27 czerwca 2013

Najlepszy zdecydowanie SUNSHINE!

Ahoj,
miniony weekend był dla mnie bardzo bogaty w różnorakie wydarzenia muzyczne.
Sprytnie połączyłam ze sobą międzynarodowy festiwal United Islands (na, którym pomagałam przy organizacji a także robiłam zdjęcia), koncert grupy Sunshine oraz dzień policji na Letnanach.
Nie ukrywam, że kosztowało mnie to bardzo wiele energii ale  teraz wiem, że zdecydowanie było warto. O UI jeszcze napiszę ale najważniejszym wydarzeniem było niewątpliwie spotknie z Sunshine.


Celowo napisałam spotkanie, ponieważ taki obrót przybrały sprawy :)
Mogę zdradzić, że już niedługo rozpoczynam pracę na jednej z muzycznych stron internetowych. Z pewnością nikogo nie zdziwi fakt, że będę pisała o czeskiej muzyce... Wpadłam na pewien pomysł i jeśli uda mi się go zrealizować być może już niedługo kilka czeskich grup odniesie sukces również w Polsce, ale do tego jeszcze dość długa droga...


W związku z tym, że przygotowuję swój pierwszy duży felieton musiałam zdecydować się na wybór zespołu, który szczegółowo opiszę. Nie było to łatwe zadanie ponieważ namiętnie słucham trzech czeskich grup o których wspominałam już w nie jednym poście. Po długich przemyśleniach postawiłam na zespół, którego słucham jeśli dobrze liczę najdłużej tzn. na grupę SUNSHINE.

Ponad miesiąc temu umówiłam się na wywiad z zespołem, na podstawie którego powstanie felieton. Po długim oczekiwaniu wywiad odbył się w miniony piątek w Pradze tuż przed koncertem będącym częścia pierwszego roczniku rowerowego festiwalu BIKE BEET FEST.


Do wywiadu podeszłam bardzo profesjonalnie pracując nad pytaniami od czasu kiedy otrzymałam maila z informacją, że wywiad sie odbędzie. Zmieniałam, poprawiałam, szperałam w sumie do ostatniej chwili.
W tym miejscu wielkie dzięki dla A za pomoc w uszeregowaniu pytań :) Ostatecznie powstało 32 pytania.
W piątek kilka godzin przed koncertem zadzwoniłam do managerki zespołu, żeby upewnić się, że wywiad jest nadal aktualny. Następnie wyposażona w dyktafon i aparat wyruszyłam na drugi koniec Pragi...
Dotarłam chwilę wcześniej więc mogłam się jeszcze rozejrzeć po parku w którym odbywał się cały festiwal. Odludzie, drinki i dziwne zapachy :D tak chyba należy podsumować tę imprezę ale w tym dniu to kompletnie nie miało znaczenia.

Byłam naprawdę bardzo zestresowana ponieważ już dawno nie robiłam wywiadu z grupą, którą bardzo lubię i której namiętnie słucham. Dodatkowo nie czuję się komfortowo rozmawiając po czesku z ludzmi, którzy mnie nie znają i, którzy są jakby nie patrzeć moimi idolami. W tym przypadku mam na myśli wokalistę Kaya, którego styl odpowiada temu mojemu a Jego wskazówki muzyczne, które raz w tygodniu publikuje na swoim blogu niejednokrotnie zasugerowały mi zespoły, których akualnie słucham.
Tak czy siak lata fanynkowania mam już dawno za sobą ale niestety stres zaatakował mi brzuch,  i umiejscowił się gdzieś głęboko w żołądku...
Mimo wszystko byłam przekonana, że pytania są porządnie przygotowane i, że dam sobie radę.
Managerka zabrała mnie na backstage, gdzie przedstawiła mnie Kayovi... pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to jak jest wysoki na scenie tego tak bardzo nie widać. Potem Jego fryzura, która jak dla mnie jest genialna... Podałam mu rękę i zaczęliśmy rozmwiać. Na początku pochwalił mój czeski (najprawdopodobniej grzecznosciowo) potem kilka pytań o to co właściwie tu robię. Ja opowiedziałam dlaczego postanowiłam napisać tekst o grupie SUNSHINE i skąd się wzięła moja fascynacja Czechami i czeską muzyką. Jak już wcześniej wspominałam profesjonalnie podchodząc do wywiadu nie spodziewałam się, żadnej swobodnej rozmowy w związku z czym zdziwienie i zdenerwowanie z minuty na minutę rosło.

Przed rozpoczęciem zadawania pytań przeprosiłam za
wszelakie błędy w wymowie i brak akcentu. Obiecałam, że będę się starała ze wszystkich sił mówić jak najlepiej :).
Muszę przyznać, że z Kayem bardzo przyjemnie się rozmawia.  Ma On dużo do powiedzenia i w zasadzie o nic nie musiałam się dopytywać. Niektóre pytania Go rozśmieszyły, inne lekko zirytowały ale na tym to przecież polega. Odpowiedział na wszystkie a wywiad trwał grubo ponad 40 min, czyli dość długo :)

Ogromnie cieszy fakt, że rysuje się spora szansa na zorganizowanie koncertu zespołu w Polsce... No nie ukrywam,że dla mnie to by było coś fantastycznego!!!
Wracając do wywiadu najbardziej zabawna była sytuacja kiedy Kay zabił komara, który nie chciał się ode mnie odczepić prześladując mnie dobre 10 minut hehe.
Po zadaniu ostatniego pytania Kay musiał biec na próbę dzwięku także pożegnał się ze mną słowami, "jeszcze się potem zobaczymy". Uff byłam strasznie szczęśliwa, że miałam to już za sobą. Emocje opadły i mogłam spokojnie zająć się tym co lubię najbardziej czyli robieniem zdjęć. Zapytałam jeszcze sympatycznej managerki gdzie mogę dreptać z aparatem. Odpowiedziała, że wszędzie... hym
Porozmawiałam  z Nią również o naszym pazdziernikowym projekcie i ewentualnym udziale grupy Sunshine w tym przedsięwzięciu. Wygląda na to, że może się to udać :).


