12 stycznia 2015

Tatuażowe uzależnienie

Ahoj,

Prawdą jest, że jak zaczniesz przygodę z tatuażami to tak szybko jej nie skończysz... W moim przypadku zaczęło się od czeskiej flagi w serduszku, która miała być kwintesencją wielkiej miłości do Czech i zarazem jedynym tatuażem na jaki kiedykolwiek się zdecyduję. Jeśli wierzyłam w to, że
wytrwam w takim postanowieniu byłam w wielkim błędzie. Już po zejściu z leżanki w studiu tatuażu wiedziałam, że chcę więcej... Pomimo drobnego dyskomfortu odczuwalnego przy wykonywaniu tatuażu to naprawdę jest to niesamowicie wciągające...

Drugim tatuażem  na jaki się zdecydowałam było nawiązanie do Michaela Jacksona i mojej ukochanej płyty "Bad"
W roku 2012 minęło 25-lat od jej wydania i właśnie wtedy zdecydowałam się na zrobienie tatuażu na nadgarstku lewej ręki.
Żeby była jasność nie żałuję, żadnego z dotychczas wykonanych tatuaży.  Wychodzę z założenia, że jeśli już zdecydowałam się przyozdobić swoje ciało tatuażami to będą one symbolizowały rzeczy dla mnie ważne, które odegrały w moim życiu znaczącą role. Tak było z czeską flagą, z tekstem "whos bad" i autografem Michaela Jacksona, tak też jest z trzecim tatuażem, który 7 stycznia pojawił się na bicepsie prawej ręki. Tym razem postawiłam na podrasowanie logo mojego ulubionego, czeskiego zespołu Sunshine, które od ponad roku dumnie demonstrowałam światu. Niestety po intensywnych treningach na siłowni trochę się porozlewało i potrzebny był mu mały lifting. W związku z tym, że od pewnej cudownej osoby na święta dostałam bon na tatuaż (Rob dziękuję :* :* :*) nadarzyła się okazja, żeby nareszcie coś z tym zrobić i dodać kilka elementów... Pod logo zdecydowałam się umieścić nazwę zespołu, której autorem podobnie jak i samego logo jest wokalista Suns i mój wielki życiowy mentor - Kay.  Dodałam jeszcze różowe tło, które wygląda jakby było namalowane pędzlem. Cały projekt pięknie złożyła nieoceniona Monika, której serdecznie dziękuję :) i tak właśnie powstało moje pink cudo :)
Ów tatuaż ma być początkiem rękawa, który sobie pieczołowicie jakiś czas temu zaplanowałam.
W najbliższym czasie chcę dorzucać kolejne elementy, które stworzą kolorową całość a co najważniejsze będą najlepszym podsumowaniem sporej części mojego życia...

Tatuaż robiłam w studio ART FORCE TATTOO i szybko okazało się, że był to najlepszy wybór jakiego mogłam dokonać... Dziarkę tworzył mi Wąsu, który nie dość, że jest strasznie spoko to jeszcze ma fajne wizje... Ponad 2 i pół h spędzone w studiu uważam za bardzo sympatyczne... W ogóle cała ekipa AFT to fajni ludzie z którymi klient czuje się bardzo swobodnie... Kolejne tatuaże tylko tam :)
Polecam wszystkim!



Tattoo in progress :) 


Wersja gotowa:) - aczkolwiek na żywo wygląda dużo lepiej 

Teraz pozostaje czekać aż tattoo całkowicie się wygoi, a na to potrzeba jeszcze kilku dni... Jedynym minusem new dziarki jest fakt, że musiałam zrobić sobie przerwę od siłowni. No ale jak to się mówi coś za coś... Powrót na siłownię już w piątek :) więc chyba jakoś dam radę i przetrzymam jeszcze te kilka dni a tym czasem ćwiczę sobie w domu nie obciążając rączki :) 


Żeby zamknąć temat warto wspomnieć jeszcze, że info o moim tatuażu dotarło do samego Kaya, który zareagował na niego bardzo entuzjastycznie umieszczając jego fotkę na swoim profilu na fb uzupełniając ją przy tym strasznie miłym komentarzem: "Anicka rulez :)". Kiedy Twój największy idol pisze, że rządzisz samoocena skacze o jakieś 100 pkt, a świat automatycznie staje się piękniejszy :)


Jak się okazało nie jestem jedyną osobą, która chciała uwiecznić swoją fascynację Sunshine na ciele. Zaryzykuję chyba jednak stwierdzenie, że jestem jedynym takim freakiem z poza Czech :) 
W drugim podejściu publikacyjnym Kay napisał, że jest dla niego zaszczytem, kiedy coś co wyszło z pod jego ręki ludzie umieszczają na swojej skórze. Dla mnie zaszczytem jest fakt, że miałam możliwość poznać osobiście kogoś tak fantastycznego jak Kay, który swoją postawą oraz swoją twórczością w dużej mierze odmienił moje życie. Tatuaż zawsze będzie mi o tym przypominał... Děkuju :)

Anička

11 listopada 2014

Pieprzone rozterki

Ahoj,

Trochę inaczej miał wyglądać listopad w moim wykonaniu. Miałam być już w Pradze, miałam szaleć, miałam pracować i układać sobie dorosłe życie u naszych południowych sąsiadów... a gdzie jestem? hmm nadal jestem w Warszawie i do tego robię a w zasadzie będę robiła rzeczy, których zupełnie nie planowałam. Do marca miałam mieć spokój nic nie tworzyć nic nie wymyślać, jak się jednak okazało życie ponownie zweryfikowało moje misternie przygotowane plany. Pozornie mnie to cieszy ale jakaś cząstka mnie jest najzwyczajniej w świecie wkurzona...
W kwestii Czech no cóż niby sama podjęłam taką a nie inną decyzję ale nie przypuszczałam, że zaledwie po kilku dniach będzie mi tak ciężko. Aktualnie towarzyszy mi bardzo dziwne uczucie kiedy tylko pomyślę o Pradze i o tym ile fajnych rzeczy związanych z muzyką bym tam robiła dosłownie ściska mnie w klatce piersiowej. Zamienić swoją największą miłość tzn Czechy i taką fajną szansę na coś co właściwie jest mega ulotnie i niepewne to trzeba być głupkiem...
F**k zaczęłam dostrzegać jak bardzo brakuje mi: moich czeskich przyjaciół, Tomasa, czeskiego klimatu, czeskiej muzyki, koncertów, imprez, miasta, tramwaju nr 10, klubu Chapeau Rouge, zelenej, pezów, niebieskiej bramy, zizkova, bounce bounce, czeskiego piwa, pizzy na Ladvi, uroczych uliczek, kulajdy, oświetlonego Vaclavaku, przystojnych Czechów z tunelami w uszach i snapbackach na głowach itd itp...
Zamienić to wszystko na coś co właściwie jest mega ulotne i niepewne to trzeba być głupkiem...
Niestety wpadłam w ten stan, który prześladował mnie już wielokrotnie. Otóż kiedy przemierzam warszawskie ulice jestem przygnębiona i smutna. Nie pomaga nawet siłownia i endorfiny, które aktywują się podczas potężnego wysiłku fizycznego jaki kilka razy w tygodniu sobie serwuję. Skoro już o tym mowa poniekąd jestem z siebie dumna, ponieważ łamię własne granice i z dnia na dzień poszerzam spektrum ćwiczeń o te bardziej skomplikowane oraz zwiększam liczbę spalanych kalorii. Muszę przyznać, że nie mam nawet tak złej kondycji jak obawiałam się, że mam.


Początki były ciężkie, ale 500 kalorii na bieżni pękało :) 

Po prawie miesiącu widoczne są już nawet pierwsze efekty tej męki, ale liczę na zdecydowanie więcej. Najmniej przyjemnym aspektem zdrowszego trybu życia jaki sobie narzuciłam jest odmawianie sobie dobrego jedzenia. Praktycznie całkowicie zrezygnowałam ze słodyczy, rzeczy smażonych i słonych... Smutek to bo frytki, placki ziemniaczane czy pizza z kukurydzą śnią mi się po nocach i dodatkowo mają rączki i nóżki :D... zaczyna się to robić takie trochę creepy ale jak się chce zrzucać nagromadzone wcześniej kilogramy i zwałki tłuszczyku potrzebne są wyrzeczenia. Trenuję zatem nie tylko ciało ale i silną wolę! Kolokwialnie rzecz ujmując trzeba było nie żreć to teraz nie trzeba by było się katować... ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem... walczę!


