego wokalisty Vaclava Blahy robi wrażenie. 




Kiedy rozbrzmiewały kawałki takie jak "Plakala", "Malovani", czy "Sit" miałam ochotę śpiewać. Niestety opaska prasowa ma jeden minus mianowicie nie należy śpiewać, nie należy poruszać się w rytm muzyki tzn po prostu nie można odpowiednio przeżyć koncrtu.  Ale jak to w życiu bywa coś za coś...
Nagięłam trochę zasady i ukradkiem zaśpiewałam prawie całą piosenkę "Malovani" hmm nie mogłam się oprzeć. Niestety zauważył to jeden z członków zespołu Roman i "skomentował" to uśmiechem... 
Zawstydziłam się i postanowiłam się pohamować i nie śpiewać kolejnych piosenek :).

Korzystając z okazji, że można było robić zdjęcia przez cały czas trwania koncertów testowałam różne ustawienia aparatu. W oświetleniu wykorzystano kilka rodzaji świateł i żeby zrobić wyrazne zdjecia trzeba się było trochę nagimnastykować. Nie pomagał również deszcz, który padał ze zmienną siłą. 



Pomimo tego, że dopadła mnie już depresja związana ze zbliżającym się wielkimi krokami wyjazdem najpierw na obóz a potem do Warszawy bawiłam się całkiem dobrze. Miło było powrócić do początków swojej fascynacji Czechami a sam koncert skłonił mnie do głębokich przemyśleń. W następstwie doszłam do wniosku, że fakt iż zakochałam się w Czechach to najlepsze co mnie w życiu spotkało. Wszelakie konsekwencje tej miłości sprawiły, że jestem aktualnie szczęśliwym człowiekiem z celami i priorytetami oraz swoim miejscem na ziemi. A to przecież kwintesencja egzystencji!



Koncert skończył się ok. godziny 22:00. Chłopcy dwukrotnie bisowali ponieważ fani nie chcieli wypuścić ich ze sceny. W przerwie miał miejsce chrzest albumy "15" w którym wziął udział punkowy zespół Rybicky 48 oraz wokalista zespołu Wohnout. Nie zabrakło również alkoholu :).

Na koniec jeszcze jedna z moim zdaniem najlepszych piosenek z albumu "15".


Mejte se hezky 
Anicka

Instagram


29 czerwca 2013

United Islands Prague 2013

Ahoj,
w piątek i sobotę 21 i 22 czerwca wzięłam udział w bardzo sympatycznym międzynarodowym festiwalu United Islands w Pradze. Początkowo miałam robić tam zdjęcia ale ostatecznie pomagałam przy organizacji i do tego pstrykałam fotki. Oprócz bardzo ładnej koszulki w kolorze morskim otrzymałam, jedzenie z KFC hehe, akredytację medialną umożliwającą mi wejście pod samą scenę oraz stałam się przyjaciółką festiwalu. Całkiem sympatycznie zważywszy na to, że nie jestem Czeszką.
Na festiwalu występował według mnie najlepszy polski zespół Zakopower, ale niestety nie udało mi się ich zobaczyć ponieważ w tym samym czasie robiłam wywiad z Sunshine. Hmm no cóż nie można mieć wszystkiego... Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo żałuję ponieważ zobaczyć Zako w Pradze to by było naprawdę coś.
Być może co się odwlecze to nie uciecze. Są poczynione już pewne kroki w tym kierunku aby chłopcy z Zakopower szybko do Pragi powrócili.

Piątek w parku Ladronka (bo tam odbywał się festiwal, miejsce rezerwowe w związku z powodziami)

był szaleńczy. Najpierw spotkanie z osobą zajmującą się wolontariuszami i pomocnikami. Pan delikatnie mówiąc bardzo niesympatyczny (tak, w Czechach też się zdarzają tacy ludzie :D) i nie przekazał nam w zasadzie żadnych informacji. Poznałam natomiast bardzo sympatyczną dziewczynę Klarę z którą wspólnie przechadzałyśmy się po całym parku.
Upał niemiłosierny do tego niewielu ludzi w godzinach przedpołudniowych dlatego też słuchając muzyki konwersowałyśmy sobie na ławce :). Mam nadzeję, że z Klarą pozostaniemy w kontakcie :)
Z Ladronki w zastraszająco szybkim tempie przetransportowałam się do domu (dodam, że to drugi koniec Pragi), gdzie się wykąpałam, przebrałam i spakowałam rzeczy niezbędne do wywiadu z Sunshine. Następnie pojechałam w tym samym kierunku ale odrobinę dalej.
Resztę wieczoru i kawałek nocy spędziłam na koncercie i afterze z Sunshine, ale o tym w poprzedniej notce.

Niedziela była już o wiele bardziej interesująca. Generalnie miałam zgłosić się do pracy dopiero około godziny 16:00 ale ponieważ o 11:45 grała koncert kapela, którą chciałam zobaczyć postanowiłam pojawić się dużo wcześniej. Meldując się otrzymałam zapas wody mineralnej, nową opaskę prasową i polecenie, żebym robiła zdjęcia. Wyruszyłam więc...
Zgodnie z planem o 11:45 na scenie ceske sporitelny pojawiła się czeska grupa Sunflower caravan. Jakieś dwa miesiące temu przypadkowo natrafiłam na jedną ich piosenkę. W tym czasie brali udział w  konkursie na youtube na najlepszą czeską, młodą kapelę. Przesłuchałam i bardzo mi się spodobał ich styl... znalazłam kolejne piosenki i zdecydowanie większość mi odpowiadała. 
Muzyka jaką grają to taki swoisty mix muzyki alternatywnej, popu, rock'n'rolla, power popu, i indie.
Bazują głównie na instrumentach klawiszowych co nadaje ich twórczości oryginalności. 
Przyjemne dla ucha oraz dla oka :) 





Zdecydowanie polecam SUNFLOWER CARAVAN!!!