Sam koncert oczywiście genialany, abstrahując, że nie zagrali żadnej z moich ulubionych piosenek. Nie było "Moon Rats", "Tokyo Bassline" oraz "Astrogen Nostalgia". Ahh zaczynam się przyzwyczaiać, że każda grupa na której koncert się udaje nie gra moich ulubionych piosenek :( smutne to ale cóż zrobić.

Zdjęcia robiło się przyjemnie, pomagało dobre ustawienie sceny no i to, że mogłam wejść właściwie wszędzie...niestety zawiodły trochę światła i nie mogłam złapać ostrości na basiście Tuzexie :(
Świetnie natomiast oświetlony był Kay, dlatego mogłam poszaleć fotografując Jego tatuaże oraz fryzurę.

Sunshine zdecydowanie reprezentuje światowy poziom... ale o tym wspominałam już niejednokrotnie. Świetne teksty, energetyczne brzmienie gitar sprytnie połączone z elementami elektro tworzą idealną całość. Do tego charyzmatyzny lekko surowy głos Kaya...
Po prześledzeniu wszelakich aktywności w jakie poza grupą Sunshine zaangażowany jest Kay oraz po moim wywiadzie muszę przyznać, że jest to straszliwie intrygujący człowiek. Początkowo myślałam, że jest ostry i nieprzyjemny ale szybko okazało się, że były to mylne przypuszczenia. Jest zabawny, rozmowny i strasznie sympatyczny.
Ogromnie się cieszę, że mimo błędów językowych przyjęto mnie bardzo ciepło. Mam nadzieję, że nawiążemy współpracę przy moim sportowym projekcie i, że już niedługo ponownie zobaczę grupę Sunshine na żywo. W sumie zawsze mogę wybrać się na Bounce Bounce skoro już mam zaproszenie :).
Po koncercie zgodnie z umową porozmawiałam sobie jeszcze z Kayem no i chłopcy podpisali mi moją ulubioną płytkę "MGKK Telepathy"... dobrze, że udało się ją przesłać z Polski na czas :) Kay mnie wyręczył i pozbierał mi autografy od wszystkich :) hmm i już zapomniałam o złamanym pudełku :D hehehe. Generalnie jak pisałam wcześniej nie potrafię się już zachowywać jako zafiksowana fanka ale takie pamiątki bardzo lubię :). Mój plan przyozdobienia pokoju w różne muzyczne pamiątki już niedługo może zostać zrealizowany.

Żegnając się z Kayem i z Martinou wymieniłam jeszcze kilka spostrzeżeń odnośnie tego gdzie w Polsce można byłoby zagrać koncerty i z kim nawiązać współpracę. Nie powiem jest kilka pomysłów teraz tylko należy je w ciekawy sposób przedstawić odpowiednim ludziom.
Zobaczymy jak będzie...

Największe zaskoczenie przyniosło jednak sobotnie przedpołudnie ale to już zostawie dla siebie.

Podsumowując piątkowy wieczór był naprawdę genialny.
Fajni ludzie, ciepłe przyjęcie, niesamowity koncert oraz wiele interesujących pomysłów i sugestii.


Kayi, Martino Dekuju moc!!! a doufam brzy navdenou :)
a na koniec jeszcze "Tokyo Bassline" w wersji najlepszej czyli koncertowej!



Anicka

Instagram

16 czerwca 2013

Prywatny MIG 21...


Ahoj,
to, że moje życie bogate jest w szereg dziwacznych zdarzeń to już zdąrzyłam zaakceptować, ale to co sie dzieje ostatnimi czasy poważnie zaczęło mnie zastanawiać.

W miniony piątek dzięki uprzejmości mojej koleżanki z pracy - Klary udałam się do małej miejscowości o nazwie Chotemice. W tej o to malowniczo położonej wiosce oddalonej od Pragi o jakieś 150 km istnieje: "Vesnicky, hudebni klub Chotemic" w dokładnym tłumaczeniu jego nazwa brzmi "Wiejski, muzyczny klub Chotemice". Nazwa zaiście prowincjonalna ale to co założyciel i zarazem organizator Vaclav Koubek serwuje członkom klubu to coś fantastycznego. W każdy piątek i sobotę od początku czerwca do końca sierpnia w tamtejszej stodole występują najpopularniejsze czeskie zespoły.
Dodam, że Vaclav Koubek jest dobrym znajomym Klary. Klara wiedząc, że uwielbiam grupę MIG 21 zaproponowała abym jechała wspólnie z Nią i jej rodziną na koncert. Miałam już wprawdzie inne muzyczne plany ale taka okazja mogła się już nigdy nie powtórzyć, także pozmieniałam wszystko i pojechałam.
Droga choć długa (jak to w piątek) była bardzo przyjemna. Kiedy dojechaliśmy, przywitał mnie typowo sielski obraz. Pola, łąki i stodoła w której miał się odbyć koncert.


Rozstawiliśmy namiot, i przy piwku prowadziliśmy konwersację o zespole MIG 21 ale nie tylko. 
Poznałam kilku znajomych Klary i starałam się wczuć w klimat. Muszę przyznać, że było bardzo sympatycznie no i to ciemne pivo Bernard mniam. Do tego serwowano hermelin z grila ze śliwkami. Nie mogłam się opszeć i spróbowałam - przepyszny. 


Spotkanie klubu było połączone z oblewaniem narodzin córki organizatora, także naprawdę  dużo się działo.
Sam koncert rozpoczął się chwilę po godzinie 20:00. Z Pragi zabrałam ze sobą aparat z nadzieją, że będę mogła robić zdjęcia. Jako osoba ogarnięta zapytałam jednak Pana Koubka czy legalnie mogę fotografować. Odesłał mnie z tym pytaniem do zespołu. Jako, że w pamięci miałam dziwaczną akcję z Jihlavy poprosiłam Klarę aby poszła i zapytała. Wróciła z pozytywną infromacją. Jeszcze wtedy nie znałam zabawnej historii związanej z zadaniem tego pytania. Poznałam ją dopiero po koncercie ale o tym pózniej. 
Koncert oczywiście genialny, dodatkowo setlista, którą znałam już na pamięc ku mojej radości była zmieniona. Oprócz piosenek granych na każdym koncercie chłopcy dorzucili np. song pt. "Barbekju". 
Było to niewątpliwie urozmaicenie...
Oprócz fotografowania, tańczyłam a przede wszystkim śpiewałam. Nieskromnie mówiąc znam wszystkie piosenki tej grupy i nareszcie mogłam puścić w świat swoją umiejętność :D.
Jirka Machacek oczywiście jak zawsze bezbłędny. Tak potrafi porwać publiczność, że nikt nie stoi w miejscu. W pełni zasługuje na miano showmana. 