Po miesiącu ciężkiej pracy i wyrzeczeń coś zaczęło się dziać :) 

Abstrahując od siłowni generalnie ostatnio chodzę jakaś podirytowana... ludzie, których wcześniej ceniłam i lubiłam zaczęli mnie drażnić, do tego porzuciłam sentymenty i stałam się bardzo nieufna i złośliwa. Doszłam też do wniosku, że kończę ze stawaniem na wyżynach wyrozumiałości, pracą charytatywną i zarywaniem nocy dla zasady... NEVER MORE! Człowiek się stara, próbuje być cierpliwy, chce dla innych jak najlepiej i nic to nie wnosi... inni nawet nie kwapią się, żeby zapytać jak ja się mam, jak ja się czuję... Wszystkim się wydaje, że jestem silna i rewelacyjnie sobie radzę, że mnie problemy nie dotyczą... Nic bardziej mylnego... Kiedy zostaję sama dużo myślę i analizuję... często łapię dołki i mam problem z wiarą w siebie i co za tym idzie z samooceną... To, że tego nie okazuje nie znaczy, że mnie to nie prześladuje. Pozory (nie mylić z tymi czeskimi) niestety czasem mylą... Dobrze, że jest kilka osób, które przynajmniej jak do nich napiszę to chociaż wysłuchają... W dzisiejszych czasach powinnam to doceniać. No i of course staram się doceniać...

Reasumując obawiam się, że kolejny raz podjęłam złą decyzję..., że drugiej tak fantastycznej okazji jak praca u K nie dostanę, że już nie będę mieszkać w Czechach no i, że bezpowrotnie straciłam Tomasa a z tym pogodzić jest mi się chyba najtrudniej...

Zobaczymy jednak co przyniosą kolejne dni...

Anča

7 października 2014

27...

Ahoj,

Urodziny nastrajają mnie zazwyczaj bardzo refleksyjnie... Ów dzień tradycyjnie już bogaty jest w różnorakie przemyślenia, i podsumowania...
Upłyną kolejny rok, jestem starsza... czas zastanowić się co udało mi się osiągnąć, co się zmieniło w końcu co jeszcze chcę i powinnam zrobić w swoim życiu.
W tym roku świętowanie trwało tydzień...Spowodował to fakt, że 22 wrzesień wypadał w poniedziałek. Kto normalny oblewa urodziny w poniedziałek?! - no właśnie...
Sam birthday dzień potraktowałam zatem bardzo lightowo. Do południa relax i domowe spa wieczorem natomiast wybrałam się z Panią Olą na omlet i piwo do Jeff'sa. Jak zwykle było bardzo nice... Pokonwersowałyśmy na tematy projektowo obuwnicze i zaplanowałyśmy jak będzie wyglądał weekendowy piknik. W między czasie spływały liczne życzenia wysyłane metodą tradycyjną (sms) oraz metodą innowacyjną czyli za pośrednictwem facebooka. Zdarzyło się również kilkanaście miłych telefonów... Największą radość sprawiła mi wiadomość od mojego czeskiego guru K, który w moim życiu odgrywa niesamowicie ważną rolę. Skoro ktoś taki o mnie pamięta to własna samoocena skacze w górę o jakieś 100 pkt :)
To idealne miejsce i moment na to, żeby wszystkim serdecznie podziękować. Mam nadzieję, że życzenia się spełnią i, że rok 2015 będzie dla mnie przełomowy.
Jeśli chodzi o wnioski z wspomnianych przemyśleń były one trochę brutalne ale cóż… to, że jestem dość skomplikowaną personą nie jest już chyba żadną tajemnicą. Miło natomiast, że w mojej głowie zaczęły pojawiać się również życiowe refleksje. Chęć posiadania dziecka, zluzowania tempa jakie kilka lat temu sobie narzuciłam i tym podobne rzeczy. Czyżby normalność i prawdziwa dorosłość? – na to wygląda…


Dostojnie z torcikiem by Pani Ola :) 

Wracając do świętowania to balowanie z prawdziwego zdarzenia rozpoczęło się w piątek, ale cały tydzień ktoś wyciągał mnie na piwo/wódeczkę itp...
Nie licząc wtorku ale o tym dniu zdecydowanie chcę zapomnieć...
Żeby być precyzyjną ranek był spoko, porządnie wyżyłam się na siłowni ale wieczór hmm... W kwestii komentarza napiszę może tylko tyle, że:
Inteligentny człowiek też czasem robi z siebie kretyna – ważne natomiast aby robił to z klasą. Mi to się chyba udało i z jakże kompromitującej sytuacji wyszłam z twarzą i co najważniejsze chyba nie będzie to niosło za sobą żadnych konsekwencji… Na dzień dzisiejszy nie niesie i oby tak zostało. Mimo wszystko czuję się teraz dużo lepiej i stałam się jakaś taka bardziej pozytywna i swobodna... Chyba sprawdza się kolejna czeska maksyma: "Všechno špatné vede k něčemu dobrému"... Zobaczy się jak będzie dalej...

Weekend był super - Komorów, piękna pogoda, fantastyczni ludzi i pyszne jedzonko :). Grill i długie rozmowy o Memoriale, życiu i planach na najbliższy rok...wszystko oczywiście z laczkiem w tle ;). Ekipa liderska dopisała a wieczór zakończył się grą w Tabu :D. Jak zwykle przegrałam ale podobno kto nie ma szczęścia w grach ten ma w miłości... hahaha czyżby? :P
Zabrakło jedynie naszego fotografa Klaudii ale jest usprawiedliwiona, ponieważ pokonała ją choroba.
Nieoceniona Pani Ola zadbała również o smaczny, czekoladowy tort. Zdmuchnęłam świeczki i wypowiedziałam tajnie - tajne życzenia. Patrząc na cały anturaż imprezy nie ma opcji wszystkie muszą się spełnić. Mistrzostwem dnia a w zasadzie dni okazała się być obuwnicza koszulka, którą wykonała dla mnie Pani Ola :) motyw vansów i laczków zniszczył mnie doszczętnie lepsza była chyba tylko grafika podsumowująca Memoriał :D...


Fotki na nowej kanapie być musiały :) 


Memoriałowe akcenty obecne być musiały :)

Skoro zrobiło się już tak refleksyjnie muszę napisać, że nie przypuszczałam, że z 5 Memoriału wyniknie tak wiele dobrego, że wyklaruje nam się taka fajna paczka znajomych, którzy lubią spędzać ze sobą czas i mają kreatywne pomysły. Przypuszczam, że razem możemy zrobić wiele wielkich rzeczy :) Jestem bardzo szczęśliwa, że poznałam tych cudownych ludzi i liczę na to, że będziemy razem nie tylko pracować ale również szaleć w wolnych chwilach :) 

Reasumując cały urodzinowy tydzień był genialny... wszystkim serdecznie dziękuję, głównie za to, że pomimo pewnych rozterek uśmiech nie schodzi z mojej twarzy...
A co do postanowień na najbliższe miesiące to zostaję w Warszawie, zapuszczam włosy z boku i regularnie odwiedzam siłownię. Czas poważnie o siebie zadbać...

Anička


15 września 2014

LOTTO 5. Warszawski Memoriał Kamili Skolimowskiej - podsumowanie

Ahoj,

Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo intensywne... zarówno jeśli chodzi o przemyślenia i zawirowania emocjonalno - uczuciowe jak i o zadania, które miałam do wykonania w związku z LOTTO 5. Warszawskim Memoriałem Kamili Skolimowskiej. Kiedy rok temu zaproponowano mi koordynowanie całego wolontariatu na tej bliskiej mojemu sercu imprezie bardzo się ucieszyłam i czułam się zaszczycona. Być istotną częścią takiego przedsięwzięcia to jest coś - pomyślałam...
Nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego ile będzie mnie to wszystko kosztowało. Wyrzeczenia, poświęcenie, czas, stres, frustracja, w końcu rozczarowanie kilkoma osobami to tylko niektóre emocje jakie towarzyszyły mi przez ponad pół roku...

Początki były bardzo obiecujące... wiele planów, dobry scenariusz działania, świetni ludzi obok... niestety z czasem wszystko jakoś się rozmyło... zapał zmalał, wyrosła ściana i wkradł się chaos...
Kilkukrotnie chciałam zrezygnować ale danego słowa się przecież nie łamie zresztą w maju pojawił się pewien fakt, który zaczął stanowić dla mnie główną motywację... Kiedy miałam dość robienia tabelek, męczenia Moniki o kolejne grafiki, nocnego klejenia bookletu, pisnia tekstów czy walki z nadmiarem pomysłów powtarzałam sobie "robisz to bo..." i pomagało...
Czas jaki temu poświęciłam i ogrom pracy jaki włożyłam w przygotowania zaczął jednak przynosić efekty, zestawiłam świetną grupę liderów i wspólnie zaczęliśmy planować szczegóły... Pierwszy formularzowy etap rekrutacji pozwolił wyłonić interesujący team potencjalnych wolontariuszy. Czerwcowe rozmowy rekrutacyjne natomiast wyselekcjonowały najlepszych... Nie będę ukrywała, że po nich nabrałam wiatru w żagle... Trzy dni, kilkadziesiąt interesujących osób, każdy z pasją, z jakąś ciekawą historią... Zaczynałam wierzyć, że będzie dobrze, że dam radę, że wszystko się uda.

