11 maja 2012

Moim zdaniem: Najlepsze aktorki.

Ahoj,
zgodnie z obietnicą po najlepszych aktorach przyszedł czas na najlepsze aktorki. Takich, które uwielbiam są zaledwie dwie to Michelle Pfeiffer oraz Geena Davis, którą dodatkowo uważam za ideał kobiecego piękna i mam nadzieję, że po prawie czterech latach przerwy wróci na wielki ekran. Pozostałe wymienione panie bardzo lubię i dostrzegam w Nich ogromny talent.

1) Michelle Pfeiffer


Filmy: "Człowiek z blizną", "Frankie i Johnny", "Młodzi gniewni", "Szczęśliwy dzień", "Głębia oceanu", "Sam", "Gwiezdny pył", "Nigdy nie będę twoja", "Powrót Batmana".

2) Geena Davis


Filmy: "Ich własna liga", "Sok z żuka", "Thelma i Louise", "Tootsie", "Długi pocałunek na dobranoc", "Wypadki chodzą po ludziach", "Mucha", "Przypadkowy bohater".

3) Sharon Stone


Filmy: "Nagi instynkt", "Diabolique", "Potężny i szlachetny", "Gdyby ściany mogły mówić 2", "Bobby", "Alpha Dog".

4) Sandra Bullock


Filmy: "Strasznie głośno, niesamowicie blisko", "Wielki Mike", "Przeczucie", "Dom nad jeziorem", "Narzeczony mimo woli", "Miasto gniewu", "Speed: niebezpieczna prędkość".

5) Jennifer Aniston


Filmy: "Żona na niby", "Tak to się teraz robi", "Kobiety pragną bardziej", "Dorwać byłą", "Gwiazda rocka", "

6) Vera Farmiga


Filmy: "W chmurach", "Sierota", "Chłopiec w pasiastej piżamie", "Kod nieśmiertelności", "Infiltracja", "Rozstania i powroty", "Aż do kości".

7) Nicole Kidman


Filmy: "Gra o życie", "Peacemaker", "Oczy szeroko zamknięte", "Inni", "Wzgórze nadziei", "Moulin Rouge!", "Australia", "Żona na niby".

8) Patricia Clarkson


Filmy: "Good night and good luck", "Cud w Lake Placid", "Zielona mila", "Elegia", "Wszyscy ludzie króla", "Miłość Larsa".

9) Viola Davis


Filmy: "Strasznie głośno, niesamowicie blisko", "Służące", "Noce w Rodanthe", "Wątpliwość", "Solaris", "Niepokój"

Dziesiąte miejsce póki co zostawiam wolne... licząc na to, że o kimś zapomniałam. Hmm nie ukrywam, że z aktorami było zdecydowanie łatwiej :) 

Mejte se fajn
Anci


7 maja 2012

Moim zdaniem: Najlepsi aktorzy...

Ahoj,
rozpoczynam mini cykl pt: "moim zdaniem"...  Jako, że ostatnimi czasy oglądam wiele filmów postanowiłam stworzyć własny ranking najlepszych aktorów. W kolejnej części pod lupę pójdą najlepsze aktorki. Pod zdjęciami wypiszę również filmy, które z udziałem danego aktora polecam.
Ajć chyba już mogę o sobie powiedzieć kinomaniaczka hmm dlatego też warto wszystkie moje opinie podsumować:)


1) George Clooney 



Filmy: "W chmurach", "Good night and Good luck"(+ reżyseria) ), "Człowiek, który gapił się na kozy", "Idy marcowe" (+ reżyseria), "Spadkobiercy", "Bracie gdzie jesteś", "Tajne przez poufne", "Ocean's 11, 12, 13", "Solaris", "Szczęśliwy dzień".

2) Keanu Reeves


Filmy: "Słodki listopad", "Dom nad jeziorem", "Spacer w chmurach", "Adwokat diabła", "Mały Budda", "Moje własne Idaho", "Constantine".

3) Richard Gere


Filmy: "Mój przyjaciel Hachiko", "Noce w Rodanthe", "Gliniarze z Brooklynu", "Niewierna", "Fatalna namiętność", "Lęk pierwotny", "Sommersby".

4) Al Pacino


Filmy: "Frankie i Johnny", "Człowiek z blizną", "Ojciec chrzestny I, II, III", "Życie Carlita", "Zapach kobiety",  "Gorączka", "Ocean's 13", "Podwójna gra", "Adwokat diabła", "Informator".

5) Tom Hanks


 Filmy: "Strasznie głośno, niesamowicie blisko", "Zielona mila", "Szeregowiec Ryan", "Ich własna liga", "Forrest Gump", "Złap mnie jeśli potrafisz", "Bezsenność w Seattle".

6) Robert De Niro


Filmy: "Ognisty podmuch", "Fan", "Ojciec chrzestny II", "Chłopcy z ferajny", "Harry Angel", "Depresja gangstera", "Gorączka", "Poznaj mojego tatę", "Rozgrywka". 

7) Sean Penn


Filmy: "Cienka czerwona linia", "Sam", "Życie Carlita", "Obywatel Milk", "Wszyscy ludzie króla", "Zabić prezydenta", "Rzeka tajemnic", "Wszystkie odloty Cheyenne'a".

8) Jason Bateman


Filmy: "W chmurach", "Tak to się teraz robi", "Juno", "Zamiana ciał"

9) Pierce Brosnan


Filmy: "Jutro nie umiera nigdy", "Golden Eye", "Miłość ma dwie twarze", "Śmierć nadejdzie jutro", 
"Twój na zawsze", "Autor widomo".

10) Mark Wahlberg


Filmy: "Strach", "Gniew oceanu", "Złoto pustyni", "Gwiazda rocka", "Vince niepokonany", "Nostalgia anioła", "Fighter", "Infiltracja".

11) David Strathairn


Filmy: "Good night and Good luck", "Męski sport", "Ich własna liga", "Nieproszeni goście", "Jagodowa miłość", "Ultimatum Bourne'a".

12) Dustin Hoffman


Filmy: "Absolwent", "John i Mary", "Mały, wielki człowiek", "Tootsie", "Rain Man", "Marzyciel", "Po prostu miłość".

13) Ralph Fiennes


Filmy: "Wichrowe wzgórza", "Lista Schindlera", "Angielski pacjent", "Koniec romansu", "Lektor", "Wierny ogrodnik". 

14) Jeff Bridges


Filmy: "Człowiek, który gapił się na kozy", "Prawdziwe męstwo", "Big Lebowski", "Spadaj", "Szalone serce".