Wyjątkowo dobrze mi się tego dnia fotografowało a w tańcu nie przeszkadzał nawet ciężki aparat. Lekko przerobiona stodoła nadawała koncertowi specjalnego, delikatnie prywatnego klimatu.
Stojąc bardzo blisko miałam możliwość dokładnej obserwacji czełonków zespołu. Moją uwagę tym razem przykuł perkusista, który miał genialną, żółtą koszulkę i brązowe okulary. Zawsze najdokładniej przyglądam się perkusistom ponieważ analizuję ich umiejętności. Od kilku miesięcy uczę się grać na perkusji dlatego to dla mnie tak istotne. Tak czy siak Honza, bo tak na imię perkusiście tak uroczo wczuwał się w śpiewanie. Aż miło było na Niego patrzeć :).



Mam ostatnio obsesję na punkcie żółtego koloru, nie wiem skąd mi się to wzięło ale stało się to faktem. 
Scena nie była zbyt duża dlatego nie było spektakularnych ruchów tanecznych Pavla Hrdlicky. Szkoda, bo jest to interesujący widok :D. Doceniam natomiast próby kreatywnego przemieszczania się z trąbką z jednego końca sceny na drugi :D.


Nie mogło zabraknąć mojej ulubionej piosenki "Ho Ka He" dodam, że nikt z przybyłych nie znał tekstu tfu tzn znałam ja :) i oczywiście śpiewałam :). Chociaż tym razem nie było nieporadnych podskoków z tam tamem wszyscy doskonale się bawili. 
Mniej więcej w połowie koncertu na scenie pojawił się organizator już lekko podpity i przyniósł chłopakom szampana. Wspólnie oblali laleczkę symbolizujacą małą Emę. Następnie zaczęli improwizować i stworzyli piosenkę, której tematem przewodnim była oczywiście Ema. Jirka zdecydowanie poszalał zapodając tekstem "Ema, Ema, kozy jeste nema" co znaczy dokładnie "Ema, Ema, cycków jeszcze nie ma" :D ... zdecydowanie utrzymane w klimacie groteskowych tekstów większości piosenek MIG 21. 



Koncert trwał ponad dwie godziny... dość długo ale oczywiście chciałam więcej :). Po koncercie wspólnie z Klarą, Hanką i ich mężami wypiliśmy jeszcze kilka piw i zelenou ahhh. Śmieliśmy się również z różnic  występujących w języku polskim i czeskim.  Okazuje się, że jest ich naprawdę sporo a wiele z nich jest bardzo zabawna. Stojąc pod imponująco wyglądającym drzewem zdradziłam Klarze, że podoba mi się ten perkusista. Hahaha nie ma to jak wyznania po alkoholu.
Po jakiejś godzinie zostałyśmy same z Klarą więc postanowiłyśmy udać się do baru po kolejne piwo.
Przy barze spotkałysmy nikogo innego jak samego perkusistę :D, który przywitał nas słowami "ooo to ty!" będąc bardzo zaskoczona odpowiedziałam "ja hmm ale co ja?" z uśmiechem uświadomił mnie, że widział iż na koncercie śpiewałam wszystkie piosenki. Ucieszyłam się, że ktoś to zauważył i to na dodatek ktoś kto mi się podobał :D. Zaczęliśmy rozmawiać i po tym jak powiedziałam, że jestem z Polski stwierdził "aaaa to ty jesteś ta Anicka, my już o tobie wiemy" - "super" pomyślałam na jaw wyszła  akcja z Jihlavy ale po chwili się okazało, że to Klara pytając o to czy mogę robić zdjęcia na żart jednego z członków grupy brzmiący "jak się przed nami rozbierze może robić zdjęcia" odpowiedziała "Anicka się nie rozbierze, jest z katolickej Polski" :D. Hehehe nieważne, ważne, że był prestekst do dialogu. Tak się przyjemnie rozmawiało, że przegadaliśmy w zasadzie pół nocy. Honza bo tak ma na imię to świetny facet. Nie dość, że przystojny, ma zajefajne okulary to jeszcze studiował historię, lubi Robbiego Williamsa i żółty kolor. Dobra kombinacja. Miałam możliwość zapoznać się z całą grupą. Pogadałam sobie z Jirkou Machackem głównie opowiadając mu jak to na tekstach grupy MIG 21 ćwiczyłam swoje umiejętności językowe oraz wspólnie trenowaliśmy poprawną wymowę CH w Jego nazwisku. Hahaha było bardzo zabawnie. Trochę cięższy dialog zaliczyłam z Pavlem Hrdlickou, który opowiadał o współpracy z Agnieszką Holland i kiepskimi relacjami polsko-czeskimi. 
Wszyscy byli zaskoczeni moim zamiłowaniem do Czech, uiejętnościami językowymi i tatuażem z czeską flagą. Nie powiem sprawiło mi to wielką satysfakcję - zarządzałam :).
Genialny wieczór po prostu genialny... 
Klaro wielkie dzięki, że mogłam tam być!

I LOVE CZECH REPUBLIC, I LOVE MIG 21!!! 

Anicka

Instagram

10 czerwca 2013

A po nocy przychodzi dzień a po burzy spokój...

Ahoj,
po kilku ciężkich dniach jakie miałam w poprzednim tygodniu wszystko powoli wraca do normy. Ponownie się uśmiecham, myślę o pozytywnych rzeczach i cieszę się tym, że nadal jestem w Czechach. Ahh tak bardzo nie chcę wracać do Polski. Ostatnie miesiące dobitnie pokazały mi, że moje miejsce jest w Czechach, że powinnam zostać w Pradze.