Największy przełom "podejściowy" nastąpił podczas Rajdu Polski fatalnego ale jednak jak się okazało potrzebnego... Abstrahując od prawej "rency", która tak jak szybko pojawiła się w Mikołajkach tak szybko je opuściła z Magdą mogłyśmy spędzić więcej czasu razem i sprawdzić jak reagujemy w różnych ekstremalnych :D sytuacjach (VIP/Hospitality uczy jednak pokory :P). W końcu poznałam Panią Olę, dzięki której tak naprawdę przetrwałam na Mazurach te kilka dni... Już wtedy wiedziałam, że chcę dokooptować Ją do memoriałowej ekipy liderów. Jeszcze w mazurskich, spartańskich warunkach zmusiłam Ją do wypełnienia formularza zgłoszeniowego... TVN i fakt, że wiozła najlepszych kierowców świata na konferencję prasową zdecydowały, że zajęła się transportem (hahaha)...


Cudowni ludzie, najlepsi liderzy :)


Łapkowy team w komplecie :) 

Z miesiąca na miesiąc moje odczucia mieszały się jak drink w shakerze... Wielokrotnie miałam dosyć współpracy z managerką projektu ale wykazywałam się cierpliwością i wielką wyrozumiałością (bo...). Kłody rzucane pod nogi z zaskakującą gracją przeskakiwałam. Nawet nie wiedziałam, że tak potrafię ale jak się okazało zdarza mi się... Czy to odkrycie mogę traktować jako pierwszy, większy memoriałowy plus? - może...

Kolejnym krokiem w pracy była komunikacja z wybranymi wolontariuszami... Ileż to maili wysłałam, myślę, że śmiało można liczyć je w tysiącach. Wpadłam też na pomysł stworzenia bloga wolontariackiego, co uważam za jeden z lepszych swoich pomysłów jeśli chodzi o memoriał, oraz logo teamu wolontariackiego. Dzięki temu już na wczesnym etapie prac wolontariusze mogli poznać zarówno liderów, swoje obowiązki a przede wszystkim historię Kamili Skolimowskiej dla uczczenia której cały Memoriał jest przecież organizowany. Niestety nie dla wszystkich ta kwestia była oczywista dla mnie natomiast jest i zawsze będzie!
Tydzień przed samą imprezą przeprowadziliśmy szkolenie... Dzięki jednemu z naszych liderów Szymonowi mogło odbyć się one na Stadionie Narodowym. Pytanie, które samoistnie pojawia się w tym momencie brzmi jak to możliwe, że nam udało się to załatwić a managerce projektu nie?! może najzwyczajniej w świecie zabrakło chęci zresztą nie tylko w tym przypadku...
Szkolenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że dokonaliśmy słusznego wyboru jeśli chodzi o skład teamu... Myślę, że podczas szkolenia na szczególną uwagę zasłużyła prezentacja multimedialna poświęcona Kamili, którą przygotowałyśmy wspólnie z Klaudią i Łukaszem oraz wspomniane już wcześniej booklety, którego jeden egzemplarz oprawiłam sobie w ramkę i powiesiłam na ścianie.

Prezentacja:

http://prezi.com/kcglqeu3znx-/szkolenie-wolontariuszy-lotto-5-warszawskiego-memoriau-kamili-skolimowskiej/?utm_campaign=share&utm_medium=copy

Dumna jestem zarówno z materiału, który się w nim znalazł, graficznej formy jak i samego wykonania hand made z którym również wiąże się długa i okupiona potem i łzami historia :). Z tego miejsca serdecznie dziękuję Monice, Pani Oli, Łukaszowi i Piotrkowi!!!

Sam Memoriał to dla mnie szaleńczy pęd trwający 6 dni... Jak wskazuje mój służbowy telefon przez ten czas przeprowadziłam łącznie ponad 19 godzin rozmów dotyczących transportu, wolontariuszy, bezpieczeństwa i innych tego typu dziedzin... Rozwiązałam również szereg problemów, które generalnie wyglądały na takie, których nie da się rozwiązać... Co jak co ale trzeba przyznać, że czasem popłaca być otwartą, uśmiechniętą i przygotować sobie podwaliny pod pewne relacje trochę wcześniej. Wtedy jedzie się już na dobrej opinii i ludzie są po prostu bardziej mili i chętni do pomocy. Tak było w moim przypadku właśnie przez te kilka dni... Mam na myśli środowisko hotelowo - transportowe bo stadion to trochę inna, bardziej skomplikowana kwestia.
Żeby nie było tak smutno z dnia na dzień zaczęło przybywać plusów... np wzrost samooceny, fakt, że coś trudnego udało mi się załatwić, że wszystko co miałam nadzorować działało bez zarzutów. W końcu cudni ludzie, którzy dzielnie z uśmiechem na twarzach pracowali.
Nie zabrakło również tych wydarzeń, które zostaną we mnie do końca życia... Jednym z nich jest niewątpliwie czwartek i urodziny Usaina Bolta... Akcja kubełek KFC wypełniony najlepszymi, polskimi słodyczami okazała się być moim kolejnym, dobrym pomysłem. Wolontariusze mieli frajdę, a i sam Usain docenił zarówno inicjatywę jak i to, że poczytałam trochę o Nim i wyłapałam, że za kubełek Hot wings zrobi wszystko... Po raz kolejny okazuje się, że dociekliwość to nie taka najgorsza cecha :)... No i w taki o to sposób do mojej bogatej kolekcji przybyło kolejne fajne wspomnienie i ciekawa pamiątka...  Tak czy siak sam najszybszy człowiek świata nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia... Co prawda nie miałam czasu jakoś specjalnie się Nim ekscytować bo miałam inne priorytety i bardzo dużo pracy...


Większą zajawkę niż Panem Boltem miałam Jego boską koszulką i sukcesem kubełka  :) 

Jeśli już o sportowcach mowa to osobiście największą frajdę sprawiła mi obecność słowackiej młociarki Martiny Hrasnovej oraz węgierskiego młociarza Krisztiana Parsa... Natomiast najbardziej brakowało mi tradycyjnie już Stevena Lewisa, ale również Tatiany Lysenko, która stała się dla mnie swoistym symbolem Memoriału... Mam nadzieję, że po przerwie spowodowanej ciążą odwiedzi jeszcze Warszawę... Szkoda również, że nie przyjechali amerykańscy biegacze: Mike Rodgers i Wallace Spearmon czy mój ulubieniec Kim Collins :P...


Jak dla mnie najlepsza ekipa 5. Memoriału... Słowacy: Martina Hrasnova, Jana Veldakova i Marcel Lomnicky

Kolejnym dużym jeśli nie największym osobistym plusem Memoriału były liczne czesko - słowackie dialogi. Dzięki Bogu w tym roku mogłam się porządnie nagadać. Oprócz konwersacji z Dyrektorem sportowym zawodów, który jest Słowakiem oraz Jego czeskim asystentem (btw uwielbiam tych Panów głównie za profesjonalizm, precyzję i pozytywne usposobienie - tacy właśnie powinni być szefowie) miałam możliwość wymiany kilku zdań z czeskimi lekkoatletami: Janem Velebou i Romanem Novotnym.


Czeska fotka to podstawa :) tutaj z Janem Velebou

Generalnie dużo lepiej pracowało mi się w hotelu niż na stadionie... spowodowane to było głównie osobami z którymi w obu tych miejscach przyszło mi obcować. Mimo wszystko również na Narodowym dwoiłam się i troiłam aby być jak najbardziej profesjonalna i jak najlepiej wykonać swoje (ale nie tylko) zadania. Niewątpliwie warto zaznaczyć, że poszerzyłam spektrum własnych umiejętności oraz wytrenowałam swoją cierpliwość. Do moich wolontariuszy nie mam żadnych zastrzeżeń wręcz przeciwnie jestem z Nich dumna!!! 


Pełna profeska nawet w snapbacku :) sup, sup i wjazdówki na trening dla autokarów były załatwione...

Po raz kolejny nie udało mi się zobaczyć zawodów ale do tego zdążyłam już przywyknąć... 
Z kuluarów dowiedziałam się o rekordzie polski w rzucie młotem mężczyzn, który ustanowił nasz Paweł Fajdek. Fakt, że zawodnik zadedykował ten rekord Kamie sprawił mi dodatkową radość. Tak właśnie powinno to wyglądać!


MISTRZ!

To co trzeba było zrobić zostało zrobione: autobusy pomimo problemów jeździły, Robert Harting bezpośrednio po zakończeniu konkursu rzutu dyskiem pojechał na lotnisko, wolontariusze byli na swoich stanowiskach...
Nie ustrzegliśmy się jednak kilku wpadek ale są one wpisane w ryzyko tak wielkich imprez. 
Niestety nie można ubezpieczyć się na każdą ewentualność.
Cieszę się natomiast, że nie dałam za wygraną, postawiłam na swoim i wywalczyłam obecność liderów podczas imprezy! Wszystkie Panie, które operują wykutymi na pamięć pustymi schematami zachęcam do tego, żeby bardziej wnikliwie słuchały osób posiadających doświadczenie w pracy wolontarackiej przy Memoriale. Warto czasem schować swoją dumę do kieszeni i skonsultować się z kimś kto dokonał wnikliwej analizy IV Memoriału, i przygotowując plan na V zminimalizował ryzyko wystąpienia podobnych błędów. I nie nie chodzi tu o prywatne sympatie czy antypatie... Chodzi o dobro całej imprezy!