Po koncercie przyszedł czas na obiadek. Uwielbiam jedzenie na festwalach w Czechach w odróżnieniu od Polski jest wiele rzeczy do wyboru łącznie z daniami kuchni wegetariańskiej. W miejsce KFC zaserwowałam sobie ryż z gulaszem sojowo-warzywnym mniam paluszki lizać :) do tego zimne piwko i byłam naprawdę bardzo szczęśliwa. Dzień bez piwa w Czechach jest po prostu dniem straconym. 
Następnie słysząc genialne brzmienie gitar dotarłam pod scenę CS. W momencie kiedy zobaczyłam jednego z gitarzystów stwierdziłam, że zostaję mrau. Kapela Mounth Stealth bo o niej właśnie mowa pochodzi z Luksemburga. Zaprezentowali energetyczną, inspirującą muzykę i wcale nie brakowało śpiewu...Fajnie było zetknąć się z ich twórczością... pewnie gdyby nie United Islands nigdy bym się o istnieniu takiej grupy nie dowiedziała. Ah takie festiwale mają swoje plusy :)



To co z gitarą robi chłopak na zdjęciach powyżej to po prostu MISTRZOSTWO! Dawno już żaden gitarzysta tak mnie nie zafascynował oczywiście swoimi umiejętnościami :D.


Kolejny koncert, który postanowiłam zobaczyć to koncert z lekka psychodelicznej czeskiej grupy Midi Lidi.  Hehehe kiedy myślę Midi Lidi od razu zaczynam śpiewać dziwaczny do granic możliwości song "Rad varim". He he he wokalista jest tak specyficzny, że drugiego takiego chyba jeszcze nigdzie nie spotkałam. Jego miny, ruchy, taniec ahhh. Muzyka jaką grają to zdecydowanie psycho-elektro. 
ML byli według mnie największą czeską gwiazdą tego festiwalu. Niestety jeśli chodzi o czeskie grupy rewelacji w line-upie nie było, a szkoda bo możliwości festiwalowe były naprawdę bardzo duże. 



Mimo wszystko na koncercie ML bawiłam się najlepiej... przyszło bardzo wielu ludzi a wokalista miał z nimi po prostu genialny kontakt. A ja zakręciłam się na punkcie piosenki "Rano", którą śpiewałam jeszcze kilka dni po festiwalu. 


Kiedy Midi Lidi zeszli ze sceny wróciam na Ladvi aby chwilę odpocząć i sie przebrać. O 20:00 ponownie stawiłam się na Ladronce, gdzie umówiłam się z Zuzą i Viktorem :). Pogadaliśmy sobie porządnie ponieważ był to nasz ostatni meeting przed moim wakacyjnym wypadem do Polski. Siedząc na trawie, pijąc piwo i zajadając się bramborakiem, który po majalesu w Brnie po prostu uwielbiamy słuchałyśmy muzyki Aloe Blacc'a.


Wielki, kaloryczny ale przepyszny placek ziemniaczany zwany BRAMBORAKEM :)

Celowo piszę, że słuchaliśmy ponieważ z powodu dużej ilości ludzi usiedliśmy bardzo daleko. Hmm w sumie koncert bez rewelacji... faktem jest, że wszyscy znają zaledwie jedną piosenkę tego artysty mianowicie "I need a dollar" (niestety również znajduję się w tej grupie :D) także większych emocji zdecydowanie nie było :D
Festiwal zakończył się stosunkowo wcześniej bo o godzinie 23:00 rozpoczęto sprzątanie co mnie osobiscie zaskoczyło. W parku zostało wielu ludzi, piło, bawiło się, konwersowało wypadałoby aby puścili chociaż jakąś muzykę ale niestety organizatorzy o tym nie pomyśleli. 
Udaliśmy się więc w miasto hahaha piwo, KFC i nieudane disco Roxy mega wieczór :)
Warta odnotowania jest również moja konwersacja z Viktorem o Vansach i polskich zboczonych piosenkach :D.

Bawiłam się świetnie, nie będę ukrywać, że lubię takie aktywne dni!
I hate nuda!!!

Anicka

Instagram


27 czerwca 2013

Najlepszy zdecydowanie SUNSHINE!

Ahoj,
miniony weekend był dla mnie bardzo bogaty w różnorakie wydarzenia muzyczne.
Sprytnie połączyłam ze sobą międzynarodowy festiwal United Islands (na, którym pomagałam przy organizacji a także robiłam zdjęcia), koncert grupy Sunshine oraz dzień policji na Letnanach.
Nie ukrywam, że kosztowało mnie to bardzo wiele energii ale  teraz wiem, że zdecydowanie było warto. O UI jeszcze napiszę ale najważniejszym wydarzeniem było niewątpliwie spotknie z Sunshine.


Celowo napisałam spotkanie, ponieważ taki obrót przybrały sprawy :)
Mogę zdradzić, że już niedługo rozpoczynam pracę na jednej z muzycznych stron internetowych. Z pewnością nikogo nie zdziwi fakt, że będę pisała o czeskiej muzyce... Wpadłam na pewien pomysł i jeśli uda mi się go zrealizować być może już niedługo kilka czeskich grup odniesie sukces również w Polsce, ale do tego jeszcze dość długa droga...


W związku z tym, że przygotowuję swój pierwszy duży felieton musiałam zdecydować się na wybór zespołu, który szczegółowo opiszę. Nie było to łatwe zadanie ponieważ namiętnie słucham trzech czeskich grup o których wspominałam już w nie jednym poście. Po długich przemyśleniach postawiłam na zespół, którego słucham jeśli dobrze liczę najdłużej tzn. na grupę SUNSHINE.