15) Jake Gyllenhaal



Filmy: "Bracia", "Kod nieśmiertelności", "Tajemnice Brokeback Mountain", "Transfer", "Miłość i inne używki"

To chyba na tyle... z ostatnimi miejscami miałam duży problem. Cenię wielu aktorów dlatego też od miejsca ósmego kolejność jest losowa.

Bawcie się dobrze...
Anči


26 marca 2012

Inspiracje?

Ahoj,
ostatnio bardzo wiele osób pyta mnie co jest moją inspiracją? hmm dobre pytanie…. Do tej pory jakoś specjalnie się nad tym nie zastanawiałam. Żyłam jak żyłam robiąc to co po prostu w danej chwili sprawia mi przyjemność.Nie oglądając się na nikogo i na nic. Może jednak to dobry czas, żeby powiedzieć sobie jasno co tak naprawdę mną kieruje. Jestem strasznie ciekawa do jakich wniosków uda mi się dojść.
Inspiracje czymże one w ogóle są? pewnie dla każdego czymś zupełnie innym. A czym są dla mnie?

Otóż dla mnie zdecydowanie każdy napotkany człowiek jest swoistą inspiracją. Wychodzę z założenia, że od każdego człowieka jaki staje na naszej drodze zwanej życiem mogę się czegoś istotnego nauczyć. Dobrego bądz złego, wielkiego bądz małego, miłego bądz smutnego ale zawsze. Kilkanaście lat temu postanowiłam otworzyć w swojej głowie archiwum. Ustawiłam tam kilkadziesiąt małych szafek a w zasadzie upchnęłam ich tam jak najwięcej licząc na to, że jeszcze wiele lat w pełnym zdrowiu będę egzystować na tym świecie. W każdej z tych szuflad postanowiłam zamykać na klucz rzeczy przechwycone od wszystkich spotkanych ludzi. Kiedy przychodzi odpowiedni momant wchodzę w głąb siebie, odszukuję właściwą szufladę oczywiście podpisaną, otweram ją i korzystam z jej zawartości. Nie ważne ile mam lat cały czas się uczę, cały czas poznaję nowe rzeczy, testuję siebie…. Wszystko co zgromadzę w szufladach a muszę przyznać, że po 24 latach uzbierała się tego całkiem pokazna kolekcja na pewno prędzej czy pózniej mi się przyda.


Aktualnie mogę uważać się za wewnętrznie bogatą osobę dzięki tym wszystkim ludziom, których spotkałam, którym coś zabrałam…Oni mnie kształtowali, nauczyli być bardziej odporną, natchnęli do wnikliwego poznania siebie. Muszę też wspomnieć o moich przyjaciołach, dzięki którym chce mi się chcieć… dzięki którym jestem. Z tych bardziej przyziemnych rzeczy mających wpływ na moją osobę warto wymienić muzykę bez której nie wyobrażam sobie życia. Muzykę wielkiego Michaela Jacksona z którą zaczynam i kończę każdy swój dzień. To postawa i twórczość Michaela wykształcila we mnie wielką wrażliwość na otaczający mnie świat i ludzi. To na Jego muzyce się wychowywałam i mam wrażenie, że ona była ze mną zawsze i wszędzie.
Fragment jednej z Jego piosenek pt.”Man in the mirror” :

„Zaczynam od człowieka w lustrze.
Proszę go, by zmienił swoje poczynania.
I żadne inne przesłanie nie mogło być jaśniejsze.
Jeśli chcesz uczynić świat lepszym miejscem
Spójrz na siebie i wtedy dokonaj zmiany”
stał się on moją mantrą życiową, którą powtarzam sobie zawsze gdy coś mi się nie podoba, bądz czegoś nie rozumiem.

Podsumowując to człowiek jest moją największą inspiracją a takie czynniki jak muzyka czy uśmiech znacząco pomagają w inspirowaniu mnie i sprawiają, że moje życie nie jest nudne:).

Anči


21 marca 2012

W jak Wisła part 2

Ahoj,
niedziela w Wiśle była zdecydowanie dziwna ale niewątpliwie sympatyczna, i pełna niespodzianek.
Rano obudziłam się ok godziny 6:00, dziewczyny jeszcze spały. Ponieważ czekała mnie przeprowadzka zaczęłam ogarniać swoje rzeczy. Zawody rano to jednak straszne zło :). Kiedy wszystkie byłyśmy już spakowane zadzwoniłyśmy po taxówkę (tę samą, którą jeździłyśmy przez ostatnie kilka dni)... Bagaże zostawiłyśmy u Sashki & spółki i całą czteroosobową grupą udałyśmy się na skocznię, gdzie właśnie rozpoczynał się trening.
Było ciepło ale ponownie wy znaki dały się nam roztopy...
Starałam się tym jednak nie przejmować w pełni korzystając z "przywilejów" jakie dawała mi akredytacja. No cóż po prostu robiłam zdjęcia. Kocham atmosferę Pucharu Kontynentalnego gdzie nikt nie robi problemów, gdzie nie ma psychicznych ochroniarzy traktujących cię jak bydło. Spokojnie zatrzymywałam kojonych skoczków, żeby zdjęcia były jak najlepsze. W między czasie porozmawiałam jeszcze chwilę z Borkiem i nie wiem czemu ale plątałam czeskie słowa.... ehh.
Mimo wszystko udało nam się podyskutować na temat mojego zakręconego tatuażu. Teraz nie wyobrażam sobie bez niego życia :)



Jak się okazało po tych kilku latach mojej nieobecności na zawodach zarówno PŚ jak i PK wielu ludzi związanych ze skokami jak i samych skoczków nadal mnie pamiętało. To w sumie bardzo miłe. Hmm przecież np Martina Cikla nie widziałam grubo ponad trzy lata. Nie wiem czy to w związku z moją wielką miłością do Czech oraz do czeskiego teamu czy z tym, że miałam na sobie swoją czeską kurtkę ale skoki Czechów były dla mnie niesamowicie ważne. Oprócz robienia zdjęć obserwowałam skoki niektórych zawodników. O tym, że nie lubię tej skoczni wspominałam już w pierwszej części relacji. Silny wiatr wiejący na górze rozbiegu spowodował, że pierwsza seria niemiłosiernie się ciągnęła. Słabsi zawodnicy oddawali ku sporemu zaskoczeniu bardzo dobre skoki. Świetnie skoczyli Jiri Mazoch i Tomas Zmoray co bardzo mnie ucieszyło. Uśmiech Tomasa podczas naszej rozmowy był po prostu bezcenny :)