Rekapitulując pozostał niedosyt, który ciężko jest mi sklasyfikować... Własny plan nie do końca ze swojej winy wykonałam w 75 %... Jako perfekcjonistka nie akceptuję takiego wyniku...
Wyciągnęłam natomiast wnioski i wiem nad czym należy pracować... 
Mimo wszystko cieszę się, że mogłam być częścią tej wspaniałej imprezy i mam nadzieję, że kolejna edycja ze mną czy beze mnie będzie jeszcze lepsza.

Anicka


i jeszcze jedna kwestia ...

Do dnia dzisiejszego niestety nie udało mi się odpowiedzieć na zasadnicze pytanie dotyczące tego kim właściwie byłam podczas całego Memoriału... Czy przyszło mi pełnić rolę wolontariusza czy może jednak pracownika?! Jeśli wolontariusza, to chyba kilkukrotnie wyraźnie rozmyły się granice jego bycia jeśli byłam pracownikiem to zdecydowanie wiele istotnych rzeczy mnie ominęło...


fotki by Klaudia Feruś (dziekuję!)



Instagram

23 maja 2014

Lotto 5. Memoriał Kamili Skolimowskiej - can't wait!

Ahoj,

Tak jak wspominałam niesamowite rzeczy się dzieją. Kolejną dobrą informacją, która ostatnimi czasy ujrzała światło dzienne jest fakt iż na 5. Memoriał Kamili Skolimowskie do Warszawy przyjedzie sam Usain Bolt - rekordzista świata na 100 i 200 metrów. Nie żebym była jakoś niesamowicie nim zafascynowana ale z pewnością jego obecność sprawi, że na Stadionie Narodowym pojawi się bardzo dużo ludzi. A to obok upamiętnienia Kamili przecież najważniejszy cel.
Nie jest żadną tajemnicą, że ta impreza sportowa jest bardzo bliska mojemu sercu i, że od ponad dwóch lat dokładam swoją małą cegiełkę do jej organizacji. W tym roku czeka mnie jeszcze większa odpowiedzialność ale to tylko bardziej mnie motywuje i sprawia, że już nie mogę się doczekać tych kilku magicznych dni pełnych przygód, wspaniałych ludzi i różnorakich wyzwań.
Pierwszy raz impreza odbędzie się na tak dużym stadionie co automatycznie sprawia, że Memoriał zyskuje nowy wymiar. Ahhh aż ciarki mnie przechodzą jak sobie pomyślę jak będzie fajnie.
Wczoraj oficjalnie ruszyła sprzedaż biletów i mam nadzieję, że będą się one sprzedawać jak ciepło bułeczki :). Wszystkie szczegóły można znaleźć na stronie: www.memorialkamili.pl

Fundacja Kamili Skolimowskiej główny organizator imprezy opublikował również oficjalny spot i plakaty promujące wydarzenie. Warto się z nimi zapoznać i skorzystać z promocji jakie przygotowano dla najszybszych.




Emocji jak widać z pewnością nie zabraknie :) 
"Będzie, będzie zabawa, będzie się działo..." :)

 Anička 

9 maja 2014

Projekt za projektem z bardzo czeskim zabarwieniem.

Ahoj,
długo się nie pisze, długo się nie pisze ale to dlatego, że dużo się dzieje... hmm dużo? nie!!! B.a.r.d.z.o d.u.ż.o.

Ha, może to jest właściwy moment aby napisać tutaj o kilku projektach w które się ostatnimi czasy zaangażowałam.
Nie jest chyba żadną tajemnicą jak bliskie mojemu sercu są Czechy. Świadczy o tym mój tatuaż z czeską flagą ukryty za lewym uchem oraz hmm właśnie co jeszcze o tym świadczy? właściwie chyba po prostu sama ja. Od ponad 8 lat (LOL), żyję naszymi południowymi sąsiadami i choć w większości stacjonuję w Warszawie bije ode mnie miłość do Czeskiej Republiki... Ostatnio usłyszałam pod swoim adresem takie sformułowanie, które bardzo mnie ubawiło... Brzmiało: "hej, bije od ciebie czeskość" hahaha trudno się nie zgodzić i chociaż brzmi to straszliwie niepoprawnie to podoba mi się :).
A więc jako, że bije ode mnie czeskość, postanowiłam coś z tym zrobić i jakoś to wykorzystać.
Kilka miesięcy temu wpadłam zatem na pomysł stworzenia polskiej strony internetowej poświęconej czeskiej muzyce a przede wszystkim czeskim zespołom, które co też nie jest tajemnicą uwielbiam.
Stronka hula i całkiem niezle sobie poczyna. Dobra grafika dzięki mojej friend Monice - jest!, materiału dzięki czeskim bandom nie brakuje... Ludzie wchodzą miejmy nadzieję, że czytają a przede wszystkim, że odpalą choćby na chwilę którykolwiek z teledysków, polecanych i opisywanych przez nas zespołów. Tak!,  pełna czeska, muzyczna indoktrynacja hehe. Jeśli będzie się wam chciało to serdecznie zapraszam na www.pozorczechy.pl.



Staramy się zadbać o różnorodność jeśli chodzi o style reprezentowane przez zespoły, które opisujemy. Systematycznie również, będziemy pisać o najciekawszych koncertach i festiwalach odbywających się u naszych południowych sąsiadów. Do Czech daleko nie mamy więc może zachęci i zmotywuje to kogoś do zwiedzenia tego wspaniałego kraju. Ho ho to się chyba nazywa misja :) i poniekąd tak właśnie to traktuję.
Drugim projektem, który dopiero wkracza w fazę realizacji jest radio... Od dziecka marzyłam o pracy w radio a skoro zupełnie przypadkiem otrzymałam taką możliwość to grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Póki co nie jest to żadna komercyjna stacja (miejmy nadzieję, że kiedyś będzie :)) a radio studenckie jednej z największych warszawskich uczelni. Aktualnie wdrażam się w prace opowiadając o skokach narciarskich i innych sportach zimowych. Czasem szepnę coś o piłce nożnej... Jednak już niedługo wszystko powinno się zmienić i powinnam mieć swoją własną audycję poświęconą czeskiej i słowackiej muzyce :) ... czyli tym na czym znam się najlepiej.
Szczerze to już nie mogę się doczekać... pomysły na minimalnie kilkanaście własnych audycji mam więc powinno być ciekawie. Pisząc o muzyce nie zachęcę wszystkich do jej odnalezienia i odsłuchania radio daje mi dużo większe pole do popisu.

Dalsze projekty na najbliższy czas to: koncerty czeskich zespołów w Polsce oraz przygotowanie wolontariatu na kolejny lekkoatletyczny Memoriał Kamili Skolimowskiej.
Pracy jest sporo ale jest to niesamowicie przyjemne i mam nadzieję, że przyniesie same pozytywne efekty. Bo przecież w życiu nie ma nic ważniejszego niż realizacja własnych marzeń i celów.

Kończąc notkę, którą traktuję jako formę usprawiedliwienia mojego długiego niepisania obiecuję poprawę i regularne wrzucanie notek.

Trzymajcie się ciepło i pamiętajcie walczcie o swoje marzenia i wierzcie w siebie.

Anička

11 listopada 2013

Sunshine "Back To The Roots" + Niceland + Imodium

Ahoj,
kocham zbiegi okoliczności... a ostatnimi czasy zdarza mi się trafiać na nie bardzo często.
22 października udałam się na trzydniowe szkolenie do Pragi. Nie będę ukrywać, że intensywnie poszukuję pomysłu na to co w Pradze właściwie mogłabym robić. Istnieje kilka fajnych możliwości ale zważywszy na to, że i w Polsce zaczęło się dziać kilka niesamowicie interesujących rzeczy cały czas kursuję między Warszawą a Pragą i nie wiem na co tak naprawdę się zdecydować. Pocieszające jest natomiast to, że wszystko się ze sobą wiąże, że pracując nad pewnymi projektami w Wawie walczę o czeską sprawę i to dosłownie ale o tym napiszę kiedy indziej. W tym poście chciałabym się skupić na kilku niesamowitych bonusach, które w Czechach miałam możliwość ogarnąć:). Pierwszym był koncert świetnej indie - rockowej kapeli No Distance Paradise pochodzącej z Olomouca. Odbywał się On we wtorek, także zaraz po przyjeździe do Pragi, wspólnie z moją koleżanką Barou udałyśmy się do Rock Cafe. NDP są genialni a ja oprócz muzyki zachwycałam się głosem i bluzą wokalisty :).