Skoro o Pradze mowa, to miasto zbiera się po powodzi jaka nawiedziła nas tydzień temu. Ja również chcąc wyrazić moją wdzieczność za wszystko co dobrego mnie w tym mieście spotkało zgłosiłam się do sprzątania ZOO. To zupełnie inny wymiar wolontariatu. Ciężka praca w miejsce sportowych przyjemnościa ale to poczucie, że robi się coś dobrego, że pomaga się ludziom i zwierzętom jest tego poświęcenia warte.
Część praskiego ZOO wygląda naprawdę strasznie, cały czas jest tam woda i ogromne ilości błota, ale wierzę w to, że dzięki tysiącom wolontariuszy, którzy zgłosili się do pomocy przy sprzątaniu wszystko szybko wróci do normy. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem czeskiej solidarności...



foto: ZOO Praha

Tak to wszystko wyglądało przed rozpoczęciem prac. Teraz na szczęście jest już dużo lepiej...
Aby zamknąć temat powodzi to było to coś przerażającego. Ja co prawda mieszkam na górze więc tutaj woda nie dotarła ale w poniedziałek jadąc do pracy widziałam jak podniósł się poziom Vltavy... Z okna tramwaju patrzyłam też jak pęka wał wykonany z worków z piasku i jak woda wylewa się na ulicę. Już dawno nie byłam tak zdenerwowana...

Nadchodzące dni będą obfitowały w wiele wydarzeń zawodowo - rozrywkowych. Oprócz spotkań z fajną osobą, którą niedawno poznałam :) czeka mnie kilka koncertów, festiwal i meetingi dotyczące sportowego projektu nad którym od kilku miesięcy pracuję wspólnie z moim szefem. 
Ahh jestem strasznie pozytywnie nastawiona... mam nadzieję, że wszystko wyjdzie tak jak sobie tego życzę. 

Wywiad się tworzy, muzyka pomaga... a skoro o muzyce mowa to wrzucę kawałek, który motywuje mnie każdego dnia do wyjścia z domu...
Oczywiście... genialna czeska grupa Sunshine i piosenka "Keith Avenue 9 PM" < < < Polecam!


Ważnym wydarzeniem ostatnich dni jest również info o tym, że wygrałam główną nagrodę w jednym z internetowych konkursów. Dwa miesiące temu napisałam dziwaczną rymowankę na temat dezedorantów Lady Speed Stick. W sumie to szybko o tym zapomniałam ale w piątek otrzymałam maila z informacją, że zajęłam pierwsze miejsce i otrzymuję bon na kwotę 1000 zł na zakupy ubrań w sklepie answear.com.... Hmm super, ponieważ nareszcie będę mogła sobie kupić różowo - żółte Vansy,  które od jakiegoś czasu bardzo mi się podobają :) i jeszcze coś dorzucę. 
Szczerze mówiąc a właściwie pisząc nie wierzyłam w to, że w takich konkursach faktycznie można coś wygrać. Myślałam, że większość jest ustawiona a tu proszę takie przyjemne zaskoczenie. 

Podsumowując po okropnych wydarzeniach zeszłego tygodnia teraz otrzymuję rekompensatę w postaci samych dobrych wiadomości.. Cóż takie jest życie, najpierw dostajesz potężnego kopa w tyłek żeby za chwilę wszystko szło jak po maśle...

"A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój..."

Anicka


3 czerwca 2013

Do widzenia Lalu :(

Ahoj,
nie tam miał wyglądać mój czerwiec. Powinnam być teraz w domu w Warszawie! Zdecydowałam się jednak po kuszącej propozycji pozostać jeszcze półtora miesiąca w Pradze. Pieczałowicie zaplanowałam cały czerwiec łącząc prace w CPD, prace nad projektem z serią koncertów i festiwalów. Szybko jednak dotarło do mnie, że nic nie należy planować z wyprzedzeniem.
Moje plany brutalnie pokrzyżowała pogoda... Przez kiludniowe opady deszczy w Pradze wylała Vltava i mamy tu aktualnie powódz. Nie wygląda to niestety zbyt optymistycznie. Wszystkie niżej położone części Pragi są pod wodą, prowadzone są ewakuacje, metro jest w zasadzie nieczynne... w całych Czechach wprowadzono stan klęski żywiołowej.
Na szczęście mieszkam na górce więc póki co jestem bezpieczna. Nie zmienia to jednak faktu, że z powodu powodzi odwołano już jeden z koncertów na który się wybierałam obawiam się, że odwołają i ten środowy....
Powódz powodzią, koncerty koncertami ale najgorsza informacja przyszła z Warszawy dzisiaj.
Chwilę przed godziną 8:15 rano odeszła moja ukochana szynszyla Renia.
Jestem zdruzgotana ponieważ była to najbliższa mojemu sercu istota. Kochałam ją najbardziej na świecie... Najgorsze, że nie byłam przy niej, że nie zdążyłam jej przytulić, pożegnać się z Nią. Ostatni raz trzymałam ją na rękach dwa miesiące temu :( Nie wybaczę sobie, że nie byłam przy Niej :( :( :( nigdy sobie tego nie wybaczę...

Pozostają tylko zdjęcia oraz wspomnienia tych wszystkich wspólnie spędzonych lat.



Lalu, na zawsze pozostaniesz w moim sercu!!! 

Anicka


20 maja 2013

Ashek w Pradze...

Ahoj,
w miniony poniedziałek odwiedził mnie w Pradze Ashek. Prawdę mówiąc wcale nie przyjechał ze względu na mnie chodziło jej raczej o koncert j-rockowego zespołu Plunklock :D ale o tym pózniej.
Poniedziałkowy wieczór upłyną nam pod znakiem rozmów, piwie oraz rewelacyjnej pizzy ze śmietaną, szpinakiem i kukurydzą w pizzerii Giovanni. Obie zgodnie stwierdziłyśmy, że była to najlepsza pizza jaką w życiu jadłyśmy. Abstrahując od tego, że była kaloryczna i ciężkostrawna. Ahh wszystko co pyszne jest niestety niezdrowe :/.