Ponad miesiąc temu umówiłam się na wywiad z zespołem, na podstawie którego powstanie felieton. Po długim oczekiwaniu wywiad odbył się w miniony piątek w Pradze tuż przed koncertem będącym częścia pierwszego roczniku rowerowego festiwalu BIKE BEET FEST.


Do wywiadu podeszłam bardzo profesjonalnie pracując nad pytaniami od czasu kiedy otrzymałam maila z informacją, że wywiad sie odbędzie. Zmieniałam, poprawiałam, szperałam w sumie do ostatniej chwili.
W tym miejscu wielkie dzięki dla A za pomoc w uszeregowaniu pytań :) Ostatecznie powstało 32 pytania.
W piątek kilka godzin przed koncertem zadzwoniłam do managerki zespołu, żeby upewnić się, że wywiad jest nadal aktualny. Następnie wyposażona w dyktafon i aparat wyruszyłam na drugi koniec Pragi...
Dotarłam chwilę wcześniej więc mogłam się jeszcze rozejrzeć po parku w którym odbywał się cały festiwal. Odludzie, drinki i dziwne zapachy :D tak chyba należy podsumować tę imprezę ale w tym dniu to kompletnie nie miało znaczenia.

Byłam naprawdę bardzo zestresowana ponieważ już dawno nie robiłam wywiadu z grupą, którą bardzo lubię i której namiętnie słucham. Dodatkowo nie czuję się komfortowo rozmawiając po czesku z ludzmi, którzy mnie nie znają i, którzy są jakby nie patrzeć moimi idolami. W tym przypadku mam na myśli wokalistę Kaya, którego styl odpowiada temu mojemu a Jego wskazówki muzyczne, które raz w tygodniu publikuje na swoim blogu niejednokrotnie zasugerowały mi zespoły, których akualnie słucham.
Tak czy siak lata fanynkowania mam już dawno za sobą ale niestety stres zaatakował mi brzuch,  i umiejscowił się gdzieś głęboko w żołądku...
Mimo wszystko byłam przekonana, że pytania są porządnie przygotowane i, że dam sobie radę.
Managerka zabrała mnie na backstage, gdzie przedstawiła mnie Kayovi... pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to jak jest wysoki na scenie tego tak bardzo nie widać. Potem Jego fryzura, która jak dla mnie jest genialna... Podałam mu rękę i zaczęliśmy rozmwiać. Na początku pochwalił mój czeski (najprawdopodobniej grzecznosciowo) potem kilka pytań o to co właściwie tu robię. Ja opowiedziałam dlaczego postanowiłam napisać tekst o grupie SUNSHINE i skąd się wzięła moja fascynacja Czechami i czeską muzyką. Jak już wcześniej wspominałam profesjonalnie podchodząc do wywiadu nie spodziewałam się, żadnej swobodnej rozmowy w związku z czym zdziwienie i zdenerwowanie z minuty na minutę rosło.

Przed rozpoczęciem zadawania pytań przeprosiłam za
wszelakie błędy w wymowie i brak akcentu. Obiecałam, że będę się starała ze wszystkich sił mówić jak najlepiej :).
Muszę przyznać, że z Kayem bardzo przyjemnie się rozmawia.  Ma On dużo do powiedzenia i w zasadzie o nic nie musiałam się dopytywać. Niektóre pytania Go rozśmieszyły, inne lekko zirytowały ale na tym to przecież polega. Odpowiedział na wszystkie a wywiad trwał grubo ponad 40 min, czyli dość długo :)

Ogromnie cieszy fakt, że rysuje się spora szansa na zorganizowanie koncertu zespołu w Polsce... No nie ukrywam,że dla mnie to by było coś fantastycznego!!!
Wracając do wywiadu najbardziej zabawna była sytuacja kiedy Kay zabił komara, który nie chciał się ode mnie odczepić prześladując mnie dobre 10 minut hehe.
Po zadaniu ostatniego pytania Kay musiał biec na próbę dzwięku także pożegnał się ze mną słowami, "jeszcze się potem zobaczymy". Uff byłam strasznie szczęśliwa, że miałam to już za sobą. Emocje opadły i mogłam spokojnie zająć się tym co lubię najbardziej czyli robieniem zdjęć. Zapytałam jeszcze sympatycznej managerki gdzie mogę dreptać z aparatem. Odpowiedziała, że wszędzie... hym
Porozmawiałam  z Nią również o naszym pazdziernikowym projekcie i ewentualnym udziale grupy Sunshine w tym przedsięwzięciu. Wygląda na to, że może się to udać :).


Sam koncert oczywiście genialany, abstrahując, że nie zagrali żadnej z moich ulubionych piosenek. Nie było "Moon Rats", "Tokyo Bassline" oraz "Astrogen Nostalgia". Ahh zaczynam się przyzwyczaiać, że każda grupa na której koncert się udaje nie gra moich ulubionych piosenek :( smutne to ale cóż zrobić.

Zdjęcia robiło się przyjemnie, pomagało dobre ustawienie sceny no i to, że mogłam wejść właściwie wszędzie...niestety zawiodły trochę światła i nie mogłam złapać ostrości na basiście Tuzexie :(
Świetnie natomiast oświetlony był Kay, dlatego mogłam poszaleć fotografując Jego tatuaże oraz fryzurę.