Najbardziej zakręcona była jednak środa. O 17:00 w Bontonlandzie (coś na kształt naszego Empiku) odbywał się chrzest najnowszej płyty rockowego zespołu Imodium pt: "Valerie". Ponieważ Imodium, to zdecydowanie jeden z najlepszych czeskich zespołów oczywiście nie mogło mnie tam zabraknąć. zwłaszcza, że przygotowuję się do napisania porządnego artykułu na temat chłopaków z Broumova. Tym razem do plecka spakowałam aparat, ponieważ uznałam, że fotki mogą mi się przydać.
Sam chrzest był super, oprócz podpisywania płyt, rozmów z fanami był również mini koncert unplugged...


Bardzo żałuję, że nie mogłam zostać do końca ale podpisaną płytę posiadam więc w sumie nie mam co narzekać :). Powodem dla którego w pośpiechu wybiegałm z Bontonlandu był wywiad z Nicelandem, na który umówiłam się dwa tygodnie przed wyjazdem do Czech.  Ehh byłam niesamowicie podekscytowana, ponieważ Michal Motycka to jeden z tych artystów, których szanuję najbardziej i w którego twórczości jestem wręcz zakochana. Do wywiadu pieczałowicie się przygotowałam układając 38 wnikliwych pytań. Wychodzę z założenia, że jak już coś robić, to robić to dobrze... Wywiad miał się odbyć o godzinie 18:00 w muzycznym klubie Roxy. Z Michalem umówiliśmy się pod wejściem... kiedy dotarałam pod wskazany adres charyzmatyczny artysta już na mnie czekał. Wywiad był niesamowicie miły a sam przepytywany naprawdę przsympatyczny. Cieszę się, że stworzyłam kilka pytań, których jeszcze nigdy nikt mu nie zadał. Chyba zaczyna to być moim znakiem rozpoznawczym... Przesłuchując nagranie z wywiadu i przygotowując z niego relację odnoszę wrażenie jakby rozmawiała ze sobą dwójka dobrych kumpli. Po wyłączeniu dyktafonu pogadaliśmy sobie jeszcze na wiele tematów i pojawił się pomysł wspólnego projektu... ale nad scenariuszem trzeba jeszcze popracować. Hmm kolejna osoba z czeskiej sceny muzycznej, która wywarła na mnie bardzo świetne wrażenie.

A propos Nicelanda polecam serdecznie przesłuchać... genialny głos i wielki talent autorski.



Kwintesencją tego bogatego w emocje dnia były jednak premiera dokumentu oraz koncert mojej ukochanej czeskiej grupy SUNSHINE :).
A propos grupy, jeśli ktoś jeszcze o niej ode mnie nie słyszał, co jest chyba niemożliwe bo od kilkunastu miesięcy mówię o niej non stop :D serdecznie polecam artykuł, który popełniłam kilka tygodni temu:

http://alternation.pl/sunshine_-_indie_rock_prosto_z_czech,id,1262,artykuly.html 

Tak się składa, że to na co czekałam od kilku miesięcy odbywało się w Pradze dokładnie 23.10 cudownie, po prostu cudownie :) Zatem stało się oczywistym, że wezmę udział w tym ważnym dla każdego fana wydarzeniu :) Kogo jak kogo ale największej polskiej wielbicielki Suns nie mogło tam zabraknąć hehe.



Lucerna Music Bar to w Pradze miejsce wręcz kultowe. Odbywają się tam praktycznie wszystkie, najważniejsze koncerty... tak czy siak piwo za 45 kc oraz cola za 39 kc to istna przesada... Dobrze, że mam ocenić Sunshine, dokument: "Back To The Roots" i oczywiście koncert a w tym przypadku było już zdecydowanie lepiej. 
Emisja dokumentu miała nastąpić o godzinie 21:00 niestety jednak opóźniła się o ok. 40 min... Zważywszy na to, że trzeba było stać zgromadzeni ludzie nie byli zachwyceni. Jak się później okazało dokument do ostatnich minut był poprawiany, co jest jako takim wytłumaczeniem... 
Hmm jeśli mam ocenić sam dokument to w sumie oprócz tego, że bardzo słabo było słychać to nie było najgorzej. Kilka razy głośno się zaśmiałam, w innych momentach stałam jak wryta a w jeszcze innych zastanawiałam się co ja tam właściwie robię. Otoczona dziewczętami, które opowiadały jak to bardzo podoba im się wokalista Kay starałam się skupić i uzupełnić wiedzę na temat historii zespołu. Jestem przekonana, że już niebawem będzie mi ona bardzo potrzebna :).
Hmm swoją drogą pisząc artykuł o Suns nie przypuszczałam, że niejaki producent i kreator sukcesu grupy w USA Sonny Kay jest tak bardzo przystojny :D. Ah ta moja fascynacja starszymi mężczyznami :D.
Warto zaznaczyć, że w dokumencie był również polski akcent a w zasadzie warszawski (co potraktowałam jako sprawę osobistą :)) 
Myślę, że oficjalne zdanie o filmie wyrobię sobie dopiero wtedy kiedy na spokojnie usiądę i obejrzę go w domowym zaciszu. Mam nadzieję, że chłopcy dotrzymają słowa i w najbliższym czasie faktycznie wyjdzie dvd :)... 
Bezpośrednio po filmie rozpoczął się koncert, który cóż rzec był genialny... Kay i spółka po prostu wymiatali... i chociaż ponownie nie zagrali żadnej z moich ulubionych piosenek (z wyjątkiem "Astrogen Nostalgia") bawiłam się doskonale. 



Setlista składała się z osiemnastu piosenek do tego dorzucono dwa bisy... Nie będę ukrywać, że nareszcie porządnie sobie pośpiewałam jednocześnie łapiąc się na tym, że znam wszystkie piosenki na pamięć. Podczas koncertu zapragnęłam wrócić do grania na gitarze. Od kilku lat tego nie robiłam i teraz widze, że był to błąd. Aktualnie poszukuję dla siebie optymalnej gitary akustycznej, która pozwoli mi przypomnieć sobie to co jeszcze kilka lat temu było dla mnie tak ważne. 
Kolejnym krokiem będzie przejście z akustyka na elektryk :) zobaczymy co z tego wyjdzie...
Wracając do koncertu, byłam już na kilku koncertach Suns ale ten był zdecydowanie najlepszy. Mega energetyczny, Kay miał świetny kontakt z fanami a dedykacje miażdżyły system :).
Cieszę się, że mogłam przeżyć koncert będąc pomiędzy fanami a nie gdzieś pod sceną z aparatem... zdecydowanie taka swobodna forma najbardziej mi odpowiada.


Powrót z koncertu to kolejna śmieszna opcja :D jadąc nocnym tramwajem numer 55 uśmiałam się kiedy grupa ludzi jak się pózniej okazało również wracająca z koncertu Suns siadała na kolanach bardzo pijanemu a może i martwemu człowiekowi :D... Hehehe wyglądało to przekomicznie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że następnego dnia dziewczyna z tramwaju odnajdzie mnie na facebooku i, że się zakolegujemy :). Takie rzeczy tylko w Czechach...

Kolejne dni również były pełne miłych niespodzianek oraz nowych znajomości, które jestem przekonana już niedługo przyniosą bardzo przyjemne korzyści :) 

Cóż mam na koniec napisać? może tradycyjnie już I love Czech Republic :) 

A.n.č

Instagram

zdjęcia: iklik.cz

6 października 2013

Tylova leta i najlepsze urodziny ever!

Ahoj,
swoje 26 urodziny spędziłam w Pradze co w gruncie rzeczy jest oczywiste. Tak się świetnie złożyło, że 20 września miałam rozmowę, która miała zdecydować o mojej przyszłości w czeskiej stolicy. Również 20 września w mieście Hradec Kralowe oddalonego od Pragi zaledwie o 116 km odbywał się festiwal muzyczny Tylova leta. W związku z tym, że grały tam dwa zespoły, których słucham: Sunshine i Airfare było oczywiste, że się tam udam :). Kolejnym przyjemnym zbiegiem okoliczności był fakt, że 21 września w klubie Chapeau Rouge Kay z Tvzexem rozkręcali imprezę zwaną Bounce Bounce. Czy można sobie wyobrazić lepszy sposób na świętowanie urodzin? Ne Ne zdecydowanie NE :) szczególnie jak ma się wjazd za free :).
Oj zakręcone były te dni bardzo zakręcone...

Jak już zapewne wiecie w Czechach po prostu nie można się nudzić. Jak nie jakiś interesujący koncert, to dobra impreza na którą warto się wybrać ze znajomymi.
Zacznę zatem od napisania kilku słów o Tylovych letech...
Ten mini festiwal bo chyba tak należy go nazwać odbywał się już po raz siódmy. Organizowany jest przez absolwentów Gimnazjum im. Josefa Kajetana Tyla, współtwórcy czeskiego hymnu. Festiwal odbywa się każdegeo roku pod koniec września w sali Domu Kultury Strelnice. Nie jest to zatem klasyczny outdoorowy festiwal... co sprawia, że charakteryzuje go specyficzny klimat.
W tym roku na Tylovkach zagrali: piosenkarz Niceland, zespoły: Sunshine, Airfare, Mandrage oraz słowacki From Our Hands.