We wtorek zaplanowałam dla nas koncert czeskiej grupy Mandrage. Jak pisałam w poprzednich postach kiedyś bardzo lubiłam ten zespół...Teraz moje preferencje muzyczne z lekka się zmieniły ale nadal znam wszystkie piosenki. Zreszą nie będę ukrywać, że chodziło mi o małą zemstę na Ashku. Mianowicie skoro miałam się w środę męczyć na japońskim koncercie Ash miała się pomęczyć na czeskim :D. Przecież przyjechała do Czech hmm... :D
Moja podłość szybko obróciła się jednak przeciwko mnie... koncert zamiast o 19:30 rozpoczął się ok. 21.00... Niestety nikt nas nie uświadomił dlaczego doszło do takiego opóznienia. Czas umilać miał nam dj... ale mi zdecydowanie bardziej umilało piwo :D.
Koncert słaby niestety... zerowy kontakt z publicznością, widać było po chłopakach ewidentne zmęczenie... no cóż każdemu się zdarza ale... Dużo lepsze występy mieli na majalesu w Pradze i w Brnie.  Także ten koncert trzeba uznać, za mały wypadek przy pracy. Mistrzem wieczoru starsza laska z różowym aparacikiem obijająca się o mnie :D. Mimo wszystko porządnie sobie pośpiewałam i poobserwowałam Fanu Borika, który nie wiedzieć czemu niemiłosiernie mnie fascynuje :D.


koule.cz

W telewizji utrzymywano, że koncert był niesamowitym wydarzeniem. Hmm polemizowałabym. Tak czy siak byłyśmy, odsłuchałyśmy i wyszłyśmy. Jeśli chodzi o wnioski to zdecydowanie preferuję MIG 21, Fast Food Orchestre i oczywiście Sunshine ;).

Po koncercie poszłyśmy sobie na spacer po vaclavaku, moście karola i malej stranie. Było ciepło więc spacer był naprawdę bardzo przyjemny. Księżyć wyglądał jak z logo Dreamworks... Ash bardzo się podobało :). Może z wyjątkiem złowieszczych spojrzeń ludzi na ulicy, kiedy rozmawiałyśmy po polsku ale cóż zrobić :D.


W domu byłyśmy jakoś ok 1:00. Prysznic, pogawędka i spaaaać. 

W środę rano poszłam do pracy więc Ash miała szansę się wyspać. Kiedy wróciłam skoczyłyśmy na kubełek do KeFsa a potem na Zizkov w poszukiwaniu klubu w którym miał się odbyć koncert japońskiego zespołu Plunklock. Ash jest fanką j-rocka hmm... nie rozumiem tego ale cóż mam zrobić muszę akceptować :P. Ponieważ kupiła bilet VIP-owski również dla mnie postanowiłam się przemóc i iść. Japońska muzyka to zupełnie nie moje klimaty ale był sweet Pinky (perkusista Plunklocka) co było tak naprawdę jedyną mą motywacją :D. Kiedy dotarłyśmy pod klub mym oczom ukazał się obraz rodem z serialu Rodzina Adamsów. O Panie czego tam nie było wymalowani, dziwacznie ubrani ludzie... laska w sukience lalki tylko w większym formacie to była jak dla mnie psychodelia. Mimo wszystko byłam dzielna. Bilet VIP-owski umożliwał wcześniejsze wejście do klubu i gwarantował spotkanie z zespołem przed koncertem. Och jak wielka była ma radość, że zobaczę wymalowanych Japońćzyków w lateksach hmmm. Kiedy podeszłam do stołu przy którym siedzieli, próbowałam nawiązać dialog. Zagadałam do Pinkiego i powiedziałam, że też grywam na perkusji. No i tak przylgnęła do mnie etykietka "drummer girl". Cały zespoł już mnie tak nazywał :D... w sumie ciężko się dziwić byłam chyba jedyną osobą z innej bajki. W czapce z daszkiem i koszulce z Michaelem Jacksonem zdecydowanie nie wpasowywałam się w klimat. 


Kolejna ciekawa fotka do kolekcji. Szkoda tylko, że z lampą wrrh. Pinky zgodnie z moimi przypuszczeniami okazał się być naprawdę bardzo sympatyczny. Co do reszty no cóż. Wokalista ok ale blond gitarzysta wyglądał jak zjarana dziewczynka. Na koncercie zajęłam się piciem piwa i starałam się z całych sił włączyć do zabawy Po 10 minutach machania głową odpuściłam. Krzyki "kła, kła, kła", które miały zachęcać do śpiewania na mnie nie działały. Podobnie jak japoński monolog wokalisty. 
Muzyka też nie dla mnie... po pierwsze nic nie rozumiałam, po drugie było w niej mnóstwo niedociągnięć technicznych.
Nie były to zupełnie zmarnowane godziny ale też nie należały do najciekawszych w moim życiu. Cieszę się, że Ash poszalała i uznała, że koncert w Pradze był o niebo lepszy niż ten warszawski. To najważniejsze nie o mnie przecież tutaj chodziło!. Mimo wszystko drummer girl było zdecydowanie sympatyczne ;).
Po koncercie powtórzyłyśmy zabieg wtorkowy czyli prysznic, pogawędka i spanko. 

Czwartek był dniem spokojnym i bardzo dobrze ponieważ moje nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. To chyba jeszcze pozostałości po Majalesach no i wyżej opisanych atrakcjach. 
Po powrocie z pracy wypiłyśmy po owocowym Gambrinusie i z aparatem poszłyśmy w miasto. Każda okazja do popstrykania fotek jest dobra. Dlatego korzystam a i kolejne fotki się przydadzą. Początkowo zahaczyłyśmy jeszcze o kefsa again :D. To już taki kubełkowy rytuał, pozostałość jeszcze z czasów gdy Ash była fanką MJ. Szkoda, że już nie jest a miejsce króla popu zajęli dziwni Japończycy :(...

Podobnie jak we wtorek przeszłyśmy przez Most Karola, zapuściłyśmy się również w zawiłe uliczki malej strany szukając ciekawych miejsc do robienia fotek. W pewnym momencie zainspirowałyśmy nawet jedną czeską parę po tym jak pozowałyśmy przy starym murze. Nareszcie udało nam się również  zrobić sobie wspólną fotkę. Okropne, że znamy się tyle lat i miałyśmy zaledwie dwie fotki i to słabej jakości. Nigdy nie było okazji a "fotka z rąsi" nie jest niczym specjalnym. Brawo dla Pani z Rosji, która pomimo iż najprawdopodobniej pierwszy raz w życiu trzymała lustrzankę była w stanie zrobić tę oto fotkę. 