Sunshine zdecydowanie reprezentuje światowy poziom... ale o tym wspominałam już niejednokrotnie. Świetne teksty, energetyczne brzmienie gitar sprytnie połączone z elementami elektro tworzą idealną całość. Do tego charyzmatyzny lekko surowy głos Kaya...
Po prześledzeniu wszelakich aktywności w jakie poza grupą Sunshine zaangażowany jest Kay oraz po moim wywiadzie muszę przyznać, że jest to straszliwie intrygujący człowiek. Początkowo myślałam, że jest ostry i nieprzyjemny ale szybko okazało się, że były to mylne przypuszczenia. Jest zabawny, rozmowny i strasznie sympatyczny.
Ogromnie się cieszę, że mimo błędów językowych przyjęto mnie bardzo ciepło. Mam nadzieję, że nawiążemy współpracę przy moim sportowym projekcie i, że już niedługo ponownie zobaczę grupę Sunshine na żywo. W sumie zawsze mogę wybrać się na Bounce Bounce skoro już mam zaproszenie :).
Po koncercie zgodnie z umową porozmawiałam sobie jeszcze z Kayem no i chłopcy podpisali mi moją ulubioną płytkę "MGKK Telepathy"... dobrze, że udało się ją przesłać z Polski na czas :) Kay mnie wyręczył i pozbierał mi autografy od wszystkich :) hmm i już zapomniałam o złamanym pudełku :D hehehe. Generalnie jak pisałam wcześniej nie potrafię się już zachowywać jako zafiksowana fanka ale takie pamiątki bardzo lubię :). Mój plan przyozdobienia pokoju w różne muzyczne pamiątki już niedługo może zostać zrealizowany.

Żegnając się z Kayem i z Martinou wymieniłam jeszcze kilka spostrzeżeń odnośnie tego gdzie w Polsce można byłoby zagrać koncerty i z kim nawiązać współpracę. Nie powiem jest kilka pomysłów teraz tylko należy je w ciekawy sposób przedstawić odpowiednim ludziom.
Zobaczymy jak będzie...

Największe zaskoczenie przyniosło jednak sobotnie przedpołudnie ale to już zostawie dla siebie.

Podsumowując piątkowy wieczór był naprawdę genialny.
Fajni ludzie, ciepłe przyjęcie, niesamowity koncert oraz wiele interesujących pomysłów i sugestii.


Kayi, Martino Dekuju moc!!! a doufam brzy navdenou :)
a na koniec jeszcze "Tokyo Bassline" w wersji najlepszej czyli koncertowej!



Anicka

Instagram

16 czerwca 2013

Prywatny MIG 21...


Ahoj,
to, że moje życie bogate jest w szereg dziwacznych zdarzeń to już zdąrzyłam zaakceptować, ale to co sie dzieje ostatnimi czasy poważnie zaczęło mnie zastanawiać.

W miniony piątek dzięki uprzejmości mojej koleżanki z pracy - Klary udałam się do małej miejscowości o nazwie Chotemice. W tej o to malowniczo położonej wiosce oddalonej od Pragi o jakieś 150 km istnieje: "Vesnicky, hudebni klub Chotemic" w dokładnym tłumaczeniu jego nazwa brzmi "Wiejski, muzyczny klub Chotemice". Nazwa zaiście prowincjonalna ale to co założyciel i zarazem organizator Vaclav Koubek serwuje członkom klubu to coś fantastycznego. W każdy piątek i sobotę od początku czerwca do końca sierpnia w tamtejszej stodole występują najpopularniejsze czeskie zespoły.
Dodam, że Vaclav Koubek jest dobrym znajomym Klary. Klara wiedząc, że uwielbiam grupę MIG 21 zaproponowała abym jechała wspólnie z Nią i jej rodziną na koncert. Miałam już wprawdzie inne muzyczne plany ale taka okazja mogła się już nigdy nie powtórzyć, także pozmieniałam wszystko i pojechałam.
Droga choć długa (jak to w piątek) była bardzo przyjemna. Kiedy dojechaliśmy, przywitał mnie typowo sielski obraz. Pola, łąki i stodoła w której miał się odbyć koncert.


Rozstawiliśmy namiot, i przy piwku prowadziliśmy konwersację o zespole MIG 21 ale nie tylko. 
Poznałam kilku znajomych Klary i starałam się wczuć w klimat. Muszę przyznać, że było bardzo sympatycznie no i to ciemne pivo Bernard mniam. Do tego serwowano hermelin z grila ze śliwkami. Nie mogłam się opszeć i spróbowałam - przepyszny. 


Spotkanie klubu było połączone z oblewaniem narodzin córki organizatora, także naprawdę  dużo się działo.
Sam koncert rozpoczął się chwilę po godzinie 20:00. Z Pragi zabrałam ze sobą aparat z nadzieją, że będę mogła robić zdjęcia. Jako osoba ogarnięta zapytałam jednak Pana Koubka czy legalnie mogę fotografować. Odesłał mnie z tym pytaniem do zespołu. Jako, że w pamięci miałam dziwaczną akcję z Jihlavy poprosiłam Klarę aby poszła i zapytała. Wróciła z pozytywną infromacją. Jeszcze wtedy nie znałam zabawnej historii związanej z zadaniem tego pytania. Poznałam ją dopiero po koncercie ale o tym pózniej. 
Koncert oczywiście genialny, dodatkowo setlista, którą znałam już na pamięc ku mojej radości była zmieniona. Oprócz piosenek granych na każdym koncercie chłopcy dorzucili np. song pt. "Barbekju". 
Było to niewątpliwie urozmaicenie...
Oprócz fotografowania, tańczyłam a przede wszystkim śpiewałam. Nieskromnie mówiąc znam wszystkie piosenki tej grupy i nareszcie mogłam puścić w świat swoją umiejętność :D.
Jirka Machacek oczywiście jak zawsze bezbłędny. Tak potrafi porwać publiczność, że nikt nie stoi w miejscu. W pełni zasługuje na miano showmana. 