Do Hradce pojechałam kilka godzin wcześniej w związku z tym, że chciałam jeszcze przejść się po mieście. Dawno tam nie byłam a skoro nadarzyła się okazja to grzechem byłby z niej nie skorzystać. Miasto jest bardzo specyficzne, dziwnie rozmieszczone ale zarazem bardzo sympatyczne. Co ciekawe jest tam wiele pubów, restauracji i innych miejsc stricte rozrywkowych. Niesamowitym plusem jest fakt, że wszędzie jest blisko. Bynajmniej w te miejsce, które podczas tego jednodniowego pobytu miałam dotrzeć.
Przed festiwalem zjadłam smaczny obiad w jednej z włoskich restauracji oraz skoczyłam zakupić Semtex :D
Podczas roku spędzonego w Czechach uzależniłam się od cukierków PEZ Hroznovy cukor :D oraz od napoju energetycznego Semtex właśnie.


Kiedy dotarłam na miejsce festiwalu odebrałam akredytację oraz miętową opaskę, która btw pasowała do koloru mojej koszulki, bluzy, czapeczki i lakieru do paznokci :) hehe.
W oczekiwaniu na rozpoczęcie występów udałam się na piwo. Klasyka będąc w Czechach po prostu nie mogę się temu rytuałowi oprzeć. Zwłaszcza kiedy dobre piwo kosztuje zaledwie 4 zł. 
Na pierwszy ogień poszedł niesamowity piosenkarz Niceland. Na początku posta wspominałam, że z występujących na TL słucham Sunshine i Airfare ale Nicelanda też bardzo lubię. 
Michal Motycka nie miał niestety łatwego i przyjemnego zadania ponieważ podczas swojego występu na sali było zaledwie kilkadziesiąt osób. 

źródło: tyloveleta.cz

Większość osób w tym czasie znajdowała się na balkonie skąd obserwowała występ i popijała piwo oraz inne alkoholowe napoje. Dopiero kiedy Niceland zagrał swoje dwa największe hity "Come On" oraz "Leave Me Out" publiczność zaczęła gromadzić się w tzw kotle czyli pod sceną. 
Artysta podczas 45-minutowego, klimatycznego koncertu raczył się winem i opowiadał krótkie historie każdej z zaśpiewanych piosenek. Ah co jak co ale głos to On ma niesamowity.


Kolejnym zespołem był słowacki, rockowy band From Our Hands. Niestety wcześniej nie słyszałam o chłopakach z Bratysławy no może z wyjątkiem tego, że zespół o tej nazwie supportował kiedyś koncert Sunshine. Z zainteresowaniem zatem przysłuchiwałam się kolejnym piosenkom. 

źródło: tyloveleta.cz

Energetyczny występ i mocne gitarowe brzmienie przypadło do gustu zarówno mi jak i pozostałym przybyłym. Warto zaznaczyć, że ludzi z minuty na minutę przybywało. Pod koniec koncertu sala była właściwie w połowie wypełniona. Zaczynał się tworzyć bardzo sympatyczny klimat. Nie licząc kilku pijanych młodych chłopców, którzy pod sceną zaczęli trochę rozrabiać...


Trzecim zdecydowanie najbardziej oczekiwanym (oczywiście nie przeze mnie) koncertem był występ popularnego szczególnie w kręgach młodzieży gimnazjalnej zespołu Mandrage. Jeśli o mnie chodzi widziałam ich już tyle razy, że ów koncert potraktowałam jako czas na kolejne piwo i spojrzenie na scenę z góry. Pod sceną dostrzegłam nawet mamy z kilkuletnimi dziewczynkami... Analizując teksty większości piosenek ta obecność jest zastanawiająca. Żeby nie pastwić się nad zespołem, którego przecież sama kiedyś namiętnie słuchałam a i teraz raz na jakiś czas odtworzę sobie np. piosenkę "Uz me vickrat neuvidis" docenię kunszt ich perkusisty Matysa. Chłopak jest po prostu genialny!!!

źródło: tylovaleta.cz


Show jako show nie było najgorsze, kilka fajnych songów, dym wypuszczany w rytm piosenki "Mechanik"i nawet sobie trochę pośpiewałam ale odliczałam już minuty do występu Airfare i Suns. 

Czekałam, czekałam i się doczekałam. Kolejny koncert to już Airfare. Pierwszy raz widziałam ten zespół na żywo. Ou yeah i muszę przyznać, że brzmią identycznie jak na płytach. Wokalista Thomas Lichtag, Amerykanin od wielu lat mieszkający w Pradze jest po prostu genialny. Oprócz wspaniałego głosu i niesamowitego brzmienia uwielbiam Jego sposób mówienia po czesku. 

źródło: tylovaleta.cz



Oj zrobili na mnie wielkie wrażenie. Dodatkowo przesympatyczny gitarzysta Lukas... według mnie zdecydowanie najlepszy koncert dnia. Miło, że zespół zagrał kilka kawałków, które mają znaleźć się na nowej płycie. Już nie mogę się jej doczekać.

Ostatni koncert, grany o nieludzkiej porze bo o przed godziną 00:00 to występ mojej ulubionej grupy Sunshine. O zespole nie będę się rozpisywać, bo właściwie wszystko już napisałam. Podczas godzinnego występu Suns zagrali mix nowszych i starszych kawałków. Nie zabrakło hitów takich jak: "Top! Top! The Radio", "K.I.D.S" czy "Ghetto" ale również piosenek pochodzących z ery "Velvet Suicide" czy "Moonshower And Rezorblades".
Mnie najbardziej ucieszył fakt, że nie zapomnieli również o "Pull The Trigger", której tak dawno nie słyszałam.

zródło: tylovaleta.cz

Niestety podobnie jak i na trzech poprzednich koncertach Suns na których miałam przyjemność być nie usłyszałam moich ulubionych kawałków takich jak "Moon Rats" czy "Tokyo Bassline". Wierzę jednak, że jeszcze będzie mi dane usłyszeć na żywo te utwory :).

Smutnym akcentem była bardzo niska frekwencja podczas koncertu Suns. Najprawdopodobniej wynikała ona z bardzo później pory ale to nie powinno być żadnym tłumaczeniem. Ja bawiłam się jak zwykle świetnie i cieszę się, że nareszcie mogłam w 100% poczuć ten niesamowity klimat nie musząc biegać z aparatem :). Do tego dwa dni przed urodzinami... Meeeeega :)
Podsumowując cały festiwal był bardzo sympatyczny. Świetne zespoły, tanie piwo i sympatyczna atmosfera... Gdyby jeszcze było więcej ludzi... Gdyby...

Po festiwalu oczywiście afterparty z moją koleżanką Martiną :) i jej znajomymi... Ho ho dobrze było :) Pan kebab, młodzi chłopcy dający mi 22 lata, pomyłka związana z odjazdem autobusów i jeszcze kilka spektakularnych akcji... Oj długo by wymieniać :D
Tak czy siak zarówno dzień jak i noc bardzo ale to bardzo udane :) 
Do Pragi wróciłam o 9 rano hehehe podróż pociągiem rocks... potem kąpiel, i kilka godzin snu :) 
Brutalne przebudzenie nastąpiło ok godziny 13:00, kiedy to pewna osoba bombardowała mnie telefonami... God why??!!

O godzinie 18:30 meeting z Klarą potem zgarnięcie Adasia z Florenci i go na Bounce Fu*** Bounce :) ... Hem, hem tej nocy zdecydowanie nie należy opisywać :D CHAPEAU ROUGE this is it :)
Powiem tylko, że wytańczyłam się za wszystkie czasy, uświadomiłam sobie pewne rzeczy licząc, że będzie kontynuacja... no i przeżyłam najlepszy urodzinowy melanż ever... Bawiłam się tak dobrze, że zupełnie zapomniałam, że jestem już taka stara... 26 to brzmi zdecydowanie nie najlepiej :/


Jeszcze słowo o B!B!, Kay z Tvzexem są niesamowici... rozkręcają takie party, że nie ma opcji, żeby nie tańczyć. Do godziny 5:00 nie zeszłam z parkietu nie licząc kilku dialogów, które przeprowadziłam. 
Ahh mam nadzieję na powtórkę takiego party w najbliższym czasie... Bounce F**** Bounce Bit** !!!