Nie będę ukrywała, że ostatnio bardzo spodobał mi się pewien skoczek (tym razem jednak nie z Czech) . Celem numer jeden na niedzielę była szczegółowa obserwacja tego przystojnego Pana i zrobienie mu ładnego zdjęcia.
Cel został osiągnięty a i generalnie cały pobyt na skoczni uważam za bardzo miły. Dalsze pozytywne emocje w drużynie norweskiej wywoływała moja czapka :)... w sumie czemu się dziwić jest bardzo fajna :)
Wspólnie z Violą złapałyśmy też fazę na jednego bardzo sympatycznego Niemca, który używał ładnych perfum i wiedział czym jest masaż pleców :P
Mnie osobiście zaintrygował jeszcze nowy image Clinta Jonesa, który obecnie jest trenerem amerykańskich skoczków. Ahh pamiętam jeszcze te czasy kiedy wspólnie z Alanem Albornem byli jedynymi liczącymi się reprezentantami USA.
Niewątpliwie najbardziej zakręconą osobą na skoczni był Ildar, który co jakiś czas zatrzymywał się przy mnie i mówił po rosyjsku licząc na to, że coś zrozumiem... niestety niewiele rozumiałam za to nauczyłam się zwrotu „magu zdjelat Tjeba snimku“ ... hardcorowy język :P.



Konkurs podobnie jak i w sobotę zakończył się na jednej serii. To spowodowało, że bardzo dobre piąte miejsce utrzymał Jirka:). Przystojny Pan załapał się natomiast na podium. Aż miło było robić zdjęcia nagradzanej szóstce. Od przystojnego Pana, którym był Andreas Stjernen (ha ha ha zdradziłam) dostałam kwiatki.... to było zaskakujące ale jakże miłe wydarzenie. Zawsze chciałam dostać od lubianego zawodnika bukiet z podium.... Szkoda, że były to tulipany i, że nie zdołałam ich dowieść do Warszawy
Generalnie na skoczni brylowali Norwegowie, wszędzie było ich pełno a i moją uwagę udało im się przykuć. Nawet Czesi nie byli w stanie temu zapobiec, co było już naprawdę bardzo dziwnym zjawiskiem.
Oprócz Stjernena bardzo fajny okazał się również Vegard Swensen, który przez to, że mieliśmy identyczne czapki cały czas się do mnie uśmiechał :)


Po powrocie do apartamentu obejrzałyśmy konkurs drużynowy Mistrzostw Świata w lotach. Czesi niestety się nie popisali ale miło było zobaczyć chłopaków szczególnie Janka i rewelacyjne skoki Romana. Trzeba przyznać, że ten sezon w Jego wykonaniu był fenomenalny. Zjadłyśmy pizzę (kolejną w Wiśle :P) i zaczęłyśmy przygotowania do ostatniej imprezy.
W klubie "Sofa" pojawiłyśmy się ok godziny 22:00. W odróżnieniu od zakopiańskiego "Morskiego Oka" nie było tam tłumów. Zarówno zawodnicy jak i kibice najwyraźniej pojechali do domów. W sumie zostali tylko Norwegowie i Rosjanie, którzy stawili się w klubie w liczbie dwóch (Ilja i Georgiy). Skoro byli Norwegowie nie mogłam narzekać.
Zamówiłam piwo i rozmawiałam z dziewczynami. Zaskakująco łatwo mi się tego wieczoru piło. Kiedy zwolniła się duża loża od razu ją zajęłyśmy. Po chwili zaczęli zagadywać do nas Atle i Andreas. Razem z Kimem przysiedli się do nas i zaczęła się pasjonująca rozmowa...
Hmm podobno zawodnicy piją tylko w kilku krajach w Polsce, Czechach no i oczywiście w Planicy (Słowenia)... Kim zdradził, że w Norwegii jedno piwo kosztuje tyle co u nas cztery.
Kim jest naprawdę bardzo sympatyczny. Niestety strasznie rozczarował mnie swoim zachowaniem Andreas ale cóż nie można mieć wszystkiego....
Skończyło mi się piwo więc postanowiłam udać się do baru. Zaoferowałam, że przyniosę piwo również dla dziewczyn. Przy barze zaczepił mnie Robert. Porozmawialiśmy (trzeba przyznać, że rozmowa się kleiła) przerwałam ją jednak ponieważ wiedziałam, że dziewczyny czekają na piwo. Przeprosiłam i stwierdziłam, że za chwilę wrócę.
W loży nie było miejsca a ja nie chciałam się wpychać tym bardziej, że dziewczyny były zajęte rozmową. Usiadłam zatem w następnej, która była pusta. Po ok 5 minutach dołączył do mnie Robert i kontynuowaliśmy naszą rozmowę. Było bardzo sympatycznie i okazało się, że mamy wiele wspólnego. Hehe najzabawniejsza była sytuacja kiedy to zauważył mój tatuaż i stwierdził, że z drugiej strony powinnam sobie wytatuować norweską flagę a jeśli nie za uchem to na sercu :). Obiecałam, że rozważę :D.
Pomoc w kupnie drinków zaoferował Ole Marius miło z Jego strony ale czemu nie uprzedził, że przyniesie jakąś żurawinową mieszankę? :D... Po zestawieniu tego z piwem i norweskim (mocnym) snusem czułam się jakby to określić? średnio :D. Bogu dzięki Robert zadbał o to, żeby nic mi się nie stało :). Potem wspólnie ogarnialiśmy innych ludzi. Dogadałam się z Eweliną i zadzwoniłam po taxówkę. Jechałyśmy (ja + Ewelina) wspólnie z Robertem i Kennetem. Odstawiłyśmy chłopaków do hotelu, pożegnałyśmy się a ja zaliczyłam spektakularny upadek :D i wróciłyśmy do apartamentu. Po drodze spotkałyśmy Atle, który pieszo z nowo poznaną koleżanką spacerował do Geovity. Spotkałyśmy jeszcze kogoś ale tego już nie skomentuję. Powiem tylko tyle, że zachowanie niektórych osób było żenujące.
O dziwo po spacerze poczułam się lepiej, dużo lepiej i kiedy inni poszli spać ja wraz z Violą wypiłyśmy dwie kawy i zabrałyśmy się za oglądanie gali Oscarowej. Bardzo chciałam zobaczyć Georga Clooneya (mrauu) odbierającego statuetkę dla najlepszego aktora. Niestety nie było mi to dane, ponieważ tę prestiżową nagrodę otrzymał Jean Dujardin za rolę w niemym filmie "Artysta". Otrzymał oczywiście niezasłużenie.