Wyjątkowo dobrze mi się tego dnia fotografowało a w tańcu nie przeszkadzał nawet ciężki aparat. Lekko przerobiona stodoła nadawała koncertowi specjalnego, delikatnie prywatnego klimatu.
Stojąc bardzo blisko miałam możliwość dokładnej obserwacji czełonków zespołu. Moją uwagę tym razem przykuł perkusista, który miał genialną, żółtą koszulkę i brązowe okulary. Zawsze najdokładniej przyglądam się perkusistom ponieważ analizuję ich umiejętności. Od kilku miesięcy uczę się grać na perkusji dlatego to dla mnie tak istotne. Tak czy siak Honza, bo tak na imię perkusiście tak uroczo wczuwał się w śpiewanie. Aż miło było na Niego patrzeć :).



Mam ostatnio obsesję na punkcie żółtego koloru, nie wiem skąd mi się to wzięło ale stało się to faktem. 
Scena nie była zbyt duża dlatego nie było spektakularnych ruchów tanecznych Pavla Hrdlicky. Szkoda, bo jest to interesujący widok :D. Doceniam natomiast próby kreatywnego przemieszczania się z trąbką z jednego końca sceny na drugi :D.


Nie mogło zabraknąć mojej ulubionej piosenki "Ho Ka He" dodam, że nikt z przybyłych nie znał tekstu tfu tzn znałam ja :) i oczywiście śpiewałam :). Chociaż tym razem nie było nieporadnych podskoków z tam tamem wszyscy doskonale się bawili. 
Mniej więcej w połowie koncertu na scenie pojawił się organizator już lekko podpity i przyniósł chłopakom szampana. Wspólnie oblali laleczkę symbolizujacą małą Emę. Następnie zaczęli improwizować i stworzyli piosenkę, której tematem przewodnim była oczywiście Ema. Jirka zdecydowanie poszalał zapodając tekstem "Ema, Ema, kozy jeste nema" co znaczy dokładnie "Ema, Ema, cycków jeszcze nie ma" :D ... zdecydowanie utrzymane w klimacie groteskowych tekstów większości piosenek MIG 21. 



Koncert trwał ponad dwie godziny... dość długo ale oczywiście chciałam więcej :). Po koncercie wspólnie z Klarą, Hanką i ich mężami wypiliśmy jeszcze kilka piw i zelenou ahhh. Śmieliśmy się również z różnic  występujących w języku polskim i czeskim.  Okazuje się, że jest ich naprawdę sporo a wiele z nich jest bardzo zabawna. Stojąc pod imponująco wyglądającym drzewem zdradziłam Klarze, że podoba mi się ten perkusista. Hahaha nie ma to jak wyznania po alkoholu.
Po jakiejś godzinie zostałyśmy same z Klarą więc postanowiłyśmy udać się do baru po kolejne piwo.
Przy barze spotkałysmy nikogo innego jak samego perkusistę :D, który przywitał nas słowami "ooo to ty!" będąc bardzo zaskoczona odpowiedziałam "ja hmm ale co ja?" z uśmiechem uświadomił mnie, że widział iż na koncercie śpiewałam wszystkie piosenki. Ucieszyłam się, że ktoś to zauważył i to na dodatek ktoś kto mi się podobał :D. Zaczęliśmy rozmawiać i po tym jak powiedziałam, że jestem z Polski stwierdził "aaaa to ty jesteś ta Anicka, my już o tobie wiemy" - "super" pomyślałam na jaw wyszła  akcja z Jihlavy ale po chwili się okazało, że to Klara pytając o to czy mogę robić zdjęcia na żart jednego z członków grupy brzmiący "jak się przed nami rozbierze może robić zdjęcia" odpowiedziała "Anicka się nie rozbierze, jest z katolickej Polski" :D. Hehehe nieważne, ważne, że był prestekst do dialogu. Tak się przyjemnie rozmawiało, że przegadaliśmy w zasadzie pół nocy. Honza bo tak ma na imię to świetny facet. Nie dość, że przystojny, ma zajefajne okulary to jeszcze studiował historię, lubi Robbiego Williamsa i żółty kolor. Dobra kombinacja. Miałam możliwość zapoznać się z całą grupą. Pogadałam sobie z Jirkou Machackem głównie opowiadając mu jak to na tekstach grupy MIG 21 ćwiczyłam swoje umiejętności językowe oraz wspólnie trenowaliśmy poprawną wymowę CH w Jego nazwisku. Hahaha było bardzo zabawnie. Trochę cięższy dialog zaliczyłam z Pavlem Hrdlickou, który opowiadał o współpracy z Agnieszką Holland i kiepskimi relacjami polsko-czeskimi. 
Wszyscy byli zaskoczeni moim zamiłowaniem do Czech, uiejętnościami językowymi i tatuażem z czeską flagą. Nie powiem sprawiło mi to wielką satysfakcję - zarządzałam :).
Genialny wieczór po prostu genialny... 
Klaro wielkie dzięki, że mogłam tam być!

I LOVE CZECH REPUBLIC, I LOVE MIG 21!!! 

Anicka

Instagram

10 czerwca 2013

A po nocy przychodzi dzień a po burzy spokój...

Ahoj,
po kilku ciężkich dniach jakie miałam w poprzednim tygodniu wszystko powoli wraca do normy. Ponownie się uśmiecham, myślę o pozytywnych rzeczach i cieszę się tym, że nadal jestem w Czechach. Ahh tak bardzo nie chcę wracać do Polski. Ostatnie miesiące dobitnie pokazały mi, że moje miejsce jest w Czechach, że powinnam zostać w Pradze.