Most Karola ma swój klimat, nawet fotki wychodzą tam bardzo fajne. Pogoda zaczęła się zmieniać ale my dzielnie nadal spacerowałyśmy co chwilę zatrzymując się i utrwalając kolejne ciekawe miejsca. Coraz sprawniej posługuję się lustrzanką i czuję, że niedługo będę robić naprawdę dobre zdjęcia. Sprawia mi to wielką frajdę a to jest chyba w tym najważniejsze. Ash czym dalej wędrowałyśmy tym bardziej była zafascynowana stolicą Czech. Chyba nawet bardziej niż ja.



Znalazł się i czas na wygłupy. Tutaj pod muzeum Absyntu. Tym razem nie weszłam do środka ale chyba niedługo to zrobię. Może być to ciekawe doświadczenie. 
W niektórych miejscach do których udało nam się dotrzeć nigdy wcześniej nie byłam. Także była w tej wyprawie również nutka edukacyjna i poznawcza.


Mogłam się też po prawie 9 miesiącach mieszkania w Pradze poczuć jak prawdziwy turysta biegający z aparatem i podąrzający za tłumem. 
Aby jednak nie być do końca postrzeganymi jako turystki przeszłyśmy się trochę innym szlakiem niż tym, które opisane są w przewodnikach. Zeszłyśmy na dół do samej Vltavy i spojrzałyśmy na most Karola z innej perspektywy. Taki widok jest zdecydowanie ładniejszy....


Kiedy zaczęło porządnie padać postanowiłyśmy usiąść przy piwku pod parasolem. Ja ostatnimi czasy tak się zaklimatyzowałam, że dzień bez piwa jest dla mnie dniem straconym. Im więcej tym lepiej :D.
Znalazłyśmy zatem sympatyczną restauracje w jednej z bram. Piwo było drogie ale smakowało wyśmienicie. Spokojnie przeczekałyśmy największy deszcz i postanowiłyśmy wrócić do domu. W drodze powortnej wypowiedziałyśmy jeszcze życzenia na moście Karola. Miejmy nadzieję, że wszystkie się spełnią ;)
Żeby nie było dzień zakończyłyśmy w Maku wcinająć kurczakburgery fresh, których w Polsce nie mamy. Hmm kolejne puste kalorie... ale jak sobie założyłam w poniedziałek przez ten tydzień żadna dieta nie wchodzi w grę. Tak też było. 
Czekając na tramwaj spotkałam wokalistę zespołu Imodium, który bardzo lubię. Nie zagadałam a może powinnam.... jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to wydarzenie zapoczątkuje kolejne podobne, które zakończy się niemałą wpadką, ale o tym nie warto pisać. 
Widziałyśmy też sympatycznego dziadka Mikołaja, który jak wysiadał z tramwaju pomachał nam na pożegnanie. Hehehe serio wyglądał jak Mikołaj. 
Spać ponownie poszłyśmy bardzo, bardzo pózno. Na szczęście w piątek mogłam zrobić sobie wolne w pracy. W związku z tym rano wstałyśmy i poszłyśmy na pizze. Ash bardzo chciała jeszcze raz zjeść pizze Giovanni. Ja tym razem postawiłam na lunch składający się z zupy pomidorowej oraz makaronu z kurczakiem, pomidorami i śmietaną. Mniaaaaam!
Resztę dnia spędziłam w Jihlave... ale o tym zdecydowanie nie warto wspominać. Jeśli myślałam, że zaliczyłam już kiedyś przypał życia to chyba jednak się myliłam. Spektakularnie zabłysnęłam właśnie w piątek. Chociaż być może zbytnio przeżywam coś co w rzeczywistości nie było wcale takie straszne. Zobaczymy czy będą tego konsekwencje czy też nie. 
Wróciłam wieczorem i zabrałam się z Ashem za zgrywanie fotek, których było sporo. 
W sobotę rano Ash pojechała do Warszawy. Szkoda, że spędziła tutaj tylko kilka dni ale dobre i to. Wydaje mi się, że gdyby nie koncert w ogóle by się tu nie pojawiła ale lepsza taka motywacja niż żadna. 

Ash girl, dzięki za te kilka dni :) i sorry za to, że mimo Twoich starań nie kumam japońskiej muzyki i fascynacji całą tą otoczką. 
Mimo wszystko rządzisz!!!

Anicka

12 maja 2013

Brněnský Majáles 2013

Ahoj,
tak jak sobie zakładałam po niesamowitych przeżyciach na prazskym majalesu w miniony wtorek wybrałam się do Brna na kolejną odsłonę tegoż festiwalu. Tym razem w trochę innej roli, ponieważ udało mi się załatwić akredytację a w zasadzie opaskę medialną. Zabrałam więc ze sobą aparat i szalałam pod scenami ale o tym pózniej.
Brno od Pragi dzieli zaledwie dwie i pół godziny, także nie jest to jakoś bardzo daleko. Jechałam autobusem student agency, więc droga upłynęła pod znakiem psychodelicznego czeskiego filmu "Skritek" oraz muzyki i gorącej czekolady :). Btw uwielbiam jezdzić student agency :)

Jeśli chodzi o samo Brno, to naprawdę bardzo sympatyczne miasto posiadające specyficzny klimat. Jedno z moich ulubionych miejsc w Czechach oczywiście nie licząc Liberca...
Na majales wybrałam się z moją fantastyczną słowacką koleżanką Zuzi. Uwielbiam ją, jest prawie tak samo zakręcona jak ja. Na miejscu spotkałyśmy się z Jej bratem Palim i wspólnie szaleliśmy na brnenskym vystavisti.



my w obiektywie smileboxa :) 