Do dzisiaj nie rozumiem decyzji akademii.... Mimo to z Violą miałyśmy bardzo dobre humory cały czas nabijając się z pewnego osobnika o wdzięcznym imieniu o którym jednak nie wspomnę :D.
Nie poszłyśmy spać... 
Poniedziałek to powrót do domu tym razem autobusem. Długie 6 godzin...ale przynajmniej się wyspałam no i do Katowic jechałam wspólnie z dziewczynami:).
Podsumowując zdecydowanie był to iście norweski wyjazd. Nie przypuszczałam, że oprócz Janka, Borka i Tomasa mogę jeszcze tak bardzo polubić jakiegoś skoczka. Myliłam się zyskałam nowego ulubieńca i bardzo się z tego powodu cieszę :)... George nie dostał Oscara ale na to akurat nie miałam żadnego wpływu.

Girlsy wielkie diky za nice towarzystwo i fajną zabawę. Nie zapominam o niedzielnym noclegu :*

Mějte se fajn

Ančík

13 marca 2012

W jak Wisła part 1

Ahoj,
minął już jakiś czas od mojego powrotu z Wisły ale wydaje mi się, że dopiero teraz mogę z trzezwą głową opisać ten dziwny a nawet bardzo dziwny wyjazd. Wisła to dalej dzikie miasto. Kompletnie nic się nie zmieniło od 2008 roku, kiedy to byłam tam po raz ostatni. Nadal nie ma żadnego normalnego klubu w którym można się pobawić, nadal nie ma tam właściwie co robić. Ehh zupełnie tego nie rozumiem, ponieważ to miejscowość typowo turystyczna lub jak kto woli rekreacyjna.
Generalnie na początku należy postawić sobie pytanie po co właściwie tam pojechałam? otóż po Zakopanem ponownie nakręciłam się na skoki i nie mogłam przepuścić takiej okazji. Zresztą uwielbiam konkursy Pucharu Kontynentalnego są one zdecydowanie fajniejsze niż PŚ-ie.
Jeśli chodzi o podróż to przebiegła bez większych problemów, a nawet ze sporymi niespodziankami. Pociąg Inter city jakim jechałam do Katowic okazał się ku mojej wielkiej radości pociągiem jadącym przez Katowice do czeskiej Pragi :).... Potraktowałam to jako dobry prognostyk na cały wyjazd. Jakże ogromny był mój smile na buzi, kiedy do przedziału wszedł Pan z wagonu restauracyjnego proponując "pivo, vino, dzus, vodu" .... ahh Czechy <3. Sam wagon był prawie pusty a w przedziale przez całe 2 h prowadziłam pasjonujący dialog z chłopakiem z Fundacji republikańskiej :) było ciekawie...
Kiedy dotarłam do Katowic na peronie czekała już na mnie Agnieszka... potem wspólnie przemierzałyśmy "cudowne" Katowice w celu dostania się na dworzec autobusowy. Następnie prawie 2 godzinna podróż do Wisły...
Ponieważ wyjazd przesunął się o jeden dzień trzeba było się spieszyć by dotrzeć na skocznię choćby na kawałek treningów. Po większych kombinacjach ostatecznie się udało. Piątek spędziłyśmy na uboczu bez większej analizy składów oraz rezultatów osiąganych przez zawodników. Pogoda.... właśnie to najgorszy minus wyjazdu. Plusowa temperatura i te obrzydliwe roztopy. Wisła jak zwykle zresztą nieprzygotowana... wielkie zaspy śniegu będące pozostałością po gigantycznych opadach i wysokich mrozach niemiłośiernie topniały... W butach była po prostu rzeka... a mogłam zabrać kalosze albo chociaż buty na zmianę. Nie wiem co mnie też podkusiło aby na głowę założyć norweską czapkę. Nie przewidziałam, że wzbudzi ona tyle sensacji... Już w Katowicach reagowano na nią okrzykiem "ejj fajna czapka" :D
W sumie w piątek nic ciekawego na skoczni się nie działo za to już powrót do centrum Wisły był jak najbardziej godny odnotowania :D... Razem z Agą wolnym krokiem przeszłyśmy krętą ulicę z zamiarem dotarcia na przystanek autobusowy. W duszy modliłyśmy się aby coś o tej póznej porze jechało. Udało się jechał autobus ha ha ha a sympatyczny Pan kierowca zaproponował nam podróż nie tylko do centrum ale do samego Wiednia i to za free :) pozytywny człowiek :)...
W centrum odwiedziłyśmy sklep (lol jest w Wiśle taki czynny do 21:00), zjadłyśmy smurfowe lody, potańczyłam tańce ludowe na ulicy w rytmie sztucznych ogni :P (trafiłyśmy akurat na huczne rozpoczęcie jakichś zawodów coś związanego z Anną Komorowską ale nie wiem o co cho dokładnie). Podsumowując był po prostu fun:). Mijając "Start" oczywiście musiałyśmy z Agą wejsć centralnie na Borka no bo jak inaczej... cały czas nie ogarniam o co chodziło z tym kotem :D....ale Aga już nigdy więcej się z Tobą nie cofam :D.
O wieczorze pisać nie będę powiem tylko, że stał on pod znakiem, Zimy, Jacka Danielsa, słoweńsko - rosyjskiego billarda i skradzionego kufla z Sofy :D. Kolejna zła noc, która sprawiła, że obudziłam się z wielkim bólem głowy.
Sobota była już znacznie lepsza :) do naszej dwójki dołączyła Justyna i tak oto zaczęły się śpiewy "nie, nie boję się" i innych górnolotnych przebojów.
Ponieważ skoki były dopiero po południu spokojnie obejrzałyśmy komedię "Tak to się teraz robi" ze słodkim Jasonem Batemanem <3 (uwielbiam Go) jednocześnie zajadając się pizzą.