Skoro o Pradze mowa, to miasto zbiera się po powodzi jaka nawiedziła nas tydzień temu. Ja również chcąc wyrazić moją wdzieczność za wszystko co dobrego mnie w tym mieście spotkało zgłosiłam się do sprzątania ZOO. To zupełnie inny wymiar wolontariatu. Ciężka praca w miejsce sportowych przyjemnościa ale to poczucie, że robi się coś dobrego, że pomaga się ludziom i zwierzętom jest tego poświęcenia warte.
Część praskiego ZOO wygląda naprawdę strasznie, cały czas jest tam woda i ogromne ilości błota, ale wierzę w to, że dzięki tysiącom wolontariuszy, którzy zgłosili się do pomocy przy sprzątaniu wszystko szybko wróci do normy. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem czeskiej solidarności...



foto: ZOO Praha

Tak to wszystko wyglądało przed rozpoczęciem prac. Teraz na szczęście jest już dużo lepiej...
Aby zamknąć temat powodzi to było to coś przerażającego. Ja co prawda mieszkam na górze więc tutaj woda nie dotarła ale w poniedziałek jadąc do pracy widziałam jak podniósł się poziom Vltavy... Z okna tramwaju patrzyłam też jak pęka wał wykonany z worków z piasku i jak woda wylewa się na ulicę. Już dawno nie byłam tak zdenerwowana...

Nadchodzące dni będą obfitowały w wiele wydarzeń zawodowo - rozrywkowych. Oprócz spotkań z fajną osobą, którą niedawno poznałam :) czeka mnie kilka koncertów, festiwal i meetingi dotyczące sportowego projektu nad którym od kilku miesięcy pracuję wspólnie z moim szefem. 
Ahh jestem strasznie pozytywnie nastawiona... mam nadzieję, że wszystko wyjdzie tak jak sobie tego życzę. 

Wywiad się tworzy, muzyka pomaga... a skoro o muzyce mowa to wrzucę kawałek, który motywuje mnie każdego dnia do wyjścia z domu...
Oczywiście... genialna czeska grupa Sunshine i piosenka "Keith Avenue 9 PM" < < < Polecam!


Ważnym wydarzeniem ostatnich dni jest również info o tym, że wygrałam główną nagrodę w jednym z internetowych konkursów. Dwa miesiące temu napisałam dziwaczną rymowankę na temat dezedorantów Lady Speed Stick. W sumie to szybko o tym zapomniałam ale w piątek otrzymałam maila z informacją, że zajęłam pierwsze miejsce i otrzymuję bon na kwotę 1000 zł na zakupy ubrań w sklepie answear.com.... Hmm super, ponieważ nareszcie będę mogła sobie kupić różowo - żółte Vansy,  które od jakiegoś czasu bardzo mi się podobają :) i jeszcze coś dorzucę. 
Szczerze mówiąc a właściwie pisząc nie wierzyłam w to, że w takich konkursach faktycznie można coś wygrać. Myślałam, że większość jest ustawiona a tu proszę takie przyjemne zaskoczenie. 

Podsumowując po okropnych wydarzeniach zeszłego tygodnia teraz otrzymuję rekompensatę w postaci samych dobrych wiadomości.. Cóż takie jest życie, najpierw dostajesz potężnego kopa w tyłek żeby za chwilę wszystko szło jak po maśle...

"A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój..."

Anicka


3 czerwca 2013

Do widzenia Lalu :(

Ahoj,
nie tam miał wyglądać mój czerwiec. Powinnam być teraz w domu w Warszawie! Zdecydowałam się jednak po kuszącej propozycji pozostać jeszcze półtora miesiąca w Pradze. Pieczałowicie zaplanowałam cały czerwiec łącząc prace w CPD, prace nad projektem z serią koncertów i festiwalów. Szybko jednak dotarło do mnie, że nic nie należy planować z wyprzedzeniem.
Moje plany brutalnie pokrzyżowała pogoda... Przez kiludniowe opady deszczy w Pradze wylała Vltava i mamy tu aktualnie powódz. Nie wygląda to niestety zbyt optymistycznie. Wszystkie niżej położone części Pragi są pod wodą, prowadzone są ewakuacje, metro jest w zasadzie nieczynne... w całych Czechach wprowadzono stan klęski żywiołowej.
Na szczęście mieszkam na górce więc póki co jestem bezpieczna. Nie zmienia to jednak faktu, że z powodu powodzi odwołano już jeden z koncertów na który się wybierałam obawiam się, że odwołają i ten środowy....
Powódz powodzią, koncerty koncertami ale najgorsza informacja przyszła z Warszawy dzisiaj.
Chwilę przed godziną 8:15 rano odeszła moja ukochana szynszyla Renia.
Jestem zdruzgotana ponieważ była to najbliższa mojemu sercu istota. Kochałam ją najbardziej na świecie... Najgorsze, że nie byłam przy niej, że nie zdążyłam jej przytulić, pożegnać się z Nią. Ostatni raz trzymałam ją na rękach dwa miesiące temu :( Nie wybaczę sobie, że nie byłam przy Niej :( :( :( nigdy sobie tego nie wybaczę...

Pozostają tylko zdjęcia oraz wspomnienia tych wszystkich wspólnie spędzonych lat.



Lalu, na zawsze pozostaniesz w moim sercu!!! 

Anicka


20 maja 2013

Ashek w Pradze...