Wielkie dzięki dla wszystkich, którzy umilili mi ten wieczór ;) dziękuję również, za wszelakie życzenia urodzinowe jakie otrzymałam :) 

Mejte se deti 
Anicka

Instagram

6 sierpnia 2013

Letnia, warszawska sesja zdjęciowa

Ahoj,
korzystając z letniej pogody wspólnie z Michałem postanowiliśmy wziąć aparat i zapędzić się do jednego z warszawskich parków popstrykać trochę fotek.
Zazwyczaj to ja robię zdjęcia więc tych na, których jestem nie ma zbyt wiele (nie licząc tych robionych telefonem). Pomyślałam, że skoro mam czas to może warto by to zmienić. Pogoda sprzyjała, słońce świeciło, wiał przyjemny wiatr także można było szaleć. Drzewa, trawa, woda to zdecydowanie najlepszy plener...



Nareszcie nadarzyła się okazja zrobienia kilku fajnych zdjęć w mojej ukochanej czapeczce Vans. Nie wiem czemu ale mam na jej punkcie jakąś dziwną obsesję. Chodzenie w niej sprawia mi wielką frajdę a szeroki daszek pozwala ukryć twarz, kiedy np. widzi się coś lub kogoś dziwnego na ulicy :D. Ah fajna i funkcjonalna :D no i jest to Vans bitch :D


Od trzech miesięcy dziwne rzeczy dzieją się z moimi włosami. Nie wiedzieć czemu mogę z nimi zrobić właściwie wszystko. Zaczesane,  postawione, przyklepane nie ma rzeczy niewykonalnych... i to bez żadnych wspomagaczy. Jedynie przed ew. prostowaniem stosuję odrobinę jedwabiu aby nie poddawać nadmiernemu paleniu biednych końcówek. Nie narzekam ponieważ codziennie mogę wyglądać inaczej :) a wiadomo nie od dzisiaj, że rutyna jest FAUX PAS...


Zaczeska, miętowe paznokcie i mój coraz częściej używany znak. Tzw znak firmowy :D. Co oznacza? Wiem to ja! wie osoba, której jest dedykowany i to zdecydowanie wystarczy:)


Trzeba przyznać, że Park Szczęśliwicki jest naprawdę bardzo urokliwym miejscem. Z tej perspektywy przypomina trochę Mazury i tamtejsze jeziora. Miło po ciężkim dniu w centrum miasta wybrać się na zimne piwo ze znajomymi i odpocząć właśnie w takim otoczeniu :)


A tu już wyprostowane włosy i mina grzecznej dziewczynki :) hehehe czasem trzeba a wygolony bok dalej uważam za pro i jakoś nie mogę zdecydować się na to, żeby pozwolić włosom odrosnąć. W Czechach wytrzymałam prawie trzy miesiące ale po tym jak włosy zaczęły odstawać i sprawiać problemy z ułożeniem poddałam się i ponownie je ogoliłam. 

Cała sesja bardzo przyjemna... udało się zrobić kilka naprawdę niezłych fotek. Muszę przyznać, że dobrze jest od czasu do czasu stanąć po drugiej stronie obiektywu :) niewątpliwie w najbliższej przyszłości ponownie dam się sfotografować :)

Ancik

Instagram


28 lipca 2013

Czeska vs polska muzyka alternatywna ... Czech Indie Rock ROCKS !

Ahoj,
za oknami niewyobrażalny upał ale mamy przecież lato więc nie powinno nas to w żaden sposób dziwić a tym bardziej martwić. Korzystajmy, póki możemy bo już niedługo zawita do nas jesień a potem zima i kolejne powody do narzekania... Ot taka już typowa polska cecha... niczym nie umiemy się cieszyć... upał źle, zimno źle...

Mnie osobiście lato nastraja do dwóch rzeczy pierwszą jest zwiększenie częstotliwości dbanie o siebie, poświęcanie czasu na lżejszą dietę, ćwiczenia i sesje z pasem wibrującym. Każdy ma przecież jakieś mankamenty ważne, żeby potrafić je dostrzec i próbować coś z nimi zrobić.
Drugą rzeczą jest poszukiwania nowych fascynacji muzycznych. Jak wspominałam wcześniej, mieszkając w  Pradze trochę nie do końca ze swojej winy, trafiłam w sam środek wiru zwanego czeską muzyką... Tak czy siak bardzo mi się to podoba i od kilku tygodni zaczęłam ten temat porządnie drążyć. To, że u naszych południowych sąsiadów różnorodność gatunków muzycznych jest przeogromna pisałam już niejednokrotnie ale nawet ja nie przypuszczałam, że muzyka alternatywna stoi tam na tak wysokim poziomie. Ok, grupa Sunshine jest po prostu genialna!!! ale nie spodziewałam się, że znajdę kolejne zespoły, które grają tak dobrze i które zwrócą moją uwagę. Poniżej tylko kilka przykładowych piosenek, które potwierdzają moje słowa. Zacznę oczywiście od trzech,  kawałków pochodzących z repertuaru mojej ulubionej grupy Sunshine następnie dwie piosenki (w tym najnowsza  "Too Young") młodego zespołu A Banquet pochodzącego z Pragi.
Do tego dorzucam jeszcze dwa songi praskiej kapeli, noszącej lekko kontrowersyjną nazwę The Prostitutes :).
Zdecydowanie polecam...

Sunshine - Tokyo Bassline



Sunshine - Moon Rats



Sunshine - Keith Avenue 9 PM




A Banquet - Too Young



A Banquet - Glass Clouds



The Prostitutes - She's dead



The Prostitutes - Sunshine



Ciężko uwierzyć, że są to czeskie grupy... gdyby zestawić je z polskimi zespołami... a właściwie nie róbmy tego, ponieważ nie ma z kim zestawiać.
Pewien popularny polski portal internetowy opublikował ostatnio ranking najlepszych polskich zespołów. Hmm w wymienionej 20-tce nie ma żadnego młodego zespołu sama stare często nieaktywne już grupy... Smutne, że w tym kraju nie daje się szans młodym, utalentowanym ludziom. Polską scenę muzyczną chyba dożywotnio zarezerwowały dla siebie grupy takie jak: Perfect, Budka Suflera czy Kombi. Żeby nie było, że jestem złośliwa doceniam wkład tych grup w historię polskiej muzyki ale...
Niestety odnoszę wrażenie, że wizytówką polskiej sceny muzycznej już na zawsze pozostanie Maryla Rodowicz, która aby utrzymać swoją popularność wskoczy w kolejne ciuszki rodem z innego wymiaru. Na dobrą, polską muzykę alternatywną nie ma co liczyć...

Anicka

27 lipca 2013

Obóz PRZEtrwania - Zloukovice 2013

Ahoj,
kiedy zaproponowano mi wyjazd na obóz z dzieciakami potraktowałam to jako swoiste wyróżnienie oraz szansę na zdobycie nowych doświadczeń. W Czechach nauczyłam się tylu nowych rzeczy i nabyłam dodatkowych umiejętności więc liczyłam, że dwa tygodnie spędzone w Zloukovicich również poszerzą moje horyzonty.
Czy tak się stało? hmm nie wiem. Mam nadzieję, że poniższa analiza pozwoli mi odpowiedzieć na to pytanie.

Zacznijmy od tego, że w Czechach każdy Dom dzieci i młodzieży posiada swój własny ośrodek wypoczynkowy Ulita również... Co roku organizowanych jest kilka turnusów obozowych. Wszystkie są tematyczne…Ten na który pojechałam był pierwszym tegorocznym turnusem a tematem przewodnim byli "Trosecnicy" czyli po polsku rozbitkowie.
Na pierwszy rzut oka wszystko ładnie, pięknie … niestety oprócz zdawkowych informacji nie bardzo wiedziałam co w zasadzie mnie tam czeka.
Tak czy siak powtarzałam sobie, że to dodatkowe dwa tygodnie spędzone w Czechach (termin obozu bardzo mi odpowiadał ponieważ wyjeżdżało się 29. Czerwca a wracało 13. Lipca) Wszystko tak sobie pozgrywałam, że po powrocie do Pragi od razu wsiadłam do autobusu, który zawiózł mnie do Warszawy, gdzie spędzam okres wakacyjny.


Wróćmy jednak do samego obozu. Kiedy po ponad godzinie jazdy autobusem dotarliśmy na miejsce, tzn do lasu byłam zaskoczona tym co tam zobaczyłam. Kilkanaście drewnianych chatek rozmieszczonych w okręgu, na środku boiska do koszykówki i siatkówki oraz wielki budynek w którym znajdowała się stołówka. Nie będę ściemniać, że jestem przyzwyczajona do takich warunków. Hmm ostatni raz na koloniach byłam kilkanaście lat temu. Miałam wtedy jakieś 10 lat i niezbyt interesowało mnie gdzie będę spała i co będę robiła.

Na szczęście chatki o wiele lepiej niż na zewnątrz wyglądały w środku. Po kilku kombinacjach ostatecznie chatkę nr. 1 dzieliłam z Katką i jej ponad 3-letnim synem Adamem. Ta alternatywa była dla mnie o wiele lepsza niż gnieżdżenie się w jednej chatce z 4 dziewczynami (opiekunkami – instruktorkami), które nie będę ukrywała od początku jakoś nie przypadły mi do gustu. Różniło nas wiele, zbyt wiele...