Pierwszy konkurs nudny... zaledwie jednoseryjny. Na rozbiegu podobno wiało. Ciężko mi to oszacować ponieważ na dole było spokojnie a góry po prostu nie widać... tak już "Malinka" została zaprojektowana... kibic niestety nie widzi jak skoczek wychodzi z progu...Ja jednak wolę zakopiańską "Wielką Krokiew".
Jeśli mam być szczera kompletnie nic mi się tego dnia nie chciało....nawet nie wyjęłam aparatu a i jakoś nie byłam skora do rozmów. Wymieniłam kilka zdań z Borkiem, Jirim i Zmordym ale myślami byłam w Vikersund, gdzie przecież skakał Honza. Co chwilę ktoś wisiał na telefonie pytając rodziców, czy znajomych o wyniki. Kiedy dowiedziałam się, że Maturyn pobił swój własny rekord życiowy szybując 208 metrów(i chrzanić te ponad 26 pkt odjęte za wiatr) humor natychmiast mi się poprawił :). Żałowałam tylko, że nie mogłam tego zobaczyć. Nie omieszkałam jednak po powrocie do willi złożyć serdecznych gratulacji Jankowi :) dodam, że był bardzo szczęśliwy :)... ha nie tylko On :). Fajnie było po tylu latach spotakać Karolinę i sobie z Nią pogadać :)
Największym nieporozumieniem dnia była słowacka podróż do domu :D... mimo wszystko Tomas jest uroczy i po prostu Go uwielbiam :) uśmiech he he he :)
Po małych turbulencjach dotarłyśmy do pensjonatu... i opornie zaczęłyśmy ogarniać się do wyjścia do Sofy. W między czasie zjadłyśmy jeszcze jedną pizzę (ta była świetna) i wydurniałyśmy się przed chatroulette. Dzieci miały zabawę :D... ohh szkoda, że nam zablokowało tego fajnego Włocha :(
Wieczór był zdecydowanie crazy... he he he chociaż w moim wypadku całkowicie trzezwy :)
Najbardziej ucieszył mnie widok Tonia, którego już kilka lat nie widziałam... poznało się również kilku nowych ludzi z którymi znajomość zdecydowanie rozkwita:). Zabawni byli Słoweńcy, którzy masakrowli tablicę do lotek :). Fajnie, że tvp sport powtarzał wieczorem loty z Vikersund. Mogłam spokojnie zobaczyć rekordowy lot Janka :)... urocza była reakcja całego baru na zapsuty skok Schlierenzauera. Ha nie tylko ja Go nie lubię. Robert Hrgota rozwalił mnie komentarzem pewnego czeskiego zawodnika :D
Impreza generalnie fajna, niektórzy zakończyli ją pod stolem inni na stole a ja wychodziłam zadowolona :)
Po tym jak dotarłyśmy do pensjonatu udałam się pod prysznic a następnie z dziewczynami obejrzałyśmy jeszcze kawałek filmu "Spadkobiercy" z George Clooneyem oczywiście <3.... jeszcze wtedy wierzyłam, że George otrzyma Oscara dla najlepszego aktora za rolę właśnie w tym właśnie filmie. Jak bardzo się myliłam miałam okazję przekonać się w niedzielę.
Mimo wszystko zachęcam do obejrzenia....bo warto :)


To tyle w pierwszej części... najfajniejsza jednak była niedziela :)
mejte se hezky


Anči

5 lutego 2012

Zaaaaaaaakopane :) last part.

Ahoj,
ostatni dzień w Zakopanem zaczął się podobnie jak dwa poprzednie.
Obudziłam się dość wcześnie, zeszłam na śniadanie i wróciłam do pokoju aby zabrać rzeczy. Wymieniłam kilka smsów z Borkiem i umówiliśmy się na kawę na 11:30.  Oboje zastanawialiśmy się gdzie dokładnie się wybrać. Ostatecznie stanęło na restauracji w moim pensjonacie. Argumentami przemawiającymi za tym miejscem były przede wszystkim bliskie położenie i pewność, że nikt nam nie będzie przeszkadzał. Była godzina 9:40 postanowiłam więc, że jeszcze zdążę dotrzymać swojej obietnicy złożonej dzień wcześniej. Udałam się na średnią krokiew by kibicować Lucce. Po pierwszej serii, przeprosiłam Ją, że muszę uciekać, porozmawiałyśmy jeszcze chwilę i pożegnałyśmy się.  Następnie szybko wróciłam do pensjonatu, gdzie poprosiłam właścicieli by nas obsłużyli. Restauracja była czynna dopiero od 12:00 także zdecydowanie poszli mi na rękę.
Z Borkiem miałam się spotkać pod hotelem Hyrny. Dobrze, że zdecydowałam się po Niego wyjść. Jemu samemu nie byłoby łatwo przedostać się przez tłum stojący przed wejściem. Wszyscy chcieli autograf, bądź zdjęcie. Szczególnie nachalna była grupa kierowana przez wspominaną przeze mnie już kilkukrotnie dziewczynę zwaną potocznie „Heja geja”….
W pewnym momencie przesunęłam się bliżej tłumu tak by Borek mógł mnie zobaczyć. Udało się, gdy tylko mnie spostrzegł przecisnął się przez grupkę kilku dziewczyn i podszedł do mnie. Przywitaliśmy się i spokojnie odeszliśmy. Idąc słyszałam komentarze typu „niech idą”, „znowu ona” itp… No cóż gratuluję niektórym pamięci. Po 3 latach mojej nieobecności w Zakopanem nadal mnie pamiętać....
Gdy dotarliśmy do restauracji zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim. Hmm trzeba było nadrobić zaległości.  Pewne rzeczy, których się dowiedziałam bardzo mnie zmartwiły ale wiem, że jeszcze wszystko może się zmienić.
Uwielbiam Borka, i wiele mu zawdzięczam szczególnie w kwestii mojej edukacji językowej. Podrzucił mi też jeden rewelacyjny pomysł, który mam nadzieję w niedalekiej przyszłości uda mi się zrealizować.
Cała rozmowa trwała ponad dwie godziny….

Odprowadziłam Borka do drzwi a On żeby nie powtórzyła się historia z wyjścia wszedł do hotelu przez siłownię. Jak sami widzicie nie każdy lubi dzikie ataki rozhisteryzowanych fanek.  Chciałabym żeby niektórzy zrozumieli, że skoczkowie nie zawsze mają ochotę wdzięczyć się do zdjęć. Oni jak każdy czasem po prostu mają gorsze dni.

Po tym sympatycznym poranku udałam się jeszcze na Krupówki. Szybkie zakupy. Musiałam dokupić sobie jakąś fajną koszulkę do mojej nowej, odlotowej bluzy PumyJ. Obowiązkowa była również wizyta w KFC… Och jak ogromnej ochoty nabrałam na stripsy J .
W kolejce spotkałam byłego czeskiego skoczka narciarskiego Pavla Fizka. Hmm trochę się zmienił od ostatniego razu jak Go widziałam.
Swoją drogą nigdy nie można przewidzieć kogo spotka się w Zakopanem. Ściągają tam różne dziwaczne postacie :P.
Szybkim krokiem wróciłam do pensjonatu, przebrałam się i wyruszyłam na skocznię. Jakoś wyjątkowo dłużyła mi się tego dnia droga. Może dlatego, że zatrzymali mnie Panowie policjanci, którzy pytali o jakieś dziwne rzeczyJ. Nieważne….uwielbiam uczucie, kiedy idę środkiem ulicy a inni muszą tłoczyć się na chodnikach. Jedne z nielicznych uroków otrzymywania akredytacji. Po drodze spotkałam Anię i obie przeszłyśmy do karceru dla mediów. Najpierw przyglądałyśmy się kwalifikacjom w których dobry skok oddał Borek. Pozostałym również poszło całkiem nieźle.
Wprawiło mnie to w optymistyczny nastrój i nawet pogarszająca się pogoda nie mogła mnie z niego wyprowadzić.
Saszka zmobilizowała mnie do wyciagnięcia aparatu i zrobienia kilku zdjęć. Muszę przyznać, że nie wyszłam z wprawy i nadal robię całkiem przyzwoite zdjęcia.