Ahoj,
w miniony poniedziałek odwiedził mnie w Pradze Ashek. Prawdę mówiąc wcale nie przyjechał ze względu na mnie chodziło jej raczej o koncert j-rockowego zespołu Plunklock :D ale o tym pózniej.
Poniedziałkowy wieczór upłyną nam pod znakiem rozmów, piwie oraz rewelacyjnej pizzy ze śmietaną, szpinakiem i kukurydzą w pizzerii Giovanni. Obie zgodnie stwierdziłyśmy, że była to najlepsza pizza jaką w życiu jadłyśmy. Abstrahując od tego, że była kaloryczna i ciężkostrawna. Ahh wszystko co pyszne jest niestety niezdrowe :/.

We wtorek zaplanowałam dla nas koncert czeskiej grupy Mandrage. Jak pisałam w poprzednich postach kiedyś bardzo lubiłam ten zespół...Teraz moje preferencje muzyczne z lekka się zmieniły ale nadal znam wszystkie piosenki. Zreszą nie będę ukrywać, że chodziło mi o małą zemstę na Ashku. Mianowicie skoro miałam się w środę męczyć na japońskim koncercie Ash miała się pomęczyć na czeskim :D. Przecież przyjechała do Czech hmm... :D
Moja podłość szybko obróciła się jednak przeciwko mnie... koncert zamiast o 19:30 rozpoczął się ok. 21.00... Niestety nikt nas nie uświadomił dlaczego doszło do takiego opóznienia. Czas umilać miał nam dj... ale mi zdecydowanie bardziej umilało piwo :D.
Koncert słaby niestety... zerowy kontakt z publicznością, widać było po chłopakach ewidentne zmęczenie... no cóż każdemu się zdarza ale... Dużo lepsze występy mieli na majalesu w Pradze i w Brnie.  Także ten koncert trzeba uznać, za mały wypadek przy pracy. Mistrzem wieczoru starsza laska z różowym aparacikiem obijająca się o mnie :D. Mimo wszystko porządnie sobie pośpiewałam i poobserwowałam Fanu Borika, który nie wiedzieć czemu niemiłosiernie mnie fascynuje :D.


koule.cz

W telewizji utrzymywano, że koncert był niesamowitym wydarzeniem. Hmm polemizowałabym. Tak czy siak byłyśmy, odsłuchałyśmy i wyszłyśmy. Jeśli chodzi o wnioski to zdecydowanie preferuję MIG 21, Fast Food Orchestre i oczywiście Sunshine ;).

Po koncercie poszłyśmy sobie na spacer po vaclavaku, moście karola i malej stranie. Było ciepło więc spacer był naprawdę bardzo przyjemny. Księżyć wyglądał jak z logo Dreamworks... Ash bardzo się podobało :). Może z wyjątkiem złowieszczych spojrzeń ludzi na ulicy, kiedy rozmawiałyśmy po polsku ale cóż zrobić :D.


W domu byłyśmy jakoś ok 1:00. Prysznic, pogawędka i spaaaać. 

W środę rano poszłam do pracy więc Ash miała szansę się wyspać. Kiedy wróciłam skoczyłyśmy na kubełek do KeFsa a potem na Zizkov w poszukiwaniu klubu w którym miał się odbyć koncert japońskiego zespołu Plunklock. Ash jest fanką j-rocka hmm... nie rozumiem tego ale cóż mam zrobić muszę akceptować :P. Ponieważ kupiła bilet VIP-owski również dla mnie postanowiłam się przemóc i iść. Japońska muzyka to zupełnie nie moje klimaty ale był sweet Pinky (perkusista Plunklocka) co było tak naprawdę jedyną mą motywacją :D. Kiedy dotarłyśmy pod klub mym oczom ukazał się obraz rodem z serialu Rodzina Adamsów. O Panie czego tam nie było wymalowani, dziwacznie ubrani ludzie... laska w sukience lalki tylko w większym formacie to była jak dla mnie psychodelia. Mimo wszystko byłam dzielna. Bilet VIP-owski umożliwał wcześniejsze wejście do klubu i gwarantował spotkanie z zespołem przed koncertem. Och jak wielka była ma radość, że zobaczę wymalowanych Japońćzyków w lateksach hmmm. Kiedy podeszłam do stołu przy którym siedzieli, próbowałam nawiązać dialog. Zagadałam do Pinkiego i powiedziałam, że też grywam na perkusji. No i tak przylgnęła do mnie etykietka "drummer girl". Cały zespoł już mnie tak nazywał :D... w sumie ciężko się dziwić byłam chyba jedyną osobą z innej bajki. W czapce z daszkiem i koszulce z Michaelem Jacksonem zdecydowanie nie wpasowywałam się w klimat. 


Kolejna ciekawa fotka do kolekcji. Szkoda tylko, że z lampą wrrh. Pinky zgodnie z moimi przypuszczeniami okazał się być naprawdę bardzo sympatyczny. Co do reszty no cóż. Wokalista ok ale blond gitarzysta wyglądał jak zjarana dziewczynka. Na koncercie zajęłam się piciem piwa i starałam się z całych sił włączyć do zabawy Po 10 minutach machania głową odpuściłam. Krzyki "kła, kła, kła", które miały zachęcać do śpiewania na mnie nie działały. Podobnie jak japoński monolog wokalisty. 
Muzyka też nie dla mnie... po pierwsze nic nie rozumiałam, po drugie było w niej mnóstwo niedociągnięć technicznych.
Nie były to zupełnie zmarnowane godziny ale też nie należały do najciekawszych w moim życiu. Cieszę się, że Ash poszalała i uznała, że koncert w Pradze był o niebo lepszy niż ten warszawski. To najważniejsze nie o mnie przecież tutaj chodziło!. Mimo wszystko drummer girl było zdecydowanie sympatyczne ;).
Po koncercie powtórzyłyśmy zabieg wtorkowy czyli prysznic, pogawędka i spanko. 