Program był jeszcze lepszy niż ten w Pradze. Oprócz moich ukochanych zespołów: MIG 21 i Fast Food Orchestra występowali min. Sunshine czy Cocotte minute. Było to dodatkową motywacją, żeby jechać. Zarówno z mojej jak i z Zuzu strony decyzja o wyjezdzie była mega spontaniczna. Stwierdziłyśmy jednak, że należy nam się chwila odpoczynku. Z pewnością nie żałujemy tej decyzji, ponieważ zabawa była przeeeednia :). Oj jeszcze długo będę wspominać ten długi dzień. Wyjechałyśmy o 10:30 a o 13:00 byłyśmy już na miejscu. Szybki obiad, piwko, odbiór biletu dla Zuzu i spacer na miejsce gdzie odbywał się festiwal. Swoją drogą to vystaviste jest gigantyczne. Byłam w szoku kiedy je zobaczyłam. No ale w sumie gdzieś trzeba było rozstawić 8 staeagów. Trzy mniejsze umieszczono w zadaszonych pawilonach, reszta znajdowała się na zewnątrz.


Brnenske vystaviste zdecydowanie robi wrażenie. 

Jedynym dostrzegalnym mankamentem była zmienna pogoda. Przez 10 minut padał deszcz, następnie przez 20 minut świeciło słońce. Wieczorem się ochłodziło ale na szczęście przestało padać. 
Pierwszy koncert na który się wybrałam to oczywiście Fast Food Orchestra. Nie wiem czemu ale chłopcy zawsze grają dość wcześnie. Tym razem koncert rozpoczął się o godzinie 15:00. Zuzu udała się na występ jakiegoś słowackiego zespołu. Wyciągnęłam zatem z plecaka aparat i wbiłam pod samą scenę robiąc fotki. Przez pierwsze trzy piosenki mogłam stać dosłownie pod sceną. To umożliwiała mi wspomniana wcześniej opaska prasowa. Po trzech songach przetransportowałam się za barierki i zaczęłam się bawić. Śpiewałam, tańczyłam a kiedy rozbrzmiały pierwsze nuty piosenki "Fire" strasznie się ucieszyłam. Ahh uwielbiam ten bicik "I still remember da fire, da fire in your eyes" hell yeah!.




FFO jest po prostu genialna a w połączeniu z Doktorem Karym ahhh fenomenalna. Ich muzyka zdecydowanie pozytywnie mnie nastraja i pozwala zapomnieć o wszystkich problemach a o to chyba w tym chodzi. 
Po FFO odnalazłam Zu i Paliego i wspólnie wypiliśmy piwko z wymiennych kubków. Te kubki zdecydowanie wymiatały. Dwa zabrałam ze sobą ponieważ nie dość, że to fajna pamiątka to jeszcze  bardzo praktyczna rzecz.


A tak Pali pozbywał się z mojego piwka zbędnej piany :D przelewanie z kubka do kubka hahahaha...

Następny koncert to występ trash metalowej grupy Sunshine. Od kilku lat namiętnie słucham ich kawałków np: "K.I.D.S", "Tokyo Bassline", "Moon Rats" czy "Top! Top! The Radio!" nie wszystkie z wymienionych zagrali w Brnie ale i tak koncert był rewelacyjny! Solista Kay jest genialny, chociaż nie jest już pierwszej młodości :D ma świetny styl i pro tatuaże. Dodatkowo jest wysoki i szczupły. Ahhhhh a Jego głos cóż powiedzieć brzmi zawodowo :) mrauu. Jestem wręcz zakochana  w piosence "Astrogen Nostalgia" ciemne klimaty rządzą....




Po koncercie przyszedł czas na kolejne piwo + jedzenie ahhh festiwalowe bramboraky to jest to. Puste kalorie ale raz na jakiś czas można sobie pozwolić. Wielki ziemniaczany placek z sosem śmietanowym, zimne piwko 11, świetni ludzie obok i rewelacyjna muzyka w tle czegóż chcieć więcej?!
Gdy uporaliśmy się już z plackami poszliśmy jeszcze na kawałek koncertu Xindla - X. Niby nie moje klimaty ale piosenki nie wiedzieć czemu doskonale znam. Kawałek "Hele, hele" do dzisiaj podśpiewuję. 


Dodatkowo muszę wyznać, że uwielbiam czeski Xindla. Jest jak dla mnie perfekcyjny. Mogłabym słuchać jak mówi godzinami :).

O 17.00 rozpoczynał się koncert chłopaków z Mandrage. Tym razem poszłam pod scenę tylko po to, żeby porobić fotki i popróbować różnych ustawień aparatu przed koncertem MIG 21. Koncert Machacka i spółki był priorytetem tego wyjazdu. Btw pstrykanie fotek z pod sceny to bardzo fajna opcja. Pod stopami czuje się rytm a zespół jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. 




Nie wiem czemu ale fascynuje mnie ten typ :D

Po trzech piosenkach, udałam się na spacer po całym arealu. Odebrałam kolejne piwko, pochodziłam po stoiskach partnerów festiwalu i zatrzymałam się pod sceną AVG gdzie swój koncert kończyła właśnie grupa Skyline. Wcześniej w ogóle o niej nie słyszałam ale strasznie spodobało mi się jak grają. Po powrocie do Pragi porządnie przesłuchałam wszystkie płytki i muszę przyznać, że są świetni. Takie pomieszanie kilku stylów ale najważniejsze, że pozytywne no i śpiewa tam dziewczyna. 


Około godziny 20:00 zaczynałam odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Mimo wszystko szalałam dalej. Miałam małą przerwę zważywszy na to, że kolejny zespół, który chciałam zobaczyć grał dopiero o 21:40 uległam zatem namowom Zu i wbiłam do jednego z pawilonów, w którym grała słowacka grupa Puding Pani Elvisovej. Jak się potem okazało członkowie grupy pochodzą z miasta w którym urodziła się Zu tzn z Kosic. Początkowo byłam sceptyczna ponieważ nie przepadam za graniem elektro. Z minuty na minutę było jednak lepiej. W momencie kiedy zagrali piosenkę, której motywem przewodnim był Michael Jackson nie miałam już żadnego ale. 