Pierwsza seria to głównie fascynacja atmosferą i obserwowanie skoków.
Borek skoczył  bardzo słabo i zakończył swój udział w konkursie. Przechodząc obok mnie powiedział, że przyjedzie oglądać drugą serię i wtedy jeszcze porozmawiamy. Kiedy przyszedł poruszyliśmy jeszcze jeden ważny temat i przeprowadziłam z Nim krótki wywiad pytając o przyczynę słabego skoku. Nie tłumaczył się warunkami jak to robi większość skoczków a przyznał się iż Jego aktualna forma pozostawia wiele do życzenia.




Po swoim skoku dołączył do nas Hlavka i tak sobie przez chwilę staliśmy we trójkę. Było sympatycznie ale znowu zaczęło mi czegoś a właściwie kogoś brakować ...


Ponieważ był to ostatni dzień miałam prawo do refleksji. Przez moją głowę przebiegały różne myśli aczkolwiek wszystkie przysłaniała ta jedna… co by było gdyby jednak sprawy przybrały inny obrót.
Pożegnałam się z Borkiem i Hlavką i za czeskim busem opuściłam skocznię.
Borek pożegnał mnie słowami „Anicko rad jsem te videl”…Borku vis, ze ja taky ;)

Konferencja jakoś tym razem mnie nie interesowała Nie lubię Gregora Schlierenzauera i nie miałam ochoty Go oglądać.
Razem z Agnieszką i Malwiną ehh szkoda, że nie pamiętałam, że w 2008 roku poznałam Agnieszkę (wybacz ;)) poszłyśmy zatem na kawę, żeby pogadać i zobaczyć jak Czesi odjeżdżają. Aby być precyzyjną to One piły kawę a ja jadłam fantastyczne pierogi ze szpinakiem J.
Tak żeśmy się zagadały, że postanowiłyśmy przed wyjściem do MO wypić wspólnie kilka drinków. Becherovka jest super ale nie polecam łączenia jej z sokiem bananowym.
Kiedy już dotarłyśmy do MO działo się tam sporo. Pierwszym punktem jaki obowiązkowo trzeba było zaliczyć była szatnia. Kiedy już po ok 20 minutach (LOL) spędzonych w kolejce dostało się wymarzony numerek można było iść szaleć.  Jeden drink, drugi drink i bansy na parkiecie… i tak nonstop…
Odrzucając kilka propozycji od mniej i bardziej znanych facetów realizowałam pieczołowicie swój plan. Od czasu kiedy jestem zaręczona stałam się bardziej odpowiedzialna. Nie chciałabym również aby jakaś jedna chwila zapomnienia miała wpływ na to, że moje relacje z osobami na których naprawdę mi zależy popsuły by się. Nie ma sensu ryzykować.
Oczywiście żałowałam, że Czesi wrócili do domu, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Oni zawsze jadą po konkursie. Czasami na LGP robią wyjątek ale zimą scenariusz jest co roku dokładnie taki sam.

Najdziwniejszym wydarzeniem wieczoru było niewątpliwie moje spotkanie z Ildarem Fatkullinem byłym rosyjskim skoczkiem narciarskim i moim dobrym znajomym. Nie widziałam Go jakieś pięć lat. Ildar od razu mnie poznał i ewidentnie był zadowolony, że mnie widzi. Niestety przez te wszystkie lata nie miałam potrzeby używania języka rosyjskiego dlatego też prawie całkowicie go zapomniałam. Mimo pomocy Ani z tłumaczeniem z języka niemieckiego (Ildar bardzo dobrze mówi po niemiecku) ciężko było się porozumieć.  Nie męczyłam się zatem i poszłam dalej tańczyć.  Tego co działo się wokoło mnie nie będę komentować ponieważ należę do osób zajmujących się swoim życiem.
Kiedy poczułam spore zmęczenie dołączyłam do Saszki, Eweliny i Violi.  Nie zamierzałam wstawać przez najbliższe kilkanaście minut.
Co chwila przysiadały się do nas coraz to nowe osoby od Ildara, przez Finów na Janie Baierze kończąc.  Z tym ostatnim pogadałam trochę po czesku oczywiście o Czechach J… każda sytuacja, która sprawia, że poprawiam swoje umiejętności językowe jest mile widziana.
Przechadzając się po wszystkich pomieszczeniach MO, spotkałam Maximiliana Mechlera z którym chwilę porozmawiałam. Zostałam również zaczepiona przez bardzo „zmęczonego” już Janne Happonena. Przedstawił mi się więc zrewanżowałam się tym samym i wtedy kiedy odbierał kolejnego drinka odeszłam ponieważ dostałam smsa J. To pisał Borek, który podziękował mi za rozmowy i uświadomił, że jest już w Harrachovie. Kiedy wróciłam Happo siedział już w naszej loży.  




He he he he do pewnego momentu było bardzo ale to bardzo zabawnie ale szczegóły zostawiam sobie J Jedno jest pewne moja bluza zdecydowanie rządziła tego wieczoru.

Gdybym miała podsumować wyjazd było bardzo sympatycznie. Niewątpliwie znowu wpadłam w wir skokowy i bardzo się z tego cieszę. Zaczynałam mieć już dość tego mojego poważnego historyczno - politycznego życia. Brakowało mi skoków i Zakopane dogłębnie mi to uświadomiło.
Minusy to zdecydowanie brak Janka, i słabe skoki Borka. Plusy chyba wszystkie wymieniłam powyżej. Cieszę się, że zdecydowałam się pojechać i serdecznie dziękuję wszystkim, którzy mi ten wyjazd umilili. Właścicielom pensjonatu, Borkovi i Hlavce, Lucce, Panu Czesiowi (który zawsze pozytywnie mnie nastraja), Saszce, Ewelinie, Violi, Adze, Malvi ;) ludzie jesteście najlepsi ;)

Jedno jest pewne I <3 SKI JUMPING

Mějte se krásně:)
Anči

31 stycznia 2012

Zaaaaaaaakopane :) second part.