Czwartek był dniem spokojnym i bardzo dobrze ponieważ moje nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. To chyba jeszcze pozostałości po Majalesach no i wyżej opisanych atrakcjach. 
Po powrocie z pracy wypiłyśmy po owocowym Gambrinusie i z aparatem poszłyśmy w miasto. Każda okazja do popstrykania fotek jest dobra. Dlatego korzystam a i kolejne fotki się przydadzą. Początkowo zahaczyłyśmy jeszcze o kefsa again :D. To już taki kubełkowy rytuał, pozostałość jeszcze z czasów gdy Ash była fanką MJ. Szkoda, że już nie jest a miejsce króla popu zajęli dziwni Japończycy :(...

Podobnie jak we wtorek przeszłyśmy przez Most Karola, zapuściłyśmy się również w zawiłe uliczki malej strany szukając ciekawych miejsc do robienia fotek. W pewnym momencie zainspirowałyśmy nawet jedną czeską parę po tym jak pozowałyśmy przy starym murze. Nareszcie udało nam się również  zrobić sobie wspólną fotkę. Okropne, że znamy się tyle lat i miałyśmy zaledwie dwie fotki i to słabej jakości. Nigdy nie było okazji a "fotka z rąsi" nie jest niczym specjalnym. Brawo dla Pani z Rosji, która pomimo iż najprawdopodobniej pierwszy raz w życiu trzymała lustrzankę była w stanie zrobić tę oto fotkę. 



Most Karola ma swój klimat, nawet fotki wychodzą tam bardzo fajne. Pogoda zaczęła się zmieniać ale my dzielnie nadal spacerowałyśmy co chwilę zatrzymując się i utrwalając kolejne ciekawe miejsca. Coraz sprawniej posługuję się lustrzanką i czuję, że niedługo będę robić naprawdę dobre zdjęcia. Sprawia mi to wielką frajdę a to jest chyba w tym najważniejsze. Ash czym dalej wędrowałyśmy tym bardziej była zafascynowana stolicą Czech. Chyba nawet bardziej niż ja.



Znalazł się i czas na wygłupy. Tutaj pod muzeum Absyntu. Tym razem nie weszłam do środka ale chyba niedługo to zrobię. Może być to ciekawe doświadczenie. 
W niektórych miejscach do których udało nam się dotrzeć nigdy wcześniej nie byłam. Także była w tej wyprawie również nutka edukacyjna i poznawcza.


Mogłam się też po prawie 9 miesiącach mieszkania w Pradze poczuć jak prawdziwy turysta biegający z aparatem i podąrzający za tłumem. 
Aby jednak nie być do końca postrzeganymi jako turystki przeszłyśmy się trochę innym szlakiem niż tym, które opisane są w przewodnikach. Zeszłyśmy na dół do samej Vltavy i spojrzałyśmy na most Karola z innej perspektywy. Taki widok jest zdecydowanie ładniejszy....


Kiedy zaczęło porządnie padać postanowiłyśmy usiąść przy piwku pod parasolem. Ja ostatnimi czasy tak się zaklimatyzowałam, że dzień bez piwa jest dla mnie dniem straconym. Im więcej tym lepiej :D.
Znalazłyśmy zatem sympatyczną restauracje w jednej z bram. Piwo było drogie ale smakowało wyśmienicie. Spokojnie przeczekałyśmy największy deszcz i postanowiłyśmy wrócić do domu. W drodze powortnej wypowiedziałyśmy jeszcze życzenia na moście Karola. Miejmy nadzieję, że wszystkie się spełnią ;)
Żeby nie było dzień zakończyłyśmy w Maku wcinająć kurczakburgery fresh, których w Polsce nie mamy. Hmm kolejne puste kalorie... ale jak sobie założyłam w poniedziałek przez ten tydzień żadna dieta nie wchodzi w grę. Tak też było. 
Czekając na tramwaj spotkałam wokalistę zespołu Imodium, który bardzo lubię. Nie zagadałam a może powinnam.... jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to wydarzenie zapoczątkuje kolejne podobne, które zakończy się niemałą wpadką, ale o tym nie warto pisać. 
Widziałyśmy też sympatycznego dziadka Mikołaja, który jak wysiadał z tramwaju pomachał nam na pożegnanie. Hehehe serio wyglądał jak Mikołaj. 
Spać ponownie poszłyśmy bardzo, bardzo pózno. Na szczęście w piątek mogłam zrobić sobie wolne w pracy. W związku z tym rano wstałyśmy i poszłyśmy na pizze. Ash bardzo chciała jeszcze raz zjeść pizze Giovanni. Ja tym razem postawiłam na lunch składający się z zupy pomidorowej oraz makaronu z kurczakiem, pomidorami i śmietaną. Mniaaaaam!
Resztę dnia spędziłam w Jihlave... ale o tym zdecydowanie nie warto wspominać. Jeśli myślałam, że zaliczyłam już kiedyś przypał życia to chyba jednak się myliłam. Spektakularnie zabłysnęłam właśnie w piątek. Chociaż być może zbytnio przeżywam coś co w rzeczywistości nie było wcale takie straszne. Zobaczymy czy będą tego konsekwencje czy też nie. 
Wróciłam wieczorem i zabrałam się z Ashem za zgrywanie fotek, których było sporo. 
W sobotę rano Ash pojechała do Warszawy. Szkoda, że spędziła tutaj tylko kilka dni ale dobre i to. Wydaje mi się, że gdyby nie koncert w ogóle by się tu nie pojawiła ale lepsza taka motywacja niż żadna. 

Ash girl, dzięki za te kilka dni :) i sorry za to, że mimo Twoich starań nie kumam japońskiej muzyki i fascynacji całą tą otoczką. 
Mimo wszystko rządzisz!!!

Anicka