Zadanie jakie otrzymałam to opieka (wspólnie z Katką – pracownicą recepcji z Ulity) nad grupą najmłodszych dzieciaków tzw prvnim oddilem. Takie decyzje podjęłyśmy wspólnie z Evą, szefową całego obozu jeszcze długo przed wyjazdem.


Grupa składała się z jedenaściorga dzieciaków w wieku 6-8 lat. Muszę przyznać, że były naprawdę urocze i bardzo otwarte, szczególnie dziewczynki, które były w zdecydowanej większości. Do ich ulubionych zajęć należało robienie mi przeróżnych fryzur. No cóż moje frywolne, stojące włosy stwarzały dziewczynkom wiele możliwości :P. Nie powiem, było z tym sporo FUNu.


Terezka i Bara vel Opicka (najwieksza "wielbicielka" Prezydenta CR Milosa Zemana :D)

Czymś co naprawdę mnie zaskoczyło był fakt, że w Czechach nie trzeba mieć odbytego żadnego kursu na instruktora kolonijnego. Hmm nie wiem jak się do tego ustosunkować, ponieważ opieka nad dziećmi to naprawdę bardzo duża odpowiedzialność. Teraz, kiedy słucham o wypadkach, jakie zdarzyły się na koloniach w Polsce, jestem szczęśliwa, że u nas nic złego się nie wydarzyło. Na szczęście ja pomimo iż nie posiadam żadnego papierka to doświadczenie w pracy z dziećmi mam już spore i wiem jak zachować się w różnych, niekiedy skomplikowanych sytuacjach.

Z dzieciakami na obozie szybko złapałam kontakt. Katka zajmowała się przygotowaniem oddziałowego programu a ja byłam tą osobą do której dzieciaki zawsze mogły przyjść. To ja z nimi rysowałam, rozmawiałam, grałam w gry, pilnowałam porządku podczas kąpieli, organizowałam piżamowe party czy układałam do snu. To również ja odgrywałam rolę trochę przewrażliwionej opiekunki, która doszukiwała się kleszczy, wybierała dłuższą ale bezpieczniejszą drogę oraz kilkukrotnie liczyła dzieciaki podczas wycieczki. Trochę zdezorientowało mnie luźny stosunek opiekunów do bezpieczeństwa. Ja z kolonii w których uczestniczyłam pamiętam zupełnie inne zasady. Moje podejście delikatnie mówiąc nie podobało się pozostałym instruktorom. Do tego doszły takie aspekty jak moje przesadne dbanie o siebie, zupełnie inne poczucie humoru oraz to, że wieczorami zamiast spędzać czas z Nimi chodziłam spać. Warto zaznaczyć, że byli oni ze sobą bardzo zżyci. Jeżdżą na obozy w tym składzie już od kilku lat... A ja ostatnimi czasy wolno się aklimatyzuję i przyzwyczajam do nowego środowiska. Są oczywiście pewne wyjątki ale... zawsze są wyjątki od reguły :D
Podsumowując z powodu wymienionych powyżej powodów nie zaskarbiłam sobie ich sympatii.

Zupełnie inaczej było natomiast w kręgach dzieci. Nie tylko maluchy z pierwszego oddziału ale również i starsze dzieci zaczęły spędzać ze mną dużo czasu.


Kristyna, Anicka, Bara, Misa, Niky to tylko kilka super dziewczynek z którymi konwersowałam i grałam w badmintona.

Furorę robiły moje rysunki… z dnia na dzień otrzymywałam coraz więcej próśb o narysowanie królików, psów czy kotów.
Lubię rysować, dlatego w każdej wolnej chwili brałam papier i ołówek. Nie chciałam, żeby żadne dziecko było zawiedzione.


Pierwszy tydzień walczyłam z męczącym, mokrym kaszlem, katarem oraz bólem głowy. Na szczęście dzięki lekom i lżejszemu reżimowi funkcjonowania szybko się z tymi dolegliwościami uporałam :).

Najbardziej niepokoiły mnie kleszcze, które były dosłownie wszędzie. Pomimo iż szczepiłam się na zapalenie opon mózgowych wywoływanych przez zakażone kleszcze... pozostawało jeszcze ryzyko zachorowania na boleriozę... no i generalnie kleszcze to obrzydliwe stworzenia. Na szczęście zupełnie nie wiem dlaczego te robactwo na mnie nie lezie. Oczywiście zachowywałam nadmierne środki ostrożności oprócz pryskania się różnego rodzaju Offami nawet w upały zapuszczając się w leśne chaszcze ubierałam długie spodnie, i bluzę z kapturem. No cóż przezorny zawsze ubezpieczony :) no i kaptur jest cool :D


Las generalnie bardzo piękny, i przyjemny ale kleszcze były dla mnie wystarczającym straszakiem. Jeden z chłopców podczas dwóch tygodni spędzonych w Zloukovicich zebrał 24 kleszcze HMM... Abstrahując od obrzydzenia nauczyłam się szybko usuwać te małe krwiożercze bestie. 
Oprócz gigantycznych siniaków na nogach i rękach, które pojawiły się nie wiem skąd nie odniosłam większych uszczerbków na zdrowiu. Może poza kilkoma centymetrami tłuszczu na brzuchu, które były efektem ciężkiego czeskiego jedzenia...Skoro już o jedzeniu mowa to pierwszy raz w życiu jadłam kluski z ziemniaczanego ciasta na kopytka z czekoladą i bitą śmietaną... trzeba przyznać, że ciekawe połączenie...


Czechy co nie jest żadną tajemnicą KOCHAM ale co, do czeskiego tłustego i ciężkiego jedzenia niestety nie mogę się przekonać. Zdecydowanie wolę warzywa, oraz kuchnię włoską czy indyjską. 

Z wszystkich dzieciaków najbardziej polubiłam 8-letnią Nikolę, w której dostrzegłam wiele podobieństw do siebie, kiedy byłam w tym samym wieku. Niki gra w piłkę nożną (jest bramkarzem w Sparcie), uwielbia śpiewać (robi to naprawdę dobrze), jest otwarta, przebojowa i fajnie tańczy. 


Genialna i charyzmatyczna dziewczynka. Silne osobowości ROCK!!!

Czymś czego niewątpliwie najbardziej mi brakowało była muzyka i stały dostęp do internetu. Wolny internet w telefonie niesamowicie mnie irytował... pomimo iż pozytywna wiadomość, której zupełnie się nie spodziewałam zdołała do mnie dotrzeć :). Ależ sprawiła mi radość...

Podczas całego obozu targałam ze sobą aparat i robiłam zdjęcia. W efekcie powstało ich ok. 700. Nie musiałam się przy tym zbytnio wysilać czeskie dzieciaki są strasznie pozytywne a na ich buziach prawie zawsze gości wielki uśmiech. Była to zatem prawdziwa przyjemność móc obserwować i dokumentować te wszystkie sympatyczne obozowe momenty. 

Oprócz specyficznych opiekunów, irytująca była jeszcze jedna postać a mianowicie wystajlowany 15-latek, który uważał się za wielką gwiazdę. Podczas rozmów z nim czułam się mega zawstydzona. Chłopak stosował wyrafinowane metody podrywu... 
Szczytem bezczelności było nazywanie mnie prdelkou tzn dupcią yyyy gówniarz jeden :D


Kolejnym przyjemnym aspektem była również całodniowa wycieczka do popularnego 12 - wiecznego zamku Křivoklát. Trochę nietrafionym pomysłem natomiast zwiedzanie zamku z przewodnikiem. Dzieciaki były stanowczo za małe, żeby cokolwiek zrozumieć i co za tym idzie przejawiały niezainteresowanie. Tego nie można powiedzieć o mnie... Pani przewodnik słuchałam z wielką uwagą a wiele z rzeczy o których mówiła doskonale wiedziałam i znałam z przeczytanych książek. Uwielbiam średniowiecze szczególnie to co wtedy działo się na ziemiach czeskich. Była to dla mnie porządna lekcja czeskiej historii, szkoda, że tak krótka!


Podsumowując , chociaż nie były to najprzyjemniejsze dwa tygodnie w moim życiu nie uważam ich za zmarnowany czas. Nauczyłam się kilku nowych rzeczy, stałam się jeszcze bardziej odpowiedzialna i ostrożna. Miałam okazję potrenować robienie zdjęć, poznałam specjały czeskiej kuchni dotychczas całkowicie mi nieznane, porysowałam a przede wszystkim poznałam te wszystkie niesamowite dzieciaki, które sprawiły, że i na mojej buzi zagościł uśmiech.  Wszystkie pozytywne opinie na mój temat, przemiłe listy i rysunki, które otrzymałam naprawdę wiele dla mnie znaczą i są najlepszym dowodem na to, że na obozie spisałam się nie najgorzej :)

Anicka