Ahoj,
ciężko jest mi się przestawić na opcję rozgrywania zawodów w piątek i sobotę. Jakoś przyzwyczaiłam się do klasyki tj weekendu...

cd...
Czwartkową imprezę zakończyłam ok godziny 2:30. Powrót do pensjonatu (dzieki Bogu daleko iść nie musiałam), prysznic, umycie włosów i krem na twarz (bez tych czynności nie położę się spać :P).
Pobudka o 6:00 i znowu obserwowanie ciekawych sytuacji pod Hyrnym.  Na śniadanie zeszłam zaraz po godzinie 8:00 następnie udałam się na średnią skocznię, gdzie właśnie dobiegała końca seria próbna przed pierwszym konkursem dziewcząt. Stwierdziłam, że porobię trochę zdjęć (szczególnie Czeszkom) ponieważ na stronie, której pracuję skoky.net mamy ich aktualnie niewiele. Od robienia zdjęc oczywiście również się odzwyczaiłam.
Mimo wszystko postanowiłam spróbować, wyciągnęłam apart i zatrzymałam kilka dziewcząt. Wyszło nawet całkiem fajnie. Zresztą sami oceńcie :)



Michaela Rajnochova



Michaela Doležalová




Sarah Hendrickson


Konkurs zakończył się dla mnie fantastycznie. Wygrała Amerykanka Sarah Hendrickson. Trzecie miejsce zajęła urocza Słowenka Ema Klinec a wspaniałe 6 miejsce Lucka Mikova. Ogromna była ma radość a i sama Lucka była przeszczęśliwa. Pogratulowałam Jej i udało nam się znowu chwilę porozmawiać. Ustalałyśmy kiedy to znowu pójdziemy razem na makaron w Libercu:). Btw zjadłabym ten dziwny makaron z restauracji o nazwie Panda ehh... Całe skoki po tych kilku latach przerwy były dla mnie jakieś takie dziwne. Musiałam się ponownie wdrożyć w atmosferę. Nie ukrywam, że początkowo nie było to proste ale ostatecznie w piątek złapałam wlaściwy klimat. O czeskim już nawet nie wspominam:). Po dekoracji 3 najlepszych zawodniczek (ta właściwa najlepszej szóstki odbyła się wieczorem w przerwie konkursu Panów) odczułam brak mojego ulubionego skoczka. W sumie myślałam, że ten stan mnie nie dopadnie ale jednak zdecydowanie wolałabym, żeby Janek do Zakopanego przyjechał. W tym czasie kiedy tak sobie o tym rozmyślałam zobaczyłam czeski bus, oklejony powiększonymi zdjęciami czeskiej kadry z Jankiem po środku. Załapałam jakąś głupawkę i zaczęłam się śmiać.... 



Swoją drogą ten bus jest po prostu genialny :) z jednej strony ustawkowe zdjęcie a z drugiej wszystkich czeskich Panów dopadło coś co śmiało można nazwać dziwną fazą :D. 


Niestety mój dobry nastrój nie trwał zbyt długo. Jeszcze na skoczni dotarła do mnie smutna informacja o śmierci Pana Jiriego Raski. Mistrza olimpijskiego, najlepszego czeskiego narciarza XX wieku. Był to wielki i wspaniały człowiek, któremu kilka lat temu miałam możliwość uścisnąć dłoń. To dla mnie ogromny zaszczyt....
Mistrů Odpočívej v pokoji... [*]



Razem z Socze poszłam na szybki obiad do nowej restauracji o nazwę "Pod krokwią", całkiem sympatyczne miejsce gdzie leciała muzyka Zakopowera <3, ale jedzenie średnie. Kolejny przystanek to pensjonat a potem już "Wielka Krokiew" i pierwszy konkurs. 
Początkowo plusowa temperatura sprzyjała staniu na skoczni. Problem pojawił się w połowie serii treningowej. Zaczęło dosyć mocno wiać i niestety intensywnie sypał śnieg. Wszyscy w biurze prasowym byli przekonani, że konkurs się nie odbędzie. Myliliśmy się jednak. Serię treningową przerwano i postanowiono poczekać na poprawę wrunków. Wiatr się ustabilizował a śnieg nie stanowił większego problemu. Rozpoczęła się pierwszą. 
W wielkim skupieniu obserwowałam skok Borka. Niestety nie był on udany ale pozostawali jeszcze trzej Czesi, których aktualna forma kazała przypuszczać, że oddadzą dalekie skoki. Tak też się stało. Przyzwoite skoki Jakuba Jandy dały mu 21 pozycję, Lukas Hlava był 12 a Roman Koudelka 6. W przerwie po dekoracji sześciu najlepszych dziewczyn ponownie dopadł mnie nastrój smutku. Sama nie wiem co byłoby lepsze chyba jednak TO w innym przypadku mogłoby być różnie. Szybko jednak zapomniałam o rozterkach i ponownie spotkałam Lucke... tym razem złożyłam Jej obietnice ze bez względu na wszystko przyjdę w sobotę rano na drugi konkurs z zaciśniętymi kciukami :)




Po drugiej serii skoków postanowiłam, że wszystkich skaczących Czechów obdaruję ich ulubionymi krówkami. Jeszcze w Warszawie nabyłam kilka paczek tych najlepszych -  czekoladowych. He he he radość Jakuba Jandy zawsze jak je ode mnie dostaje jest po prostu bezcenna. Kubę niewątpliwie można okrzyknąć największym fanem tych polskich cukierków. Tekst "Anio mas krowki" trwale wpisał mi się w głowę he he he:).  Zamieniłam kilka zdań również z Koudym ale On miał w Zakopanem strasznego pecha. To Jego cały czas poddawano rożnego rodzaju kontrolom przede wszystkim sprzętu. Udało mi się również przeprowadzić 3 minutowy wywiad z Lukasem Hlavou. Następnie po wyłączeniu dyktafonu porozmawialiśmy sobie prywatnie. Cieszę się, że udało nam się  nareszcie wyjaśnić pewne nieporozumienia, które jakiś czas temu się pojawiły. 
Paparazzi byli czujni i przyłapali mnie podczas wspomnianej rozmowy z Romanem :) he he he 
Oto potwierdzenie zaistniałego faktu.