Dokładnie przyjżałam się scenie ponieważ za dwie godziny właśnie tam miał grać Mig 21 także musiałam wybrać sobie optymalne miejsce. Kolejne półtorej godziny to trochę mocniejsze granie. Zespół Cocotte minute to jeden z nielicznych nu-metalowych zespołów w Czechach. Świetne teksty, mocny vocal i rewelacyjne gitary. To chyba dlatego kilka lat temu przykuli moją uwagę. Płyta "Sado disco vol 2" po prostu genialna. Jeśli chodzi o koncert, w pawilonie było bardzo gorąco to po pierwsze. Po drugie solista ostry do granic możliwości. Cięty język i sprośne dowcipy. Mimo wszystko skala głosy powalała. Byłam usatysfakcjonowana.


Do konceru Mig 21 pozostało jeszcze trochę ponad godzine. Wyszłam więc na świeże powietrze, wypiłam kolejne piwko i dotarłam pod bus red bulla gdzie trwał koncert słowackiego rapera Majka Spirita. Słowacki rap mnie przerasta ale pogibałam się chwilę w rytm zapodanego beata. Nie było najgorzej. Chwilkę przed 23.00 przetransportowałam się do pawilonu G2. Przy barierkach stała już spora grupa ludzi mimo wszystko udało mi się zająć dogodne miejsce w pierwszym rzędzie. Tym razem świadomie zrezygnowałam z wykorzystania prasowej opaski i nie poszłam na trzy pierwsze piosenki pod scenę. Było to spowodowane tym, że potem nie miałabym dobrego miejsca ponieważ pawilon dosłownie pękał w szwach. Zupełnie nie rozumiem dlaczego koncert tak popularnego zespołu odbywał się wewnątrz... no ale cóż.
Było niesamowicie gorąco i ten ścisk uhh. Zaledwie po 20 minutach moja koszulka była już zupełnie mokra. Odezwały się też moje nogi, które po kilku godzinach pracy miały naprawdę dość. Na szczęście Jiri Machacek bardzo szybko rozruszał całą publiczność w tym mnie:). Odpoczywałam robiąc zdjęcia. Swoją drogą jestem z nich zadowolona... zważywszy na fatalne światło są naprawdę ok. 



Cóż rzec o Migu ahh kocham ich koncerty. Są mega energetyczne i ta nutka sarkazmu... a Jirka Machacek jest taki uroczy, że nie da się od Niego oderwać oczu. Charakterystyczny głos i atrakcyjna nieporadność tak chyba należy podsumować Jego osobę. Nie jest może zbyt przystojny ale czy to jest najważniejsze? - zdecydowanie NIE!. Mnie się podoba i jak się okazuje nie tylko mnie. Z rzędów za mną padały stwierdzenia "asi jsem se zamilovala" hehehe nic w tym dziwnego. 
Kolejną osobą w Migu, która po prostu mnie rozbraja jest Pavel Hrdlicka. Gra na trąbce i syntezatorze...To może nie jest zbyt oryginalne ale to w jaki sposób tańczy, porusza się po scenie i jakie robi miny to już zdecydowanie. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałam. Strasznie mnie to bawi i nie wiedzieć czemu mam ochotę widzieć więcej i więcej :D.
Ten człowiek zdecydowanie ma coś w sobie... a we wtorek miał też świetną koszulę :D.


Pavel Hrdlicka

Porządnie sobie pośpiewałam i poskakałam. Przypuszczam, że podczas tej półtoragodzinnej zabawy spaliłam cały placek, który zjadłam kilka godzin wcześniej :D. Ile kilogramów stracił Machacek? hmm z pewnością sporo ponieważ pot lał się z Niego dosłownie strumieniem :P. Czarna koszula to zdecydowanie nie był najlepszy pomysł. 
Skoro już podsumowuję muszę dodać, że kontakt Jirki z publicznością jest rewelacyjny, rozmawia, uśmiecha się, skacze po głośnikach aby być bliżej no i tańczy. Jak już wspominałam nieporadnie, wręcz prześmiewczo ale patrzy się na to z niesamowitą przyjemnością. W pawilonie nie było chyba osoby, która by nie tańczyła i nie była to bynajmniej spowodowane ilością wypitego piwa :D.



Do moich ulubionych piosenek zespołu MIG 21 należą "Tancim", "Slepic pirka", "Malokratem", "Jestli jsem stastnej", "Chci Ti rict", "Na zotavenou" a przede wszystkim "Ho-ka-he" (szczególnie w wykonaniu live). 


O co chodzi w tej piosence? - nie mam pojęcia! co to jest za język? - nie wiem... ale wpadła mi w ucho i nie chce wypaść. Śpiewam "Hyama Mahata Hyama Mahata". Na powyższym video widać wszystko co oferuje zespół MIG 21 podczas swoich występów. Ahh i ten taniec Pavla yeah!
Panowie bisowali trzykrotnie, ponieważ nie pozwalaliśmy im zejść ze sceny. Niesamowity moment gdy razem z tłumem śpiewałam po czesku " Ne, ne, ne, ne, ne, ne, ne nemel jsem tu cikanskou holku potkat za lesem" co jest fragmentem piosenki "Slepic pirka". Polska dziewczyn, na koncercie czeskiej grupy i śpiewająca po czesku hmm dziwna mieszanka :D.   


Niestety to co dobre szybko się kończy i po koncercie w zasadzie bezpośrednio razem z Zuzu udałyśmy się na dworzec autobusowy skąd o godzinie 2:45 jechał autobus do Pragi. Podróży nie pamietam ponieważ ze słuchawkami w uszach usnęłam i obudziłam się dopiero jak wjeżdżaliśmy do Pragi. 

Wtorek w Brnie był naprosto uzasny. Miło spędziłam czas z Zuzu, wybawiłam się, popstrykałam fotki, zjadłam placka i miałam przyjemność zobaczyć zespoły MIG 21, Sunshine i Fast Food Orchesta. 
Majales to naprawdę fantastyczny festiwal i jeśli tylko będę miała możliwość z pewnością pojawię się na nim za rok zarówno w Pradze jak i w Brnie. 

Zu, Pali dekuju za vsechno :) jste nejlepsi! ne, jsme nejlepsi :) 

Mejte se hezky 
Ancik

Instagram