Po zakończeniu konkursu konferencja prasowa. Bardzo ciekawa ponieważ historyczna. Pierwszy raz oprócz Panów na konfererencji były obecne również 3 najlepsze dziewczyny. Najwięcej pytań skierowano oczywiście do zwycięzcy Kamila Stocha. Nie zapomniano także o drugim Richardzie Freitagu. Trzeci Andreas Kofler dotarł na konferencję po konferencji :D ha ha ha austriackie gwiazdy mogą więcej... ale komu jak komu Kofikowi można wybaczyć :).
Wróciłam do "Tuberozy" a w zasadzie doślizgałam się do pensjonatu. Było tak okropnie ślisko, że średnio co 30 cm, ktoś pięknie się wywracał. Pod Hyrnym oczywiście trwało swoiste polowanie na skoczków i trenerów. Generalnie po zawodach było tam najwięcej ludzi po prostu dzikie tłumy. Wieczór zakończyłam w MO... ponownie się wytańczyłam, porozmawiałam z dziewczynami, wypiłam kilka drinków i podziwiałam zachowania niektórych... aha i poosmsowałam z pewnym Panem :) he he he cóż to był kolejny sympatyczny wieczór :)

Girl dzięki za nice time....
Streszczenie soboty w Zakopanem już niedługo :)

 Zatím mějte se hezky :)

Ančí 

29 stycznia 2012

Honzo Všechno nejlepší k narozeninám!

Dzisiaj swoje 31 urodziny obchodzi mój ulubiony skoczek narciarski, wspaniały człowiek, i dobry przyjaciel (od 9 lat) - JAN MATURA...



Honzo Všechno nejlepší k narozeninám, hodně zdraví, štěstí, úsměvu... a at' to skáče :)


Anči

28 stycznia 2012

Zaaaaaaaakopane :) first part.

Ahoj,
po długiej przerwie naszła mnie ochota na napisanie nowego posta... a i temat pojawił się całkiem ciekawy.
Otóż, po prawie 3 latach przerwy powróciłam do Zakopanego na Puchar Świata w skokach narciarskich. Nie ukrywam, że sklonił mnie do tego pobyt w pobliskim Krakowie... wiem, że gdybym nie skorzystała z okazji po prostu bym żałowała.
Zrobiłam sobie zatem dłuższe wolne, zarezerwowałam pensjonat, który znajdował się vis a vis hotelu Hyrny, w któym btw mieszkali skoczkowie. Ha ha ha od samej środy miałam ze swojego okna wspaniałe widoki. Przez te kilka lat kiedy skoki oglądałam zaledwie w telewizji zdążyłam zapomnieć jakie dantejskie sceny potrafią odbywać się pod hotelem. Podziwiam Panią HG, która stała do póznych godzin nocnych pod wejściem aby następnego dnia rano ponownie pojawiać się pod Hyrnym. Mi by się nie chciało...

Gdy tylko dotarłam na miejsce postanowiłam zapomnieć o wszystkim i wybrać się na długi spacer. Najpierw smer "Gubałówka" następnie Krupówki no i oczywiście skocznia. W między czasie obiad w świetnej knajpie, którą poleciły mi Panie nauczycielki z którymi przyszło mi dzielić przedział w pociągu... a propos podróży nienawidzę usmiechniętych ciasteczek w Inter city bleeeee i zdecydowanie są psychodeliczne. Wracając do obiadu wszystkim polecam restaurację "Dobra kasza nasza". Świetne, niskokaloryczne jedzenie w dobrej cenie. Polecam kaszę perłową zapiekaną z kukurydzą, cebulą, ziołami i brokułami podawaną z sosem czosnkowym i surówkami...mniam :).
Mój pensjonat okazał się bardzo sympatyczny a okno wychodzące centralnie na wejście do Hyrnego było miejscem w którym spędziłam środowy wieczór.

Czesi przyjechali do Zakopanego w środowy wieczór w trochę zmienionym składzie... aczkolwiek dla mnie nie było to żadnym zaskoczeniem. Od kilku dni wiedziałam o tym, że za Jana Maturę przyjedzie Borek Sedlak.
W sumie obu uwielbiam więc było mi wszystko jedno kogo spotkam, bynajmniej tak wtedy myślałam.

W czwartek obudziłam się stosunkowo wcześnie... Już przed godziną 6:00 pod Hyrnym pojawiły się pierwsze fanki. Przypuszczem, że oczekiwały na przyjazd Austriaków. Brauć to sobie postały ponieważ gwiazdy przyjechały dopiero po godzinie 9:00 oczywiście swoim uroczym autobusem.
Mnie to kompletnie  nie nie interesowało....
Po śniadaniu wybrałam się na trening dziewcząt na średniej skoczni. Zapomniałam dodać, że w Zakopanem odbywały się w miejsce odwołanych konkursów z Wisły zawody Pucharu Kontynentalnego Pań. To kolejny powód do radości, ponieważ mogłam spotkać się z Lucką, której tyle czasu nie widziałam. Od razu w czwartek porządnie sobie porozmawiałyśmy. Było wiele tematów, tym bardziej, że Lucka zaczęła naprawdę świetnie skakać :).



Samo Zakopane było wręcz zasypane śniegiem a plusowa temperatura sprawiała, że chciało się wyjść i chodzić... Poszłam więc na skocznię gdzie spotkałam a w zasadzie poznałam Anię. Sympatyczna dziewczyna z którą od razu złapałyśmy wspólny język. Udałyśmy się wspólnie do pizzeri Adamo (można tam zjeść najlepszą pizzę na świecie), oraz do kilku sklepów w poszukiwaniu jakiegoś fajnego ciuszka ;)... 
Następnie wizytowałyśmy swoje pensjonaty i przed 16:00 umówiłyśmy się by wspólnie wejść na skocznię. Treningi rozpoczęły się punktualnie a ja strasznie się cieszyłam, że po tak długiej przerwie zobaczę Czechów. Oczywiście na początku porozmawiałam sobie z Borkiem (ehhh). W zagrodzie dla mediów spotkałam Socze z Zawadką. To również było spotkanie po latach...
Już wtedy uzmysłowiłam sobie jak bardzo tęskniłam za skokami, za całą atmosferą towarzyszącą konkursom.... za samym widokiem skoczków w locie, za dopingiem kibiców.... Ah ja po prostu to kocham....
Jest jeszcze jedna rzecz dla której warto było jechać do Zako a mianowicie uśmiech Andreasa Koflera - Bezcenny :)


Po treningach i kwalifikacjach sałatka w dziwacznej góralskiej knajpie... (gdzie mozzarella nie jest mozzarellą ehh.... ale był tata Kofika :)), a następnie  oczywiście impreza w MO ha ha ha to miejsce zawsze pozytywnie mnie nastrajało :D....
Wytańczyłam się, wyszalałam ale przeprowadziłam również kilka poważnych rozmów. Hmm najprawdopodobniej wydoroślałam. 
Nawiązując do czwartkowej imprezy chciałam zdementować fakt opisany przez pewną Pania, że PST bawił się z Nią i Jej koleżanką na parkiecie.... prawda była trochę inna podobna do tej określającej Jej umiejętności mówienia po czesku. Dziwi mnie fakt iż niektórzy ludzie tak strasznie ubarwiają swoje przeżycia.

Druga część niebawem....

Mějte se hezky...

Anči